Sosnowiec
Dobra zmiana po retuszu
„Drzwi Pałacu Prezydenckiego były i są otwarte”. Tak mówił Prezydent Andrzej Duda w dniu swojego zaprzysiężenia na drugą kadencję rok temu. „Z przyjemnością z panem porozmawiam, ale muszę zobaczyć, kogo do siebie zaproszę. Dzisiaj tego nie wiem. Nie będzie spotkania w cztery oczy.” Te słowa skierował w sobotę do Jarosława Gowina wręczając mu dymisję z funkcji wicepremiera i ministra rozwoju, pracy i technologii. Andrzej Duda już nawet nie ukrywa, że identyfikuje się wyłącznie z jednym środowiskiem politycznym i nie zamierza nawet wysłuchiwać racji osób mających odmienne poglądy. Powód takiej postawy jest dość oczywisty. To druga i ostatnia kadencja Andrzeja Dudy. Kończąc ją będzie w sile politycznego wieku. A jednocześnie Jarosław Kaczyński zgodnie ze swoimi zapowiedziami przestanie liderować Zjednoczonej Prawicy (mniej tu zresztą chodzi o złożone obietnice, a bardziej o wiek i stan zdrowotny). Naszemu Prezydentowi marzy się zastąpienie dotychczasowego niekwestionowanego lidera polskiej prawicy. To, że jego szanse są mniej więcej takie, jak moje zostania sułtanem Brunei, to już inna sprawa. Cóż, każdemu wolno marzyć.
Kiedy rok temu Jarosław Gowin zablokował tzw. wybory „kopertowe” podpisał na siebie polityczny wyrok śmierci. Przygotowania do egzekucji trwały wiele miesięcy. Tyle czasu Jarosław Kaczyński potrzebował na zmontowanie nowej większości w Sejmie. Biorąc pod uwagę fakt, że bez posłów Porozumienia klub Prawa i Sprawiedliwości liczył niespełna 220 posłów, wydawało się to przedsięwzięciem z rodzaju mission impossible. A jednak w ciągu roku prezes PiS przy pomocy Adama Bielana pozbawił Jarosława Gowina większości jego posłów, pozyskał dwóch niezależnych parlamentarzystów i przeciągnął na swoją stronę trzech kukizowców. W międzyczasie musiał też odzyskać kilku marnotrawnych PiS-owców, którzy opuścili matecznik. Lech Kołakowski dostał posadę za 40 tys. zł miesięcznie w Banku Gospodarstwa Krajowego. Partnerowi Małgorzaty Janowskiej znaleziono posadę w jednej ze spółek Grupy PGE. Arkadiusza Czartoryskiego prezes „uniewinnił” kończąc prowadzone przeciw niemu śledztwo CBA. Poseł Solidarnej Polski Tadeusz Cymański przyznając, że są to działania etycznie naganne, uznał jednak, że Polski Ład wart jest takich zachowań. Cel uświęca środki. Zapewne kilka lat temu byłby święcie oburzony na sugestie, że w taki sposób można utrzymywać większość w Sejmie. Gdzie wyznaczy granicę za kilka miesięcy? Oczywiście, o ile w ogóle jeszcze będzie uważał, że jakaś granica istnieje.
Przez wiele lat Jarosław Gowin odgrywał znacząco rolę na polskiej scenie politycznej. O wiele większą niż wynikałoby to z jego realnej siły politycznej. Manewrując między dwoma głównymi ugrupowaniami i korzystając z wyjątkowo dla niego szczęśliwego układu sił w parlamencie, miał całkiem spory wpływ na polską rzeczywistość. Ale w decydującym momencie, rok temu w trakcie przygotowań do wyborów kopertowych, nie zdecydował się na zagranie va banque. Miał wówczas szanse zostać Marszałkiem Sejmu, a być może nawet premierem. Zawahanie się, ale też brak pełnego poparcia swoich ludzi i niektórych przedstawicieli opozycji, doprowadziło go do politycznej klęski. Mając obecnie pięciu posłów i jednego senatora nie znaczy już nic. I nie inaczej będzie w przyszłości, nawet gdyby przyłączając się do Polskiego Stronnictwa Ludowego udało mu się dostać do kolejnego Sejmu.
Sukces Jarosława Kaczyńskiego nie daje jednak gwarancji stabilnej większości. Z trudem sklecona nowa większość może okazać się nietrwałą. Żeby ją utrzymać lider PiS będzie musiał zaspokajać żądania poszczególnych parlamentarzystów zdających sobie sprawę, że ich głosy stały się dla prezesa bardzo cenne. A cenne rzeczy sporo kosztują. I prezes będzie musiał płacić. A w zasadzie to my będziemy płacili, bo przecież nie zapłaci ze swoich. Cóż jednak znaczy marne 40 tys. zł miesięcznie dla posła Kołakowskiego, gdy daje to możliwość sprawowania praktycznie nieograniczonej władzy przez tak genialnych polityków, którzy właśnie skłócili nas z całym światem. A Putinowi przez tyle lat to się nie udawało.
Problemem innego rodzaju pozostaje Zbigniew Ziobro, którego pozycja polityczna w wyniku reorganizacji Zjednoczonej Prawicy nawet wzrosła. Lider Solidarnej Polski ma trzy cele. Pierwszy, bieżący, to utrzymanie się w koalicji rządzącej. Realizacja tego celu nie była i nie jest zagrożona – po prostu jego posłów Jarosław Kaczyński nie ma kim zastąpić, a ich wierność wobec swojego szefa jest o wiele większa niż w przypadku ludzi Gowina.
Cel średniookresowy, to start z list PiS-u, a najlepiej w ramach koalicji Zjednoczonej Prawicy. Żeby mieć pewność, że tak się stanie, Solidarna Polska musi mieć na tyle silne poparcie, że pozbycie się jej z list wyborczych oznaczałoby dla Jarosława Kaczyńskiego polityczne samobójstwo. Nie muszą to być notowania pozwalające na przekroczenie 5% progu wyborczego. Wystarczy 2-3% aby pozbawić PiS kilkunastu mandatów, co z pewnością rozwiałoby nadzieje na trzecią kadencję. Dlatego Zbigniew Ziobro będzie podkreślał swoją odrębność celując głównie w eurosceptyczny elektorat, co zresztą z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego jest nawet korzystne, ponieważ zabezpiecza go to od prawej flanki czyli od Konfederacji.
Cel długookresowy to sukcesja po Jarosławie Kaczyńskim, a przynajmniej wykrojenie z PiS-owskiego tortu jak największej części, gdy po jego odejściu nastąpi dekompozycja tego ugrupowania. Konkurentów Zbigniew Ziobro będzie miał wielu. To nie tylko Andrzej Duda, ale też Mateusz Morawiecki, Joachim Brudziński, Marian Błaszczak, Beata Szydło. Szanse lidera Solidarnej Polski są niewielkie, tym bardziej, że nie jest nawet członkiem PiS-u. Być może będzie próbował wesprzeć jednego z pretendentów – najprawdopodobniej Beatę Szydło – co pozwoliłoby mu uzyskać może nie pierwszoplanową, ale bardzo silną pozycję w obozie prawicowym. Walka z TSUE i polityką klimatyczną UE daje mu spore atuty wzmacniając jego pozycje wyjściowe przed decydującym starciem.
Zbigniew Ziobro z pewnością nie opuści Zjednoczonej Prawicy. Nie będzie też skutecznie blokował inicjatyw rządowych. Posłowie Solidarnej Polski będą głosować przeciw wyłącznie wówczas, gdy poparcie niektórych ugrupowań opozycyjnych i tak zapewni PiS-owi większość głosów w Sejmie – tak zresztą już było przy okazji Funduszu Odbudowy. Z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego może to być pewien wizerunkowy zgrzyt, ale nie powodujący poważniejszych konsekwencji politycznych.
Najbardziej niepewnym ogniwem nowej politycznej układanki pozostaje Paweł Kukiz. Jego narastająca emocjonalna niestabilność może generować kolejne kłopoty. Co gorsza, nie można go tak łatwo kupić jak innych. Kukiz ma swoje idée fixe – jednomandatowe okręgi wyborcze, sądy pokoju, dzień referendalny – i święcie wierzy, że ich wprowadzenie odmieni polskie życie polityczne. Odporność na wiedzę i doświadczenia innych krajów są zadziwiające. Ciekawe, czy kiedykolwiek Paweł Kukiz zastanowił się dlaczego Jarosław Kaczyński miałby zgodzić się na rozwiązania, które rzekomo osłabiałyby radykalnie władzę liderów partyjnych, czyli głównie jego. Obawiam się jednak, że jakiekolwiek racjonalne argumenty już dawno do niegdyś bezkompromisowego antyestablishmentowca nie trafiają. O ile kiedykolwiek trafiały.
Realizacja niektórych postulatów Pawła Kukiza jest wątpliwa, a niektórych po prostu niemożliwa. Jarosław Kaczyński nigdy nie zgodzi się na jednomandatowe okręgi wyborcze, i to oczywiście nie dlatego, ze Konstytucja jest w tym względzie jednoznaczna – art. 96 stanowi, że „wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym”. Proporcjonalne to proporcjonalne, a nie większościowe czy nawet mieszane. Ale od czego jest Julia Przyłębska lojalnie realizująca zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego z expose z 2006 roku „żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne”. Tym razem jednak nie będzie musiała naginać swojego prawniczego kręgosłupa, który zresztą w stosunku do prawdziwego zawsze jest o wiele bardziej elastyczny. JOW-y nie przejdą, ponieważ są zabójcze dla PiS-u. Wybory do Senatu w 2019 roku były jedynymi w ostatnich sześciu latach, które Jarosław Kaczyński przegrał. Przegrał, ponieważ opozycja wystawiła wspólnych kandydatów. A stało się to, gdy w odbywających się jednocześnie wyborach do Sejmu PiS dostał ponad 43% poparcie. Obecnie jest ono o około 10 punktów procentowych mniejsze. Większościowe wybory do Sejmu to dla Prawa i Sprawiedliwości pewna przegrana. Dlatego Jarosław Kaczyński może obiecać Pawłowi Kukizowi wszystko, a następnie ograć go jak dziecko na przykład odsyłając za pośrednictwem Prezydenta uchwaloną nowelizację do Trybunału Konstytucyjnego. I to będzie koniec politycznego etapu życia człowieka, na którego w 2015 roku głosowała 1/5 wyborców.
