Luksemburska Pytia
W Starożytnej Grecji przed każdą ważną decyzją polityczną, a często i prywatną, pytano się o radę wyroczni w Delfach, przy czym mogli to robić wyłącznie mężczyźni. Odurzona podziemnymi wyziewami kapłanka zwana Pytią, odpowiadała na zadawane pytania. Ostateczną wersję odpowiedzi przekazywali jednak w poetyckiej formie kapłani, a traktowano ją jako wyrocznię Zeusa objawioną za pośrednictwem Apolla, któremu poświęcona była świątynia. Przepowiednie zwykle miały charakter metaforyczny i niejednoznaczny, co pozwalało na szeroki wachlarz interpretacji i niejednokrotnie prowadziło do katastrofalnych skutków. Nie zmniejszało to jednak popularności samej wyroczni, na czym najbardziej oczywiście korzystali kapłani, którzy gromadzili dary składane przez proszących o radę. Zostały one w znacznym stopniu zagrabione przez Fokijczyków, którzy w trakcie nieustających wojen pomiędzy poszczególnymi greckimi polis postanowili w ten prosty sposób uzyskać środki na zatrudnienie najemnych żołnierzy. Wyrocznia jednak przetrwała grabież, podobnie jak i późniejszy najazd Celtów. Jej działalność zakończyli dopiero chrześcijańscy cesarze, którzy zakazali kultu i zburzyli budynki świątyni. Kapłani nie lubią konkurencji.
Prejudycjalny wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczący tzw. neo-sędziów nie tylko niczego nie wyjaśnił w kwestii legalności orzekania przez liczącą już około 3 tys. grupę osób, ale wprowadził jeszcze większe zamieszanie. Świadczą o tym wypowiedzi przedstawicieli rządzącej koalicji i opozycji, które generalnie wyrażają zadowolenie z wyroku twierdząc, że potwierdza ich racje. Nie po raz pierwszy więc najwyższa instytucja sądowa UE wydała salomonowy wyrok, który pogłębi jedynie istniejące spory. Na dodatek nie wiadomo jak mają go traktować polskie sądy, ponieważ obowiązywalność wyroków prejudycjalnych w innych sprawach poza tą, której dotyczyło pytanie, jest kwestią wątpliwą. Tym bardziej, że podobne orzeczenia naszego Sądu Najwyższego wiążą wyłącznie sąd, który wystąpił o interpretację obowiązującego prawa i oczywiście wyłącznie w sprawie, którą rozpatrywał.
Zgodnie z wyrokiem TSUE przy ocenie niezawisłości sędziego należy brać pod uwagę „nie tylko okoliczności związane z procesem ich powołania, lecz również inne istotne elementy kontekstu poprzez dokonanie całościowej oceny wszystkich okoliczności towarzyszących ich powołaniu”. Orzeczenie jest podwójnie absurdalne. Po pierwsze, „okoliczności towarzyszące powołaniu” mogą być różnie oceniane przez poszczególnych sędziów. To oznacza, że wyrok w jednej sprawie zostanie uznany za ważny, a w innej za nieważny. Dlaczego? Bo takie poglądy będzie miał sędzia oceniający stopień niezawisłości swojego kolegi. Gdyby jednak chciał w pełni ocenić okoliczności jego powołania, to musiałby mieć pełen dostęp do całego procesu nominacyjnego. Nawet jeżeli byłoby to możliwe, to zajęłoby sporo czasu i przedłużało i tak niesłychanie przewlekły czas orzekania. Na dodatek sędzia musiałby bazować na oficjalnych dokumentach, które przecież nie zawsze pokazują zakulisowe zabiegi związane z konkretną nominacją. Tym bardziej będzie to nie przejścia dla strony składającej wniosek, o ile sędzia go oceniający ograniczyłby się jedynie do weryfikacji przedstawionych przez nią dowodów. W praktyce więc dalej wszystko będzie zależało od subiektywnej oceny sędziego oceniającego zasadność wniosku o wyłączeniu innego sędziego.
O wiele sensowniejsze są rozwiązania obowiązujące w polskim prawie od połowy 2022 roku. Wówczas to w wyniku porozumienia zawartego pomiędzy Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen i Prezydentem Andrzejem Dudą, wprowadzono do ustaw regulujących ustroje polskich sądów zapisy umożliwiające przeprowadzenie tzw. testu niezawisłości i bezstronności sędziego. Zgodnie z nimi: „Dopuszczalne jest badanie spełnienia przez sędziego wymogów niezawisłości i bezstronności z uwzględnieniem okoliczności towarzyszących jego powołaniu i jego postępowania po powołaniu, na wniosek uprawnionego, (…), jeżeli w okolicznościach danej sprawy może to doprowadzić do naruszenia standardu niezawisłości lub bezstronności, mającego wpływ na wynik sprawy z uwzględnieniem okoliczności dotyczących uprawnionego oraz charakteru sprawy.”. Pozwalają one wyłączać sędziego w przypadku spraw, które mają jakiś związek z interesem instytucji państwowych. W ten sposób np. Sąd Najwyższy wyłączył jednego ze znanych neo-sędziów ze sprawy, w której stroną był Skarb Państwa reprezentowany przez Prokuratorię Generalną. Jego poglądy i koneksje polityczne były oczywiste, ale decydujące znaczenie miał fakt, że w tym konkretnym przypadku mógł kierować się interesem swoich politycznych protektorów, a nie obiektywną oceną dowodów.