Czy w sytuacji tak niestabilnej większości Jarosław Kaczyński nie zdecyduje się na przedterminowe wybory? Podobno miał już takie plany na wiosnę, ale efekt sondażowy Nowego Ładu okazał się daleko gorszy od przewidywanego. Obecnie stratedzy PiS-u ponoć liczą na wzrost poparcia po wejściu w życie w styczniu 2022 roku nowelizacji ustawy o podatku od osób fizycznych będącej zasadniczą częścią tego planu. Chodzi oczywiście o 30-tysięczną kwotę wolną od podatku. Co innego bowiem zapowiedzi, a co innego rzeczywisty wpływ na konto. Tyle, że w przypadku większości pracujących będzie to miesięczny zysk na poziomie 100-150 zł na rękę. Dla wielu osób nie są to małe pieniądze (w przypadku otrzymujących minimalne wynagrodzenie będzie to nawet kwota dwa razy większa z powodu wzrostu jej wysokości od nowego roku o 200 zł. – do 3 tys. zł brutto). Można jednak mieć wątpliwości czy wzrost notowań, o ile nawet nastąpi, pozwoli osiągnąć poziomy dające nadzieję na uzyskanie przynajmniej zbliżonej do większości ilości mandatów w Sejmie. Nie mówiąc już o trwałości tego wzrostu. Tym bardziej, że inflacja może szybko mocno ograniczyć uzyskane korzyści. W tej sytuacji Jarosław Kaczyński może uznać przedterminowe wybory za zbyt duże ryzyko. Nie skraca się przecież kadencji po to, żeby oddać władzę. Przynajmniej w Polsce.
Co zrobi lider Zjednoczonej Prawicy, jeżeli w początkach przyszłego roku notowania rządzącej partii nie wzrosną do oczekiwanych poziomów? Czy wezwie z Brukseli Beatę Szydło i dokona powrotnej roszady na fotelu premiera? A może śladem Orbana znowelizuje ordynację wyborczą w taki sposób, aby zmaksymalizować ilość możliwych do uzyskania mandatów? Są też w końcu do zastosowania opcje atomowe. Przegrane wybory zawsze można unieważnić – po to przecież tworzono Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych w Sądzie Najwyższym. Byłaby to taka swoista reasumpcja głosowania. O ile w ogóle będzie miało ono miejsce. Wprowadzenie jednego ze stanów nadzwyczajnych i to nawet lokalnie, uniemożliwia przeprowadzenie wyborów w trakcie jego trwania i trzy miesiące po jego zakończeniu. Zgodnie z Konstytucją, a przynajmniej z jej literalnymi zapisami. Jeszcze nie tak dawno podobne rozważania wydawały się oderwaną od rzeczywistości histerią politycznej opozycji. Po ostatnich wydarzeniach w Sejmie nie jest to już takie oczywiste. Utrata władzy grozi już nie tylko przejściem do opozycji. Konsekwencje mogą być o wiele poważniejsze. A to skłania do radykalnych rozwiązań. Poseł Cymański z pewnością by je poparł. Dla dobra Polski oczywiście.
Karol Winiarski
Koniec świata czy koniec miesiąca?
Dwa tygodnie temu Komisja Europejska przedstawiła założenia realizacji przyjętego w ubiegłym roku planu redukcji emisji CO2 o 55% w stosunku do roku 1990. To znaczący wzrost w porównaniu z poprzednim celem, który mówił o jedynie 40% obniżce. Powodem są oczywiście kolejne badania naukowe wskazujące na szybszy niż jeszcze niedawno przewidywano wzrost temperatury na naszej planecie i będąca ich konsekwencją presja środowisk ekologicznych, które skutecznie narzucają dominującą w krajach Europy Zachodniej narrację. W Polsce założenia planu „Fit for 55” nie wzbudziły większego zainteresowania przykryte sporem o TSUE, TVN, podwyżki dla parlamentarzystów i oczywiście ciągnącą się jak brazylijski serial „epopeję” Jarosława Gowina pod tytułem: wyjdzie, nie wyjdzie. A przecież te wszystkie kwestie w porównania z planowanymi działaniami UE nie mają tak naprawdę większego znaczenia.
Globalny wzrost temperatury w porównaniu do czasów przedprzemysłowych jest sprawą niepodważalną – o ile oczywiście ktoś nie wierzy w globalny spisek naukowców fałszujących jej pomiary. Raczej pewne wydaje się również, że winę za to ponosi człowiek. Co prawda w przeszłości niejednokrotnie klimat zmieniał się z powodów naturalnych, ale w ostatnich czterdziestu latach nie nastąpiło nic, co wyjaśniałoby tak szybko zachodzące zmiany. Nic, poza bardzo szybkim wzrostem ilości CO2 w ziemskiej atmosferze, którego jest w tej chwili już 50% więcej niż w XVIII wieku. A to bez wątpienia efekt emisji przemysłowych będących oczywiście skutkiem działalności człowieka. O ile do II wojny światowej ograniczały się one do Europy, Ameryki Północnej i częściowo Południowej, to po jej zakończeniu, a przede wszystkim od momentu, od którego szybko zaczęły się rozwijać kraje Dalekiego Wschodu, dotyczą także kontynentu azjatyckiego zamieszkiwanego przez większość ziemskiej populacji. W końcu Chiny to największy dziś emitent CO2 na świecie, a Indie zajmują w tej statystyce trzecie miejsce.
Bardziej dyskusyjne są już natomiast długofalowe skutki tego zjawiska, zwłaszcza gdy będziemy je rozpatrywać lokalnie. Podniesienie bowiem średniej temperatury na planecie nie musi oznaczać, że wszędzie wzrośnie ona w takim samym stopniu, co zresztą widać już dzisiaj. Mogą się nawet zdarzyć lokalne anomalie. Widoczne osłabienie Golfsztromu może na przykład, przynajmniej zdaniem niektórych naukowców, w nadchodzących latach spowodować w Europie chwilowe ochłodzenie, a nie ocieplenie klimatu. Warto pamiętać, że średnia temperatura w Madrycie jest znacznie wyższa niż w Nowym Yorku, a przecież oba miasta leżą na podobnej szerokości geograficznej – przynajmniej częściowo jest to właśnie efekt wpływu ciepłego prądu zatokowego. Nie zmienia to jednak faktu, że ocieplenie powoduje w wielu miejscach na naszej planecie destabilizację klimatu i wzrost ilości zjawisk ekstremalnych, czego niestety w lipcu doświadczyli najpierw mieszkańcy południowych Moraw, a potem Niemiec, Belgii i Holandii.
Skoro pojawia się zagrożenie, to musi oczywiście nastąpić odpowiednia reakcja. Możliwe do podjęcia działania są dwojakie i nie są one wykluczające. Po pierwsze, możemy ograniczać negatywne skutki coraz bardziej ekstremalnych zjawisk pogodowych, co nie zawsze jest możliwe, zawsze jest kosztowne, a efekty są najczęściej ograniczone. Po drugie, możemy próbować zlikwidować, a przynajmniej starać się zminimalizować, ich przyczyny, czyli dążyć do ograniczenia tempa wzrostu temperatury, co w praktyce oznacza redukcję emisji gazów cieplarnianych. Temu właśnie służyć ma Europejski Zielony Ład, który stał się najważniejszym, a czasami wręcz można odnieść wrażenie, że jedynym, celem działania obecnej Komisji Europejskiej.
Trudno pojąć dlaczego Mateusz Morawiecki z uporem godnym lepszej sprawy nie chciał się zgodzić na zadeklarowanie osiągnięcia przez Polskę neutralności klimatycznej do 2050 roku, a jednocześnie bez większych oporów zaakceptował radykalny wzrost redukcji emisji CO2 do roku 2030. O ile pierwszy z celów jest odległy i można go zaliczyć do kategorii pobożnych życzeń, o tyle drugi wymaga wdrożenia już w najbliższych latach konkretnych działań, co właśnie zakłada program Fit for 55. Zgadzając się na realizację tego celu daliśmy zielone światło Komisji Europejskiej i nawet trudno mieć do niej pretensje, że zaprezentowała projekt tak radykalnych działań. Zdaniem ekologów nawet zbyt mało radykalnych i niegwarantujących zakładanego poziomu redukcji emisji.
Zupełnie inne zdanie na ten temat mają niektórzy politycy i prawie wszyscy przedsiębiorcy, którzy zwracają uwagę na gospodarcze i społeczne konsekwencje podejmowanych działań. Cóż z tego, że cel zostanie osiągnięty, skoro obniżenie poziomu życia obywateli może doprowadzić do gwałtownej reakcji obywateli, co w systemie demokratycznym może doprowadzić do przejęcia władzy przez różnego rodzaju „przyjaciół ludu” czyli cynicznych populistów. A wówczas zamiast kontynuacji proekologicznych zmian, może nawet dojść do wycofania się z wielu już podjętych działań. Przecież to właśnie motywowana względami ekologicznymi stosunkowo niewielka podwyżka cen paliw doprowadziła we Francji do protestów „żółtych kamizelek”. W ich trakcie pojawiło się słynne hasło: „zanim nastąpi koniec świata, będzie koniec miesiąca”. Bieżący interes jednostki prawie zawsze będzie ważniejszy niż hipotetyczna katastrofa klimatyczna w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Działania zmierzające do redukcji emisji CO2 są konieczne. Przy ich wdrażaniu trzeba jednak pamiętać o kilku kwestiach. Po pierwsze, kraje UE odpowiadają jedynie za 10% ogólnoświatowych emisji CO2. Sami świata nie zbawimy. Możemy oczywiście dawać dobry przykład, ale jeżeli wybuchną społeczne protesty, to będzie to raczej przestroga przed wprowadzaniem tego typu działań, a nie zachęta do tego typu przedsięwzięć.
Po drugie, dotychczasowe sukcesy w ograniczaniu emisji gazów cieplarnianych w dużym stopniu były związane z przenoszeniem produkcji do krajów spoza UE. Co z tego, że w Europie emisja spadała, skoro rosła w Azji? Jeżeli UE wprowadzi podatek węglowy (a raczej cło węglowe) na swoich granicach, może się okazać, że osiągnięcie zakładanych celów klimatycznych będzie niemożliwe do zrealizowania. Nie mówiąc o wojnie handlowej z innymi krajami.
Po trzecie, nie mamy jeszcze w pełni efektywnych alternatywnych źródeł energii. Odnawialne źródła energii są opłacalne tylko w wyniku nałożenia na spalanie węgla, ropy i gazu w elektrowniach wysokich opłat emisyjnych – w chwili obecnej przekraczających już 50 euro za tonę CO2. Energetyczny zwrot inwestycji energetycznej (ilość energii wytworzonej do tej, którą trzeba poświęcić na jej wytworzenie), zgodnie z wyliczeniami hiszpańskich naukowców w przypadku OZE osiągnie w połowie wieku wartość najwyżej 5:1 – zakłada się, że rozwój cywilizacyjny możliwy jest dopiero, gdy stosunek ten jest większy niż 6,5:1, a optymalnie, gdy przekracza poziom 10:1 (obecnie oparty o paliwa kopalne wynosi 12:1, chociaż warto zaznaczyć, że stopniowo maleje z powodu wzrostu kosztów wydobycia węgla, ropy i gazu). W dalszym ciągu też nie rozwiązano problemu dużych dysproporcji sezonowych w produkcji energii z OZE. Zdarzały się już sytuacje, gdy pochodziła z niej całość zużywanej w Niemczech energii. Ale były też ostatniej zimy dni, gdy Niemcy czy Szwecja musiały importować z innych krajów energię produkowaną w elektrowniach węglowych. Nie zawsze przecież świeci słońce i wieje wiatr.
Po czwarte, czysta energia nie zawsze jest taka czysta. Do produkcji baterii czy ogniw fotowoltaicznych potrzeba dużych ilości pierwiastków ziem rzadkich – w pierwszym przypadku litu, w drugim kobaltu. Największe złoża litu znajdują się w Chinach, a dokładniej w Sinkiangu. Do ich wydobywania wykorzystuje się Ujgurów i nie zawsze jest to praca dobrowolna. Eksploatacja złóż kobaltu w Demokratycznej Republice Konga to z kolei niewolnicza praca dzieci i totalna dewastacja środowiska naturalnego. Budowa wiatraków, akumulatorów do samochodów elektrycznych i ogniw fotowoltaicznych pochłania spore ilości energii, a ta nie zawsze ma ekologiczne pochodzenie. Nie ma też tanich i środowiskowo w pełni bezpiecznych metod utylizacji czy też recyklingu zużytych urządzeń – tylko 5% baterii poddawanych jest przetwarzaniu. Obecnie to jeszcze dość marginalny problem, ale jeżeli plany UE zastąpienia samochodów spalinowych elektrycznymi (plan zakłada, że po 2035 będzie można produkować jedynie samochody zeroemisyjne, a więc nawet hybrydy zostaną zakazane) zakończą się sukcesem, to zostanie on zwielokrotniony. Rozwiązując jeden problem ekologiczny, tworzymy więc kilka kolejnych.
Po piąte, nie można liczyć na stałe poparcie większości obywateli dla zmian, które spowodują stopniowy spadek ich poziomu życia. Werbalne poparcie, które wynika z badań opinii publicznej może się szybko zmienić, gdy koszty okażą się niewspółmierne do efektów (a te szybko nie nastąpią), a na dodatek niewspółmiernie rozłożone wśród społeczeństwa, czego uniknąć nie będzie można. Nierówności społeczne doskwierają o wiele bardziej, gdy nasze własne aspiracje nie są zaspokajane, niż gdy jesteśmy zadowoleni z naszej sytuacji materialnej.
W latach 50-tych XX wieku Mao Zedong uznał, że ogromna ilość ziarna jest zjadana przez ptaki. Wprowadzona przez niego ogólnokrajowa akcja ich zabijania rzeczywiście spowodowała radykalne zmniejszenie strat zboża z tego powodu. Tyle, że zanim rośliny wydały plony zostały zjedzone przez szkodniki. W efekcie zbiory nie były w stanie zaspokoić potrzeb żywnościowych Chin i miliony ludzi zmarło z głodu. Takie są efekty ideologicznego zacietrzewienia i braku całościowej analizy problemu.
Kryzys klimatyczny jest faktem. Działania mu przeciwdziałające są konieczne. Nie można jednak podejmować radykalnych działań, które w dłuższej perspektywie mogą przynieść skutki odmienne od zakładanych. Końca świata nie będzie. W przeciwieństwie do końca miesiąca.
Karol Winiarski
Czerwone sukno
Mylili się wszyscy ci, którzy twierdzili, że polskich polityków nie jest w stanie połączyć żaden wspólny cel. Oto tuż przed parlamentarnymi wakacjami Pan Prezydent Andrzej Duda (wydający rozporządzenie) pospołu z premierem Mateuszem Morawieckim (kontrasygnujący ten akt prawny) podnieśli pensje wiceministrów. Tym samym zrobili też dobrze wybrańcom narodu czyli posłom i senatorom, których wynagrodzenie jest powiązane (80%) z płacami tychże urzędników. Wzrost nie jest mały (ponad 50%), ale też od dawna wynagrodzenia tych osób nie były waloryzowane, a ich realna wartość znacząco zmalała. Podwyżki są więc jak najbardziej zasadne. Rodzą się jednak wątpliwości czy ten sposób ich wprowadzania nie jest przejawem tchórzostwa polskiej klasy politycznej – chcieliby, a boją się gniewu ludu (i mediów). Trudno też uznać to za trwałe rozwiązanie, ponieważ takowym byłoby jedynie połączenie tych wynagrodzeń ze średnią krajową. Najbardziej jednak szokuje fakt, że jednocześnie rząd zapowiedział zamrożenie w przyszłym roku płac w sferze budżetowej. Złośliwi powiedzieliby: kradną, ale już się nie dzielą.
Zwykle po każdej kontrowersyjnej decyzji rządu czy Prezydenta politycy opozycji na wyścigi zwoływali konferencje prasowe piętnując niekonstytucyjne, niedemokratyczne i złodziejskie działania władzy. Ale tym razem początkowo nabrali wody w usta, a na zadawane pytania odpowiedź była jedna – to nie my, to oni. Może i oni, ale korzyści wspólne. Odezwały się jedynie pojedyncze głosy dezaprobaty i to ze strony mniej znanych parlamentarzystów. Jedynie Marek Borowski zapowiedział, że będzie przekazywał 2 tys. zł na rzecz organizacji zajmujących się dziećmi na warszawskiej Pradze. To mniej więcej 2/3 z tego, co senator Koalicji Obywatelskiej dodatkowo będzie zarabiał. Inni nawet takich deklaracji nie złożyli. Dopiero decyzja Donalda Tuska, którego sprawa bezpośrednio w ogóle nie dotyczy, wymusił na PO złożenie projektu ustawy odwołującej decyzje Prezydenta i premiera. Entuzjazm wobec nowego-starego lidera Platformy w klubie tej partii z pewnością mocno osłabnie, a większość parlamentarzystów opozycji oficjalnie popierając ustawę, po cichu będzie się modliła, żeby ustawa nie została uchwalona.
Dlaczego prezes wszystkich prezesów czyli Jarosław Kaczyński, nakazał Andrzejowi Dudzie wydanie rozporządzenia podnoszącego wynagrodzenia parlamentarzystom o 60% (włącznie z dietą, która nie uległa podwyższeniu to 52%), skoro zaledwie trzy lata temu nakazał je obniżyć o 20%? Wytłumaczenie jest dość proste. To po prostu próba przywrócenia posłuchu w coraz bardziej wewnętrznie zanarchizowanym i skłóconym klubie parlamentarnym Prawa i Sprawiedliwości, który balansuje na granicy większości w Sejmie. Powodem narastającej frustracji posłów partii rządzącej są w dużym stopniu kwestie finansowe. Okazało się bowiem, że bardziej skorzystali ci, którzy przegrali wybory i w ramach „pocieszenia” dostali dobrze płatne posadki w spółkach Skarbu Państwa, rządowych agencjach albo też w niektórych organach władzy (przykładem może być były poseł Stanisław Piotrowicz, który został sędzią w Trybunale Konstytucyjnym), niż ci, którzy odnieśli wyborczy sukces i jako parlamentarzyści nie mogą czerpać o wiele większych profitów z innych źródeł.
Problem narastał od dawna, ale palący stał się po ostatnim Kongresie Prawa i Sprawiedliwości. Wówczas to Jarosław Kaczyński przeforsował uchwałę, której celem była likwidacja nepotyzmu we własnych szeregach. Jak w starym dowcipie o heroicznej walce komunistów z problemami, które sami stworzyli, lider Zjednoczonej Prawicy zmuszony został do naprawy patologii, które przez lata tolerował, a nawet sam stworzył. Nepotyzm rozkwitł bowiem nieprzypadkowo. Zatrudnianie członków rodzin na państwowych posadach miało bowiem być substytutem obniżenia zarobków parlamentarzystów. Posłowie czy senatorowie mieli zaciskać pasa, aby nie denerwować wyborców, ale za to ich małżonkowie, dzieci, rodzeństwo i dalsi krewni dostali szansę na dorobienie się. Szansę, której nigdy nie dostaliby w prywatnym biznesie ze względu na posiadane kwalifikacje. A raczej ich brak.
Sama uchwała jest kuriozalna z jeszcze kilku powodów. Po pierwsze, nie wiadomo dlaczego uchwała mianem rodziny określa jedynie współmałżonków, dzieci, rodzeństwo oraz rodziców polityków. A co z wnukami, siostrzeńcami, bratanicami, wujkami, ciotkami? Co z powinowatymi – przecież szwagier to już formalnie nie rodzina, ale czym się różni brat żony od własnego brata? A co ze związkami niesakramentalnymi? Czy osoby żyjące w nieformalnych relacjach mają być preferowane? Także homoseksualiści? I to przez tak arcykonserwatywną i prorodzinną partię?
Po drugie, nie za bardzo wiadomo kiedy mamy do czynienia ze spółkami Skarbu Państwa. Czy tylko wówczas, gdy państwo jest udziałowcem większościowym? Tym samym nie jest nią np. Orlen, w którym Skarb Państwa posiada zaledwie 27% udziałów (ma wzrosnąć do 50% dopiero po przejęciu Lotosu i PGNiG). A przecież nikt nie ma wątpliwości kto – z powodu rozproszenia pozostałego akcjonariatu – ma w tej spółce głos decydujący. Co ze spółkami zależnymi czyli spółkami-córkami, w których Skarb Państwa formalnie udziałów nie ma, ponieważ ma je spółka-matka? I dlaczego uchwała nie dotyczy spółek komunalnych, gdzie problem ten dotyczy także polityków opozycji? A co z rządowymi agencjami i urzędami? Tam już można rodzinę upychać?
Po trzecie, co z osobami, które mimo więzów rodzinnych nie zawdzięczają swoich stanowisk protekcji krewnych. Przykładem może być odwołany przed dwoma tygodniami prezes koncernu Energa Jacek Goliński, brat posłanki i wiceminister klimatu i środowiska Małgorzaty Golińskiej. Tyle, że jak wieść gminna niesie, stosunki między rodzeństwem od lat nie są najlepsze i to nie ona załatwiła mu tą intratną posadę. Z rodziną, jak wiadomo, często najlepiej wychodzi się na zdjęciu.
Zasadniczy problem jest jednak inny. Nepotyzm to może najbardziej widoczny i bulwersujący, ale nie najpoważniejszy przejaw patologii polskiego życia politycznego. Tym co niszczy Polskę jest traktowanie wszelkich stanowisk ze sfery publicznej jako politycznego łupu. Przy ich podziale przez zwycięzców wyborów powiązania rodzinne są pochodną związków partyjnych i towarzyskich. To gwarantuje możliwość zdobycia posad w urzędach, agencjach i spółkach, w których państwo lub samorządy mają swoje udziały. Tak bowiem jest na szczeblu centralnym, ale także idealizowany przez wielu (zwłaszcza zwolenników opozycji) samorząd nie jest wolny od tych patologii. Wystarczy zobaczyć ile w ostatnich latach powstało stanowisk pełnomocników czy doradców burmistrzów i prezydentów, jak wiele tworzy się nowych spółek, w których do obsadzenia są miejsca w zarządach i radach nadzorczych. Szczytem hipokryzji jest piętnowanie rządzących, gdy samemu robi się to samo. A przykładów jest wiele.