To sensowne, chociaż również niepozbawione wad rozwiązanie, zostało zakwestionowane przez ówczesną opozycję i sędziowskich hunwejbinów, którzy nie brali pod uwagę pogłębiającego się chaosu polskiego wymiaru będącego także wynikiem ich nieprzejednanej postawy. Skutki ich działań uderzają w interesy tych, których ponoć chcieli chronić. W rzeczywistości kierują nimi najczęściej polityczne przekonania, a czasami osobiste uprzedzenia w stosunku do ich kolegów, którzy dla własnych korzyści poszli na współpracę z ówczesną władzą. O ile można zrozumieć poczucie niesprawiedliwości tej sytuacji, to jednak kolejne lata pokazały niemożliwość realizacji ich postulatów z powodów politycznych, a ostateczny kres ich nadziei przyniosło zwycięstwo Karola Nawrockiego. Zresztą, gdyby zostały one wprowadzone w życie chaos w wymiarze sprawiedliwości tylko by się pogłębił. Do tego prowadzi dogmatyzm myślenia, zacietrzewienie i brak autorefleksji w stosunku do efektów własnych działań.
Odrzucenie zawartego przez Andrzeja Dudę i Ursulę von der Leyen kompromisu doprowadziło do dalszych negocjacji. Tym razem prowadzili je inni komisarze UE (przewodnicząca KE została od nich odsunięta) z reprezentującym rząd Szymonem Szenkowskim vel Sękiem. Zawarty w początkach 2023 układ był pełną kapitulacją Mateusza Morawieckiego dążącego za wszelką cenę do odblokowania środków z Krajowego Programu Odbudowy. Na dodatek zawierał on kuriozalne rozwiązania pozwalające na wyłączanie sędziów wyłącznie z powodu ich nieprawidłowego powołania, ale pozostawiające ich na swoich dotychczasowych stanowiskach. Tym samym decyzja o wyłączeniu sędziego miała być arbitralną decyzją innego sędziego, który zresztą też mógł być „neo-sędzią”. W innych sprawach mógłby on jednak orzekać, chociaż przecież w kwestii powołania nic by się nie zmieniło. Porozumienie przekute na stosowne zmiany ustawowe nigdy jednak nie weszło w życie, ponieważ zablokował je Andrzej Duda kierując wniosek do Trybunału Konstytucyjnego. Prezydent był wściekły z powodu pominięciu go w całej sprawie i zakwestionowaniu w praktyce decyzji o powołaniu sędziego, co jego zdaniem sanowało wszelkie wcześniejsze nieprawidłowości w procedurze nominacyjnej. W efekcie spór trwał dalej, a środki z KPO zostały odblokowane dopiero po wyborach, gdy na podstawie samych obietnic nowego rządu Komisja Europejska podjęła czysto polityczną decyzję o ich przekazaniu Polsce. Mimo, że prawie żadna z nich nie została zrealizowana, a działania kolejnych ministrów sprawiedliwości były niekiedy ewidentnie sprzeczne z obowiązującym prawem, to żadnej reakcji Brukseli oczywiście nie było. Wiarygodności instytucji europejskich taki sposób postępowania z pewnością nie buduje.
Wyrok TSUE rodzi jeszcze jeden problem. W Europejskim Trybunale Praw Człowieka zapadło już około stu wyroków przyznających odszkodowanie z powodu udziału w składzie orzekającym „neo-sędziego” (obecnie postępowania w kolejnych sprawach są zawieszone do czasu dokonania zmian prawnych regulujących statut neo-sędziów, które oczywiście nigdy nie nastąpią). Co najważniejsze, strasburski sąd robił to automatycznie nie badając okoliczności związanych z powołaniem sędziego, czego przecież wymaga wyrok trybunału luksemburskiego. Tym samym mamy kolizję wyroku TSUE nie tylko z niektórymi polskimi orzeczeniami (zakwestionowanie rozwodu w sądzie gryfickim), ale też z „siostrzanym” sądem międzynarodowym. Tak kończy się tworzenie alternatywnych systemów wymiaru sprawiedliwości bez precyzyjnego określenia ich wzajemnej zależności. Dla prawników to oczywiście raj na ziemi. Dla stron postępowania koszmar. Oczywiście poza tymi, którym zależy jedynie na przedłużaniu postępowań, ponieważ na korzystny dla siebie wyrok nie mają większych szans. Tylko co to ma wspólnego ze sprawiedliwością?
Karol Winiarski