Jak donosił jeden z portali, po wyborach samorządowych, gdy władzę w województwie małopolskim przejął PiS i pozwalniał ze spółek podlegających samorządowi województwa działaczy PO i PSL (ciekawe jak się tam dostali?), wielu z nich znalazło nowe miejsca pracy w spółkach komunalnych Krakowa. Utworzono podobno nawet nową spółkę, aby były prezes spółki wojewódzkiej mógł być dalej prezesem. Gdy Inicjatywa Polska weszła w skład Koalicji Obywatelskiej, jeden z jej działaczy i obecny poseł Dariusz Joński, został wiceprezesem spółki zarządzającej halą sportową w Łodzi. Kiedyś tego typu obiektami zarządzali po prostu kierownicy podlegający dyrektorowi MOSiR-u. Teraz tworzy się spółki, co daje możliwości upchnięcia kilku „znajomych królika”. Takie tworzenie całkowicie zbędnych posad nie jest zresztą niczym nowym. Już w latach 90-tych w Sosnowcu utworzono specjalnie dla żony jednego z działaczy „Solidarności” stanowisko wiceprezesa w Agencji Rozwoju Lokalnego. Do klasyki już należą przyjacielskie usługi samorządowców z zaprzyjaźnionych gmin. Dzięki temu Prezydent Sosnowca Arkadiusz Chęciński mógł sobie dorobić w ubiegłym roku ponad 77 tys. zł. jako członek rad nadzorczych dąbrowskich wodociągów i wrocławskiego ZOO. Byłoby więcej, ale w tym drugim przypadku funkcję objął dopiero w połowie roku. W jednej z będzińskich spółek w zarządzie i radzie nadzorczej można spotkać kilka dziwnie znajomych nazwisk, zadziwiająco podobnych do nazwisk włodarzy sąsiednich miast, a w Radzie Nadzorczej jest również Prezydent Częstochowy. Oczywiście zupełnym przypadkiem jest to, że prezydenci obydwu miast wywodzą się z SLD. Dość chwalebnym wyjątkiem jest Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, który nie jest najlepiej zarabiającym urzędnikiem Warszawy. Jego zastępcy mają dochody nawet o połowę wyższe, ponieważ w przeciwieństwie do niego „obskakują” jeszcze komunalne spółeczki.
Dlaczego dochodzi do takich patologii? Dochodzi, bo musi. Większość działaczy partii politycznych, nawet jeżeli wstępowała do nich z powodów ideowych, po pewnym czasie zatraciła moralny kompas i uległa chęci wzbogacenia się. Jeżeli lider ugrupowania chce zyskać poparcie członków swojej partii, musi zaspokoić ich aspiracje. Gdyby tego nie zrobił, wybraliby sobie innego wodza. Poparcie dla Borysa Budki w Platformie zaczęło spadać nie dlatego, że rok temu uzgodnił z PiS-em podwyżki dla parlamentarzystów i samorządowców. Zaczęło spadać, ponieważ pod wpływem krytyki mediów i elektoratu musiał się z nich wycofać.
Zadziwiające jak niewiele się zmieniło na przestrzeni tysiącleci. Podobne mechanizmy władzy działały przecież już w okresie plemiennym. Zmieniła się tylko forma łupu. Wówczas były to zrabowane innym plemionom dobra (kosztowności, bydło, kobiety). Teraz są to ciepłe posadki w urzędach, agencjach i spółkach. Nie inaczej było i w czasach I Rzeczpospolitej. Trudno w tym miejscu nie wspomnieć jednego z najbardziej znanych fragmentów Potopu Henryka Sienkiewicza:
„Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągną Szwedzi, Chmielnicki, Hiperborejczykowie, Tatarzy, elektor i kto żyw naokoło. A my z księciem wojewodą powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło; dlatego nie tylko nie przeszkadzamy ciągnąć, ale i sami ciągniemy.”
Odzyskanie niepodległości w 1918 roku nie przyniosło zmiany sytuacji. Postać Nikodema Dyzmy, chociaż fikcyjna, to przecież oddawała realia elit władzy II RP. Wydawało się, że doświadczenia komunizmu, a przede wszystkim zachodnie standardy, ukrócą te patologie. Przez pierwszych kilka lat można było z pewnym optymizmem patrzeć na polskie życie polityczne. Nawet, gdy zdarzały się patologie, to były one napiętnowane, a skompromitowani politycy odsuwani na dalszy plan. Z czasem jednak wszystko wróciło do normy. Dlaczego? Ponieważ liderzy polityczni zorientowali się, że to skuteczny sposób umacniania swojej władzy w strukturach partyjnych, a co najważniejsze, nie skutkuje to trwałym obniżeniem notowań sondażowych. Oczywiście zdecydowana większość wyborców potępia te praktyki. Ale tylko wówczas, gdy dotyczą politycznych przeciwników. Swoi są traktowani z o wiele większą wyrozumiałością, a ich pazerność jest racjonalizowana i usprawiedliwiana. Taka filozofia Kalego w czystej postaci. I raczej nie ma co liczyć, że w dobie pogłębiającej się politycznej polaryzacji, cokolwiek miałoby się w tej kwestii zmienić. Chyba, że na gorsze.
Karol Winiarski
Czarnkowe fantasmagorie
Minister Edukacji i Nauki Przemysław Czarnek bohatersko broniony przez Mateusza Morawieckiego i pozostałych członków PiS-owskiego plemienia został ocalony. Wściekły atak opozycyjnych plemion załamał się natrafiając na zwarte szeregi obrońców. Zadecydowała oczywiście nie siła argumentów, ale argument siły – tym razem siły głosów sejmowej większości. Nikt z atakujących nie liczył oczywiście na to, że uda się zdobyć skalp ministra. To po prostu kolejne przedstawienie dla coraz mniej licznej widowni, która z narastającym znudzeniem obserwuje polityczne popisy swoich wybrańców. Rytualna nawalanka to idealna okazja, aby choć na chwilę zwrócić uwagę wyborców, którzy za jakiś czas będą musieli zadecydować, które plemiona będą chcieli oglądać w kolejnej kadencji Sejmu.
W trakcie sejmowej debaty obie strony przerzucały się ciężkimi argumentami. Opozycja zarzucała ministrowi, że próbuje zideologizować polską szkołę. Rządzący, z premierem na czele, odpowiadali, że to jedynie obrona przed lewacką indoktrynacją. Jak często w takich przypadkach bywa, obie strony miały rację, ponieważ ideologizacja zwana również indoktrynacją, a najczęściej po prostu wychowaniem, jest istotą publicznej, powszechnej szkoły od początku jej powstania. Nie po to przecież oświeceniowe monarchie absolutne, a potem państwa narodowe wydawały niemałe kwoty pieniędzy, żeby absolwenci szkół wszczynali rewolucje czy odmawiali chwalebnej śmierci w obronie Ojczyzny.
Już Jan Zamoyski w akcie założycielskim Akademii w Zamościu głosił „Takie będą rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Wychowanie patriotyczne to zresztą najczęściej spotykany i ciągle aktualny cel pobytu młodych ludzi w szkole. Oczywiście model propagowanego patriotyzmu się zmienia, ale ogólne założenie pozostaje takie samo. Nie jest to jedyny wzorzec, który szkoła stara się wdrukować w umysły młodych ludzi. W zależności od ustroju i okoliczności historycznych, placówki edukacyjne próbują też przekazywać inne wartości – wiarę religijną, postawy obywatelskie, rożne modele życia rodzinnego, komunizm, demokrację, proeuropejskość. Tak robiła sanacja przed wojną, tak robili komuniści po wojnie i tak robiły wszystkie władze w okresie III RP. Z czasem nacisk i zainteresowanie wychowawczą rolą szkoły na szczęście malał, o co zresztą do dziś obie strony politycznej wojny mają pretensje do poprzedników. Tyle, że jedni pomstują z powodu upadku patriotycznego ducha młodzieży, a drudzy ze względu na ich brak zainteresowania obroną liberalnej demokracji. I jedni, i drudzy pokazują jak bardzo oderwani są od realiów.
Wychowawcza rola szkoły nigdy nie była w pełni skuteczna. Gdyby tak było, polska młodzież opuszczającą pruskie czy rosyjskie placówki edukacyjne nie myślałaby o obronie polskości i odzyskaniu niepodległości. Gdyby komunistyczna indoktrynacja przynosiła założone efekty, to nigdy nie powstałaby Solidarność zakładana przecież przez absolwentów PRL-owskich szkół i uczelni. Gdyby wychowanie w szkołach III RP dawało rezultaty, to od pięciu lat ulice polskich miast byłyby pełne młodych ludzi protestujących w obronie sądów, mediów czy praw obywatelskich. A przecież było i jest zupełnie inaczej.
Fiasko prób wychowywania młodych ludzi ma wiele przyczyn. Przede wszystkim to dość naturalna dla tej grupy wiekowej przekora i bunt przeciw narzucanym odgórnie i w sposób przymusowy wzorcom. Nie zawsze objawia się on otwartym protestem. Dominuje rytualizm i konformizm, ale gdy tylko opuszczają oni mury szkoły, okazuje się, że nic z tych pozornie przyswojonych treści nie zostaje. Często wręcz narzucanie określonych wzorców przynosi skutki zupełnie odwrotne od zamierzonych. Zwłaszcza, gdy nauczyciel nie jest traktowany jako moralny autorytet, a to przecież coraz częściej spotykana sytuacja. Na dodatek, szkoła w coraz mniejszym stopniu jest źródłem wiedzy, nie mówiąc już o jej wpływie na postawy i poglądy uczniów. Kiedyś prasa, potem radio i telewizja, a obecnie media społecznościowe, skutecznie zmarginalizowały wychowawczą rolę placówek oświatowych. I nic nie wskazuje na to, że w przyszłości miałoby to się zmienić.
Model wychowawczy, który stara się narzucić obecne kierownictwo resortu edukacji, dość powszechnie uważany jest za anachroniczny. Rzeczywiście trudno we współczesnej Europie znaleźć państwa, które by go realizowały, a ewentualnych wzorców należałoby szukać daleko poza granicami naszego kontynentu. Tyle, że nie na tym polega problem. Takie tradycyjne podejście do życia, a zwłaszcza do roli kobiety w społeczeństwie, niekoniecznie musi się spotkać z powszechnym odrzuceniem. Młodzi ludzie różnią się między sobą. Wbrew przekonaniom feministek nie wszystkie kobiety chcą się realizować w życiu zawodowym, naukowym czy politycznym. Jest całkiem spora liczba przedstawicielek płci pięknej, którym rola żony i matki w pełni odpowiada, a zajmowanie się domem sprawia autentyczną przyjemność. I to nie dlatego, że tak zostały wychowane. Po prostu takie mają cechy charakteru i próba sprostania oczekiwaniom, które stawiają przed nimi radykalne emancypantki, byłaby dla nich życiową katorgą.
Nieszczęście polega na tym, że minister Czarnek i jego ekipa z uporem godnym lepszej sprawy, chcą wykreować jeden obowiązujący model Polaka-katolika. Dawno temu Jarosław Kaczyński twierdził, że najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski prowadzi przez ZChN. Dokładnie to samo można powiedzieć o obecnym ministrze edukacji i nauki. Już obecnie znaczna część młodych ludzi słysząc o kolejnych działaniach ku chwale Boga i Ojczyzny odczuwa odruch wymiotny. Jeżeli Przemysław Czarnek zrealizuje swoje zamierzenia, ma długie lata wzorce patriotyczne i konserwatywny model rodziny będą przedmiotem kpin oraz synonimem obciachu i dziaderstwa. Nadgorliwość najczęściej jest gorsza od przysłowiowego faszyzmu.
Oczywiście druga strona ideologicznego sporu nie jest wcale lepsza. Podobnie jak minister Czarnek, ona też ma swój jedyny słuszny i niepodważalny model wychowania okraszany sloganami o wolności i tolerancji. W praktyce oznacza to wykluczenie wszelkich odmiennych poglądów i postaw najczęściej opatrywanych określeniem faszystowskich, nacjonalistycznych czy fundamentalistycznych. Ideologiczna urawniłowka jest marzeniem wszystkich radykałów, zarówno prawicowych, jak i lewicowych.
Szkoła nie powinna niczego narzucać. Szkoła powinna umożliwić każdemu poznanie samego siebie i znalezienie optymalnego modelu życia, a jedynym ograniczeniem powinna być możliwość wyrządzenia krzywdy innym ludziom. Nauczyciele powinni również pokazywać różne postawy nakłaniając uczniów do przemyśleń i autorefleksji, a nie do całkowicie bezmyślnej akceptacji aktualnie preferowanego wzorca ideowego. Dlatego zamiast zmieniających się wraz z każdą ekipą programów wychowawczych, szkoła powinna nieustannie i niezmiennie pokazywać różne modele życiowej samorealizacji młodych ludzi, a wyboru jednej z nich powinien dokonać już każdy zainteresowany. Tylko tyle i aż tyle.
Karol Winiarski
Pomożemy
Czas dłużył się niemiłosiernie. Podrygami gałązki zerwanej z jedynego drzewka w okolicy nie można była za nic rozluźnić dusznej atmosfery, zgęstniałej nie tylko od upału w istocie typowego dla ostatniej dekady lipca.
Oddelegowany w charakterze klakiera dobrowolnego Obywatel Naczelnik Szaraczek kurczowo trzymał się przydzielonej dykty z manifestem poparcia, w której widział jedyne pocieszenie w taki skwar, chociaż przez wykorzystanie wyrobu farbopodobnego dłonie przybrały odcień cynobru.
— Nad naszym Miastem zaświeciło dziś Słońce! — niesiony echem triumfalny okrzyk przestraszył nawet skrzydlatych gości katarzyńskiej hałdy. — Niepostrzeżenie lata wspólnej pracy i wspólnych wyrzeczeń przynoszą tę wiekopomną chwilę. Pracę wykonaliśmy kolektywnie, stojąc ramię w ramię z łopatami, wydzierając w pocie czoła z każdej piędzi naszej Zagórskiej Ziemi kamienie, przybliżające nas do śmiałego osiągnięcia. Chociaż podobnymi kamieniami oponenci starali się zamknąć nam usta, to nie poddaliśmy się, co jeszcze bardziej zwarło nasze szeregi w walce o pokój, dobrobyt i ducha rywalizacji piłkarskiej! — wymachując górnymi kończynami, z niezdrową emfazą kroczył w niestylistyczne meandry Polszczyzny Towarzysz Rudzielec.
W Załączniku 4 B do „Instrukcji spontanicznego wyrażania poparcia” wyraźnie stało: „W razie ataku samozachwytu Pierwszego Futbolisty, nabrać w płuca powietrza do oporu i szkalować Poprzedników”. Ponieważ Obywatel Naczelnik Szaraczek zdążył przyzwyczaić się do służbowego kompletu szklaneczek w plastikowych koszyczkach, nie musiał być dwa razy zachęcany do publicznej deklamacji przygotowanego paszkwilu z odpowiednimi akcentami. Wnikliwy Czytelnik pamięta z pewnością niezupełnie skromne zwierzenia Obywatela Naczelnika na okoliczność utalentowania po linii literackiej.
— Tak oto chylimy dzisiaj czoła przed namacalnym dowodem trudu i czynu! Niechaj zamilkną wraże i kłamliwe knowania, jakoby ZPS postawiliśmy sobie. Zakłamanym karłom reakcyjnym przecieramy oczy, bowiem służyć będzie nie tylko współczesnym, ale naszym dzieciom oraz ich dzieciom. Jest to nie tylko manifest naszego perspektywicznego myślenia, ale przede wszystkim okazanie płomiennej solidarności z przyszłymi pokoleniami. Wszak to jeszcze nasze wnuki będą spłacać zaciągnięte zobowiązania, a ponieważ hojność nasza nie znała granic, toteż potomkowie nasi z podobną przestrogą wyjdą do swoich latorośli, co tylko pokazuje, jak dalekowzroczni jesteśmy obecnie! — rozpływał się w zachwycie Pierwszy Wizjoner.
Logorea Towarzysza Rudzielca zdawała się nie mieć końca, gdy ni stąd, ni zowąd ozwał się – pobudzony kopniakiem społecznego moderatora – Radny Grzegorzewski, fundujący sobie co rusz fotografie do miejscowej bulwarówki (kto to widział, jak się ta moda na zdjęcia z obiektywem w odwrotną stronę rozpanoszyła). Przywołany do porządku wykrzyczał płomienny manifest, jak oszalały łopocząc wyblakłą tabliczką, nie znając litości dla służbowego gwizdka.
— Trzeba wiedzieć niedowiarkom — nie ustawał w peanach pod własnym adresem Towarzysz Arkadiusz — o niewspółmiernym do efektu rachunku strat. Tak oto bohaterskim męczeństwem przed jeszcze wrogim nam Wymiarem Sprawiedliwości polegli na placu boju poszczególni Prezesi.
Nieczytelność instrukcji nie zwiodła Naczelnika Szaraczka, ponieważ pohukiwania pełne gorzkiej krytyki tłumu przypomniały rozpiskę reakcji niekontrolowanych. W tamtej chwili nie było przy ulicy Zagórze Małe duszy, która w tym rozgardiaszu mogłaby wychwycić chociażby ułamek z długiej listy preparowanych oskarżeń pod adresem Towarzysza Maruszewskiego, Przewodniczącego Jackowskiego oraz Delegatki Karinowskiej, które wypłynęły spod plugawych piór Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego przy ulicy Bolesława Bieruta. Nawet najbardziej zainteresowany życiem społeczno-politycznym Miasta nie zawiódłby się po takiej stracie, gdyż Towarzysz Rudzielec powtórzył doskonale znane wszystkim losy apokryficzne koryfeuszy walki o świetlaną przyszłość w cieniu piłkarskich reflektorów.
— Do emerytury — dumał Szaraczek — zostało mi parę latek, a drugie tyle pewnie jeszcze na tym padole. Nie doczekam czasów, gdy całą tę sitwę nie tyle co rozgonią, a przede wszystkim przyskrzynią. Nie doczekają tego także moi najbliżsi. Jedyne co ich czeka, to pewnie niekończące się remonty. W ostateczności zasługują na podobny los z dwu powodów: będą łatać dziurę budżetową gminy pogłębioną przez kabotyńską pożyczkę, a po wtóre ktoś musi wreszcie odpowiedzieć za wybór tej Ekipy. Wiadomo wszak, że zapłacą Wybierający, a nie Wybrańcy…
Jakub Tomasz Hołaj-Krzak
Warszawa, 22 VII 2021
A więc wojna?
Trwający od kilku lat spór między UE a polskim rządem o reformę systemu wymiaru sprawiedliwości wszedł w nową fazę. Do tej pory obie strony starały się unikać bezpośredniego starcia. Pozornie wiele wskazuje na to, że w tej chwili rozpoczęła się regularna wojna. Pozornie.
Wbrew buńczucznym zapowiedziom o wstawaniu z kolan, w ciągu ostatnich lat polskie władze wielokrotnie ustępowały pod naciskiem Komisji Europejskiej i podporządkowywały się orzeczeniom zapadającym w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Tak się stało chociażby w przypadku środka zabezpieczającego wydanego przez TSUE w kwietniu 2020 roku zawieszającego działalność Izby Dyscyplinarnej w sprawach dyscyplinarnych sędziów. Radykalni krytycy zmian dokonywanych w sądownictwie świadomie mijali się z prawdą twierdząc, że postanowienie to zawiesza całkowicie działalność tej izby. Gdyby tak było, Komisja Europejska nie składałaby kolejnej skargi w sprawie postępowań dotyczących uchylania immunitetu w prawach karnych wytaczanych przez Prokuraturę sędziom, co zresztą dopiero kilka dni temu zostało uwzględnione przez TSUE w kolejnym środku zabezpieczającym.
Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego uznające nieważność środków zabezpieczających w sprawach dotyczących organizacji polskiego wymiaru sprawiedliwości, z formalnego punktu widzenia straciło swoje znaczenie jeżeli chodzi o działalność Izby Dyscyplinarnej po kilkunastu godzinach. Stało się tak po wydaniu przez TSUE ostatecznego wyroku w sprawach toczących się w niej postępowań dyscyplinarnych, które w pełni potwierdza zarzuty sformułowane w skardze Komisji Europejskiej. Orzeczenie TK go nie dotyczy, ponieważ nie tego dotyczyła sprawa tocząca się przed naszym sądem konstytucyjnym, a Trybunał związany jest zakresem wniosku. Z drugiej jednak strony, skoro zdaniem TK unijny sąd nie może orzekać w sprawach organizacji polskiego wymiaru sprawiedliwości, ponieważ należy to do kompetencji władz krajowych, to musi się to odnosić nie tylko do środków zabezpieczających, ale tym bardziej do ostatecznych wyroków.
Kwestia dopuszczalności jurysdykcji TSUE w sprawach polskiego wymiaru sprawiedliwości nie jest jednoznaczna. Z jednej strony rzeczywiście nie ma bezpośredniego umocowania w traktatach unijnych. Z drugiej jednak, skoro sądy w Polsce orzekają również na podstawie prawa europejskiego, a wyroki dotyczą także obywateli i firm z innych krajów członkowskich, to trudno nie uznać, że sposób powoływania sędziów i gwarancje ich niezawisłości są przedmiotem zainteresowania organów UE. Powstaje oczywiście pytanie, gdzie są granice tej ingerencji, bo przecież na treść wyroku wpływ ma nie tylko swoboda jego wydawania, ale i przygotowanie merytoryczne sędziego. Czy w takim razie UE powinna mieć także wpływ np. na regulacje dotyczące egzaminów kończących aplikację sędziowską?
Drugi problem to istnienie podobnych, a czasami jeszcze bardziej wątpliwych pod kątem niezawisłości sędziowskiej, rozwiązań stosowanych w innych krajach UE. Sposób powoływania sędziów w Niemczech czy Hiszpanii rzeczywiście przewiduje formalnie znacząco większy wpływ czynników politycznych niż w Polsce. Z drugiej jednak strony oprócz zapisów prawnych ważna jest też praktyka funkcjonowania tych rozwiązań, a ta nie wzbudza w tych krajach większych kontrowersji. Są to zresztą rozwiązania stosowane w nich od wielu lat, podczas gdy w naszym kraju wprowadzane na bieżąco zmiany w ewidentny sposób mają na celu podporządkowanie wymiaru sprawiedliwości woli rządzących. Widać to zresztą po efektach zmian dokonywanych w Prokuraturze, która nie zrobi obecnie nic, co mogłoby godzić w polityczne interesy układu rządzącego.
Nie znaczy to jednak, że brak reakcji organów unijnych na wątpliwe pod kontem niezawisłości sędziowskiej rozwiązania w innych krajach, jest działaniem słusznym. Po pierwsze, umożliwia propagowanie tezy o nierównym traktowaniu „nowych” i „starych” krajów członkowskich, co trudno w tej sytuacji zakwestionować. Po drugie, nie ma pewności, że po przejęciu władzy w tych krajach przez antysystemowych populistów, te same „niegroźne” rozwiązania, będą stosowane w ten sam sposób. I w końcu po trzecie, uniemożliwia to kwestionowanie przepisów w państwach takich jak Polska czy Węgry, które obowiązują od lat, a których sposób stosowania uległ radykalnej zmianie – np. delegacji sędziowskich czy wyboru członków TK przez Sejm, co w oczywisty sposób powoduje jego upolitycznienie i to od samego momentu powstania w 1986 roku. Można oczywiście powiedzieć, że obecny jego skład jest skrajnie upolityczniony, co jest jak mawia klasyk oczywistą oczywistością, ale przecież i poprzednich sędziów wybierano kierując się nie tylko ich kwalifikacjami i zawodowym doświadczeniem.
Dlaczego procedury powoływania sędziów uwzględniające znaczący udział czynników politycznych, nie są kwestionowane przez TSUE? Powodów jest zapewne kilka, a jednym z nich może być niechęć do wywoływania konfliktów ze znaczącymi państwami UE. Wystarczy przypomnieć skandaliczną bierność Wspólnoty na drakońskie wyroki sądowe wydawane na separatystów katalońskich za próbę pokojowego oderwania się od Hiszpanii, w sytuacji gdy przecież większość krajów UE uznała niepodległość Kosowa. Tyle, że Serbia nie jest członkiem UE, a na dodatek ma bliskie stosunki z Rosją.
Istnieje być może jeszcze jeden powód braku reakcji organów UE i samego TSUE. Otóż sędziowie zasiadający w tym Trybunale powoływani są w sposób daleki od ideału niezawisłości sędziowskiej. Zgodnie z art. 253 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej: „Sędziowie i rzecznicy generalni Trybunału Sprawiedliwości są wybierani spośród osób o niekwestionowanej niezależności i mających kwalifikacje wymagane w ich państwach do zajmowania najwyższych stanowisk sądowych lub są prawnikami o uznanej kompetencji. Są oni mianowani za wspólnym porozumieniem przez rządy Państw Członkowskich na okres sześciu lat, po konsultacji z komitetem przewidzianym w artykule 255.” Wspomniany artykuł 255 przewiduje powołanie 7-osobowego komitetu złożonego z byłych sędziów UE, ale nie zmienia to faktu, że bez zgody rządów, a przede wszystkich rządu kraju, który kandydaturę sędziego przedstawia, nie może on zostać wybranym. Co więcej, ponieważ istnieje możliwość reelekcji, sędzia o nią zabiegający może przy wydawaniu orzeczeń zastanawiać się czy wyrok nie wpłynie negatywnie na jego szanse wyborcze. Co to ma wspólnego z zasadą niezawisłości?
I tu dochodzimy do zasadniczego problemu. Niezawisłość sędziowska jest praktycznie nie do pogodzenia z najbardziej chyba fundamentalną zasadą demokracji jaką jest zasada suwerenności narodu. Skoro każda władza powinna pochodzić z woli ludu, to powinno to dotyczyć także władzy sądowniczej. Tym samym sędziowie powinni być wybierani albo w bezpośrednich wyborach, albo przynajmniej przez ciała przedstawicielskie w takich wyborach wyłonione. W pierwszym przypadku, pomimo konieczności spełnienia wymaganych kryteriów przez kandydatów, trudno byłoby oczekiwać, że zostaną wybrane osoby najbardziej kompetentne i spełniające najwyższe kryteria etyczne. Wybór przez parlament oznacza
będzie z kolei upolitycznienie całego procesu, tak jak to się obecnie dzieje chociażby w przypadku naszego Trybunału Konstytucyjnego czy też sędziów federalnych – w tym Sądu Najwyższego – w USA. Ponieważ ani parlamentarzystów, ani Prezydentów nie wybieramy dożywotnio, zasada ta powinna dotyczyć także i sędziów (jak to jest w przypadku sędziów TSUE). A przecież nieusuwalność (a więc również brak kadencyjności) to jedna z podstawowych gwarancji niezawisłości sędziowskiej.
Argumenty prawne w wojnie polsko-unijnej nie są jednak najważniejsze. Nie tylko dlatego, że interpretacja obowiązującego prawa zależy od poglądów, a czasami i interesu, osób interpretujących. Jak to najczęściej w życiu bywa siła argumentów musi ustąpić przed argumentem siły. W tym przypadku siły finansowej. A tutaj wszystkie atuty są po stronie UE. Kary finansowe za niewykonywanie środków zabezpieczających mogą sięgać nawet milionów euro dziennie. A to już miliardy złotych rocznie potrącanych z przyznanych nam środków z tzw. Funduszu Odbudowy (Next Generation EU) i w ramach siedmioletniej perspektywy finansowej na lata 2021-2027. 770 miliardów, którymi na bilbordach chwali się Mateusz Morawiecki, w znacznej części mogą pozostać w Brukseli.
Po co więc to prężenie muskułów, które może się skończyć podobną kompromitacją jak nowelizacja ustawy o IPN czy próba zablokowania ponownego wyboru Donalda Tuska na Przewodniczącego Rady Europejskiej? Otóż nałożenie kar nie następuje z automatu. Wymaga to wniosku Komisji Europejskiej do TSUE. Być może Jarosław Kaczyński uwierzył w zapewnienia swojego delfina, że to nie nastąpi. Gdyby zależało to wyłącznie od decyzji Ursuli von der Leyen, rzeczywiście byłoby to bardzo prawdopodobne. Przewodnicząca Komisji Europejskiej gotowa byłaby się zgodzić nawet na wprowadzenie w Polsce monarchii absolutnej (z oczywistych powodów niedziedzicznej), jeżeli tylko zaangażowalibyśmy się w realizację Europejskiego Zielonego Ładu. To jedyna sprawa, która tak naprawdę interesuje niemiecką polityk liczącą, że „uratowanie” ziemi przed katastrofą klimatyczną zapewni jej trwałe miejsce w historii. Być może tak się i stanie, ale nie wiadomo czy rzeczywiście o takie miejsce jej chodzi.
Problem polega jednak na tym, że Ursula von der Leyen nie podejmuje decyzji samodzielnie. Komisja Europejska jest ciałem kolegialnym, a pozycja jej szefowej po wielu prestiżowych porażkach słabnie. Jej niewielkie zainteresowanie tematem praworządności wywołuje zwłaszcza w Parlamencie Europejskim coraz większą irytację. A to może sprawić, że Przewodnicząca KE pozbawiona swojej protektorki ((Angela Merkel za kilka tygodni przestanie być kanclerzem Niemiec) może zostać zmuszona do podjęcia zdecydowanych kroków. Wówczas polskiemu rządowi nie pozostanie nic innego jak podjąć bardziej subtelną grę. Wystarczy przecież zmienić ustawę o Sądzie Najwyższym w taki sposób, aby nic nie zmienić – przykładowo przekształcić Izbę Dyscyplinarną w np. Izbę Kontrolną zmieniając częściowo jej kompetencje albo połączyć ją z Izbą Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Oczywiście zostanie ona zawieszona przez TSUE na wniosek KE tak jak jej poprzedniczka. Ale nastąpi to po co najmniej kilku miesiącach. A taka zabawa w kotka i myszkę może trwać w nieskończoność.
Analiza intencji przyświecających Jarosławowi Kaczyńskiemu nie jest sprawą prostą. Na dodatek zakłada pełną świadomość i racjonalność podejmowanych przez niego decyzji. Biorąc pod uwagę działania podejmowane przez prezesa Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich miesiącach można mieć co do tego coraz poważniejsze wątpliwości.
Karol Winiarski
Lex TVN
Projekt nowelizacji ustawy o KRRiT, zwany potocznie Lex TVN, zakazujący posiadania większościowych udziałów w stacjach telewizyjnych podmiotom spoza UE, jest klasycznym przykładem legislacyjnej praktyki Prawa i Sprawiedliwości. Po pierwsze, zgłaszają go posłowie. Sądząc po podpisanych osobach (między innymi Wicemarszałek Terlecki), tym razem nie były to podpisy złożone in blanco, co wcześniej niejednokrotnie się zdarzało, a „biedni” posłowie od dziennikarzy dowiadywali się, że są autorami jakiejś ustawy. Projekty poselskie nie wymagają czasochłonnych konsultacji, co pozwala znacząco przyspieszyć proces ustawodawczy. Po drugie, pojawił się nocą. Trudno powiedzieć czym kierują się sejmowi decydenci, że wybierają taką porę, która sugeruje, że uczestniczą w moralnie nagannym przedsięwzięciu. Po trzecie, polityczne cele pomysłu są oczywiste, czemu politycy rządzącej partii jak zwykle stanowczo zaprzeczają, co jest obrazą inteligencji nawet niezbyt rozeznanego w bieżącej polityce wyborcy.
Niezależność mediów jest uważana za podstawową zasadę demokracji. Problem polega na tym, że nie wszyscy ją określają w taki sam sposób, a nawet obiektywne jej zdefiniowane nie jest takie proste. Oczywiście najprostszym wyjaśnieniem tej zasady jest brak politycznego wpływu na prezentowane treści. Tyle, że ten wpływ nie musi być bezpośredni. Wystarczy uzależnienie od reklam czy ogłoszeń publikowanych i emitowanych na zlecenie władz (centralnych i samorządowych) oraz państwowych i komunalnych spółek, aby redaktor naczelny wiedział, których informacji raczej nie powinien zamieszczać. Co więcej, właściciele mediów często prowadzą rozległe interesy, które wymagają przychylności rządzących. Czy w tej sytuacji pozwolą sobie na psucie relacji z decydentami?
Jeszcze większym problemem jest niezależność mediów od ich właścicieli. Skrajnym przykładem był niedawny przypadek Dziennika Wschodniego. Jego główny udziałowiec postawił pismo w stan likwidacji, gdy popadł w konflikt z dziennikarzami swojej własnej gazety. Powodem były publikacje przedstawiające w negatywnym świetle jego działalność biznesową. Można oczywiście pomstować na bezdusznego kapitalistę, ale czy bierne przyglądanie się przez niego tej sytuacji nie byłoby przejawem niezrozumiałego masochizmu?
Jest w końcu coś takiego jak linia programowa danego medium. Sięgając do określonej gazety, włączając kanał telewizyjny lub radiowy, czy też wchodząc na konkretny portal najczęściej wiemy z jakim przekazem się spotkamy. Są oczywiście media dopuszczające również trochę inne opinie, ale najczęściej jedynie w określonych granicach. Trudno zresztą im się dziwić. Istnienie pisma zależy od czytelników, a ci najczęściej chcą czytać, słuchać i oglądać to, co odpowiada ich poglądom.
Niezależnie od tego jak zdefiniujemy pojęcie niezależności mediów, nie możemy go utożsamiać z obiektywizmem. Dziennikarze mają przecież swoje poglądy i świadomie lub podświadomie przejawia się to w tym co piszą czy mówią. I nie chodzi tutaj o jawne kłamstwa. Wystarczy przecież niektóre informacje pominąć, inne przedstawić w odpowiednim świetle, czy też sformułować niepodlegającą dyskusji opinię. I nie jest to wynikiem nacisków, czy finansowych gratyfikacji. To po prostu projekcja ich własnych poglądów. Większość obecnych czołowych dziennikarzy telewizji publicznej pracowała kiedyś w mediach prawicowych, gdy te ledwo przędły i niewiele wskazywało, że przyjdą kiedyś dla prawicy lepsze czasy. Podobnie jest w przypadku dziennikarzy TVN-u, którzy zawsze prezentowali liberalno-lewicowe poglądy. Oczywiście w tym przypadku, pomijając nawet stopień braku obiektywizmu i agresywności politycznego ataku, różnica między obydwoma stacjami telewizyjnymi, jest zasadnicza. TVN to prywatny biznes. TVP jest własnością państwa i z budżetu tego państwa czerpie szerokimi garściami. A budżet państwa to pieniądze wszystkich podatników. Biorąc zresztą pod uwagę strukturę elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, na telewizję publiczną łożą w znacznie większym stopniu ci, którzy głosują na partie opozycyjne. Taki wymuszony masochizm. Nie jedyny zresztą i to nie tylko w naszym państwie.
Niezależność i obiektywizm mediów są więc w dużym stopniu wymysłem ideologów demokracji, podobnie jak wiele innych tzw. fundamentalnych zasad tego systemu. Ale pluralizm mediów już nie. Nigdy oczywiście nie będzie on pełny, ale to nie znaczy, że nie istnieje. I to jak widać jest coraz trudniejsze do zniesienia przez obecnie sprawujących władzę. Trudno nawet powiedzieć czy to bardziej przekonanie, że uciszenie ważnych mediów jest warunkiem koniecznym wygrania kolejnych wyborów (przekonanie co najmniej wątpliwe i wielokrotnie negatywnie zweryfikowane), czy też mający coraz większe problemy z efektywnym zarządzaniem państwem Jarosław Kaczyński, coraz częściej reaguje irracjonalnie.
Tłumaczenia „autorów” nowelizacji są śmieszne. Możliwość wykupienia jakiegoś znaczącego medium przez uzależniony od państwa kapitał rosyjski czy chiński oczywiście istnieje (cóż zresztą innego zrobił Daniel Obajtek). Tyle, że dość łatwo wyeliminować to zagrożenie ograniczając krąg wykluczonych do krajów spoza NATO albo OECD. Można też przyjąć, że działanie nowelizacji będzie skuteczne wyłącznie w stosunku do nowych właścicieli. Poza tym zapisy znowelizowanego prawa będzie łatwo obejść. Załóżmy, że Amerykanie zdecydują się sprzedać TVN. Rosyjska albo chińska firma udziela ogromnego kredytu np. francuskiemu przedsiębiorcy, który przebija wszystkich konkurentów. Kredyt ma być spłacony na żądanie. Formalnie więc właścicielem stacji jest obywatel UE. Ale w praktyce jest on całkowicie w ręku Putina albo Xi Jinpinga. I nawet nie wszyscy muszą o tym wiedzieć.
Trudna do zaakceptowania jest także jawna ingerencja przedstawicieli rządu USA w decyzje polskich władz. Pod pozorem troski o imponderabilia chodzi oczywiście wyłącznie o obronę interesów amerykańskiego właściciela. Taka oczywiście jest rola każdego rządu w stosunku do swoich obywateli, ale hipokryzja aż bije po oczach. I jak widać, nie ma znaczenia kto zasiada w Białym Domu. Smutne, że nie tylko nie spotyka się to w naszym kraju z powszechną krytyką, ale opozycja uważa taką sytuację za całkowicie normalną. Również PiS kilka lat temu po interwencji amerykańskiej ambasador wycofał się jak niepyszny z próby ataku na dziennikarzy TVN. Zobaczymy czy tym razem Jarosław Kaczyński wstanie z kolan.
Pomysł neutralizacji TVN jest równie absurdalny jak likwidacja TVP Info o co zbierając podpisy zabiega PO. Najbardziej zadziwiające jest to, że pomysłodawcy w ogóle nie biorą pod uwagę, że kiedyś do władzy mogą dojść ich przeciwnicy. A wówczas te wszystkie przejęte media znajdą się w rękach ich politycznych adwersarzy. A może w ogóle odrzucają taką możliwość?
Karol Winiarski
Powrót do przeszłości
Wrócił. Przygalopował na białym koniu i pozamiatał. Na razie w Platformie. Zostawił partię prawie siedem lat temu przenosząc się do wielkiego świata. W tym czasie jego niesforne „dzieci” przegrały wszelkie możliwe wybory, a na dodatek roztrwoniły prawie cały majątek (poparcie wyborców) i jeszcze totalnie się ze sobą skłóciły. Dlatego „tatuś” musiał wrócić i zrobić porządek. Cała rodzina powitała jego powrót z entuzjazmem. No, prawie cała.
Nieprzypadkowo powrót Donalda Tuska nastąpił tego samego dnia co kolejna reelekcja Jarosława Kaczyńskiego. Podobno ostatnia, ale przecież Ojczyzna może ponownie wezwać, tak jak właśnie wezwała jego głównego adwersarza. Jerzy Giedroyć mówił, że Polską rządzą trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. Okazuje się, że obecnie od prawie dwóch dekad podział polityczny w naszym kraju ogniskuje się wokół dwóch żyjących liderów. Bez mała bogów. Jak w mazdaizmie. Bóg dobra – Ahuramazda i bóg zła – Aryman. Tylko identyfikacja się zmienia w zależności od politycznych sympatii oceniającego.
Jeszcze za „pierwszego” Tuska Platforma Obywatelska wprowadziła powszechne wybory Przewodniczącego (głosowanie wszystkich członków partii). Właśnie w taki sposób został nim w styczniu ubiegłego roku Borys Budka. Tym razem jednak szefem partii została osoba dopiero co wybrana przez Radę Krajową (mniej więcej 1% ogółu członków partii) na wiceprzewodniczącego PO. Wiceprzewodniczących jest czterech, ale w przypadku braku Przewodniczącego (np. w wyniku rezygnacji), szefem zgodnie ze statutem zostaje najstarszy wiekiem. Czyli decyduje metryka (taka swoista gerontokracja), a nie członkowie. Nie ma oczywiście wątpliwości, że Tusk wygrałby te wybory w cuglach. Ale mógłby w nich wystartować także Rafał Trzaskowski. A to pokazałoby, że nie ma w Platformie pełnej jednomyślności. Demokracja jest dobra, o ile nie psuje propagandowego wizerunku.
Od wielu lat partie lewicowe, a z czasem również centrowe, jak mantrę powtarzają hasła o równouprawnieniu kobiet. Platforma jakiś czas temu, i to za rządów Donalda Tuska, dołączyła do tego grona wprowadzając różnego rodzaju parytetowe zasady na własnych listach wyborczych. To absurdalne i w gruncie rzeczy seksistowskie praktyki – płeć, podobnie jak narodowość, rasa, wyznanie, pochodzenie społeczne, wiek czy preferencje seksualne, nie powinna mieć żadnego znaczenia. Liczyć się powinny wyłącznie kompetencje. Ale na świecie panuje moda na takie swoiste równouprawnienie, a Platforma chce należeć do światowego mainstreamu. W ścisłym prezydium PO (Przewodniczący i jego czterej zastępcy) było do tej pory czterech panów i jedna pani – Ewa Kopacz. Teraz mamy w pełni „męską szatnię”. Dlaczego? Dlatego, że Ewa Kopacz była starsza od Donalda Tuska i to ona po ustąpieniu Borysa Budki zajęłaby jego miejsce. Dlatego musiała zrezygnować. Podobnie jak rok temu Małgorzata Kidawa-Błońska, żeby ustąpić miejsca Rafałowi Trzaskowskiemu. Zasady zasadami, ale interes polityczny jest najważniejszy. Dlatego kobieta musi ustąpić. Ale jest nadzieja. Donald Tusk zapowiedział, że Ewa Kopacz wróci do Prezydium. Kwiatek do kożucha trzeba ponownie przypiąć. Żeby ładnie wyglądało.
Borys Budka jako lider PO odniósł dwa sukcesy. Pierwszy raz półtora roku temu wygrywając wybory na funkcję Przewodniczącego partii. I drugi raz teraz składając rezygnację. Jego wystąpienie przejdzie do historii. To sztuka osobistą klęskę przedstawić jako zwycięstwo (przypomina to trochę odezwę Józefa Piłsudskiego z sierpnia 1914 roku, gdy po fiasku próby wzniecenia powstania w zaborze rosyjskim podporządkowywał się swoim politycznym przeciwnikom – Naczelnemu Komitetowi Narodowemu założonemu przez konserwatystów krakowskich – ogłaszając, że taki od samego początku był cel jego działań). Na dodatek tak często mijał się z faktami, ze przebił w tym Mateusza Morawieckiego. A to naprawdę spore osiągnięcie.
Największym przegranym jest z pewnością Rafał Trzaskowski, który nie spodziewał się powrotu do kraju dawnego lidera (gwoli prawdy, mało kto się spodziewał). Trzeba przyznać, że przez ostatni rok Prezydent Warszawy ciężko pracował, aby zmarnotrawić ogromne poparcie, które zdobył w wyborach prezydenckich. Kunktatorskie zachowanie doprowadziło go do politycznej marginalizacji, a sobotnie zachowanie (opuszczenie sali obrad i odmowa rozmowy z dziennikarzami) pokazało, że emocjonalnie nie dorósł do roli lidera. I nie usprawiedliwia takiej postawy szok jakiego doznał, gdy okazało się, że z ulubieńca partii, w ciągu kilku dni stał się powszechnie krytykowanym hamulcowym. Na szczęście dla niego władze PO nie zdecydowały się na demokratyczne wybory nowego Przewodniczącego PO – gdyby odbyły się teraz, na fali entuzjazmu po powrocie Donalda Tuska, poniósłby w nich upokarzającą porażkę.
W tej chwili niedoszły lider opozycji ma kilka możliwych dróg do wyboru. Może przejść do Szymona Hołowni i stworzyć silny blok polityczny sytuujący się pomiędzy PO i PiS. Może wyjść z Platformy i na bazie swojego stowarzyszenia założyć nowe polityczne ugrupowanie. Może się próbować porozumieć z Tuskiem, który nie widzi siebie w roli Prezydenta RP, a i co do pełnienia funkcji premiera również nie jest zbyt entuzjastycznie nastawiony. I w końcu, obrażony na cały świat, może się skoncentrować na rządzeniu w Warszawie, co zresztą chyba i jemu, i miastu wyszłoby na dobre. Ponieważ dwa pierwsze rozwiązania wymagają woli i determinacji, są raczej poza zasięgiem wiceprzewodniczącego PO. Trzecie zależy od decyzji Tuska, a ten raczej ma w zwyczaju marginalizowanie swoich wewnątrzpartyjnych przeciwników. Pozostaje czwarte wyjście i czekanie na kolejną szansę. Tyle, że ta może już nie nadejść.
Wystąpienie Donalda Tuska na Radzie Krajowej przyniosło skutki podobne do wypicia kilku puszek Red Bulla. Znajdująca się w letargu Platforma Obywatelska ożyła. To zresztą dość symptomatyczne, że najstarszy z pretendentów do władzy miał największą energię i wolę walki. Problem polega na tym, że sposobem mobilizowania partii stał się monotematyczny atak na Prawo i Sprawiedliwość. Manichejski podział na dobrą opozycję i złą partię rządzącą jest może i politycznie skuteczny, ale społecznie dewastujący. Z przeciwnikami politycznymi rywalizuje się o głosy wyborców. Z wrogami się walczy na śmierć i życie. Tylko, że za każdą z partii stoją wyborcy, którzy oddali na nią swoje głosy i którzy się z nią identyfikują. To też są Polacy. To też są obywatele. To też są ludzie. Tyle, ze inaczej myślący i mający inne poglądy. Czy oni też są złem? Stygmatyzowanie milionów ludzi, którzy tak po prostu nie znikną, nigdy do niczego dobrego nie prowadziło. I nie doprowadzi.
Plan Donalda Tuska jest dość prosty i przejrzysty. Kluczem jest wzmocnienie polaryzacji sceny politycznej i przedstawienie siebie jako lidera sił dobra. To powinno pozwolić Platformie Obywatelskiej odzyskać pozycję lidera opozycji. Osłabione pozostałe partie opozycyjne albo zgodzą się na role przystawek dominującej partii, albo oskarżane o konszachty ze złem i osłabianie sił dobra, zostaną zmarginalizowane. A wtedy Donald Tusk na czele zjednoczonych hufców opozycji wyruszy na bój. A bój to będzie ostatni.
Ta strategia ma jednak kilka słabych punktów. Nie ulega raczej wątpliwości, ze Platforma wróci na fotel lidera opozycji. Zapewne zbliży się do od prawie roku nieosiągalnej granicy 25 procent poparcia. Kto wie, może w niektórych sondażach znajdzie się tuż za Prawem i Sprawiedliwością, zwłaszcza gdy nadejdzie czwarta fala pandemii i wrócą różnego rodzaju obostrzenia. Ale to jeszcze nie znaczy, że pozostałe ugrupowania dadzą się zwasalizować. Najbardziej osłabiona Polska 2050 Szymona Hołowni, dla której poparcie spadnie prawdopodobnie do około 10%, z pewnością podejmie walkę o przetrwanie. Podobnie Nowa Lewica oraz Koalicja Polska, której zresztą powrót Tuska chyba najmniej zagraża. A to siłą rzeczy oznaczać będzie intensyfikację konfliktu na opozycji. Bo przecież w tej całej strategii nie chodzi o odebranie głosów Zjednoczonej Prawicy, a jedynie o przeciągnięcie jak największej ilości opozycyjnych wyborców na swoją stronę. To zresztą nic nowego. Platforma pod rządami Ewy Kopacz, Grzegorza Schetyny czy Borysa Budki próbowała to robić od lat. Tyle, że Donald Tusk liczy, że uda mu się to przeprowadzić o wiele skuteczniej. Sam zresztą przyznał, że decyzję o powrocie podjął, gdy poparcie dla Platformy w sondażach spadło do 10-12 procent. Chodziło mu więc o ratowanie partii, którą sam stworzył. Własnego politycznego dziecka. Odsunięcie PiS-u od władzy jest oczywiście dla niego ważne. Ale tylko jeżeli zrobi to Platforma Obywatelska. A najlepiej jeżeli zrobi to Platforma Obywatelska pod jego kierownictwem.
Poza marnowaniem energii na wojny pomiędzy opozycyjnymi partiami, strategia Tuska może skutkować jeszcze bardziej negatywnymi konsekwencjami. W 2015 roku PiS uzyskał w Sejmie większość bezwzględną głównie dlatego, że 8-procentowego progu wyborczego nie przekroczyła Zjednoczona Lewica. A nie przekroczyła, ponieważ PO skutecznie odebrała jej część elektoratu (drugą część odebrała Partia Razem). Dzięki temu zwycięskie ugrupowanie, czyli Prawo i Sprawiedliwość, uzyskało kilkanaście dodatkowych mandatów i możliwość sprawowania samodzielnych rządów. Ten scenariusz może się powtórzyć.
I w końcu jest trzeci efekt antyPiS-owskiej krucjaty Donalda Tuska. Nic tak nie mobilizuje elektoratu jak poczucie zagrożenia. Atrakcyjność Zjednoczonej Prawicy w ostatnich miesiącach znacznie osłabła. Polski Ład zatrzymał co prawda tendencję spadkową jeżeli chodzi o notowania sondażowe, ale nie przywrócił 40-procentowego poparcia, na co liczył Jarosław Kaczyński. Powrót Donalda Tuska i jego wojownicza retoryka mogą odświeżyć zacierające się już wspomnienia „ośmiu minionych lat” i nadać Zjednoczonej Prawicy nowej dynamiki. Platforma zostanie liderem opozycji, ale wybory po raz trzeci przegra. Tyle, że tym razem pod przewodnictwem Donalda Tuska.
Czy w związku z tym Platforma nie ma szans na odzyskanie władzy, a powrót Donalda Tuska był nawet z punktu widzenia opozycji błędem? Niekoniecznie. Prawo i Sprawiedliwość wykazuje coraz widoczniejsze objawy zużycia materiału. Brak energii widać u samego prezesa. Kuriozalna konferencja prasowa Jarosława Kaczyńskiego z okazji powrotu do PiS-u syna marnotrawnego, czyli posła Lecha Kołakowskiego, dzięki któremu Zjednoczona Prawica ma arytmetyczną połowę poselskich mandatów pokazuje, jak blisko jest od wzniosłości do śmieszności. Przystawki głównej partii coraz częściej próbują pokazać swoją odrębność i poszerzyć zakres swojej niezależności, a między Jarosławem Gowinem a Adamem Bielanem trwa otwarta wojna. Kwestionowane są nawet strategiczne projekty Zjednoczonej Prawicy, a szansa na ich przeforsowanie być może będzie zależała od poparcia części opozycji. To źle wróży na przyszłość i jeżeli strach przed Tuskiem nie otrzeźwi koalicjantów, może to być ostatnia kadencja rządów Zjednoczonej Prawicy. Tym samym do władzy powróci Platforma Obywatelska w sojuszu z innymi partiami opozycyjnymi. Powróci i co dalej?
W swoim wystąpieniu na Radzie Krajowej PO Donald Tusk nie przedstawił wizji Polski jaką chce budować, gdy już pokona siły zła czyli PiS. Być może dalej uważa, że „jak ktoś ma wizję, to powinien udać się do lekarza”. Ale bardziej prawdopodobne jest, że po prostu nie ma na to pomysłu. Taki właśnie wniosek nasuwa się po konferencji prasowej, która miała miejsce dzień później (to akurat pozytywnie odróżnia go od Jarosława Kaczyńskiego, który od kilku lat ogranicza się do wygłaszania oświadczeń, po których bez słowa odwraca się tyłem do dziennikarzy i opuszcza salę). Z jego wypowiedzi wynikało, że celem będzie walka z inflacją, zadłużeniem państwa i rezygnacja z podnoszenia obciążeń finansowych obywateli. To zresztą logiczna konsekwencja zarzutu wobec rządzących, że zafundowali Polsce trzy d: dług, daniny, drożyznę. Pomijając już fakt zasadności tych zarzutów i „osiągnięć” Tuska w nakładaniu nowych podatków i zwiększaniu długu publicznego w okresie gdy był premierem, oznaczałoby to w praktyce rezygnację z poprawy systemu usług publicznych, a przede wszystkim ochrony zdrowia. Do czego prowadzi oszczędzanie kolejnych rządów na tej newralgicznej dziedzinie naszego życia pokazała pandemia. Wszyscy eksperci od lat powtarzają, że albo radykalnie zwiększymy nakłady na ochronę zdrowia, albo podobne tragedie będą się coraz częściej powtarzały. A nakłady można zwiększyć albo kosztem innych wydatków, albo poprzez zwiększenie zadłużenia, albo poprzez podwyżkę składki zdrowotnej. Z wypowiedzi Donalda Tuska wynika, że wszystkie trzy możliwości są dla niego nie do przyjęcia. Czyli będzie tak jak było.
Jesienią 2005 roku ostatecznie rozpadł się POPiS. Od tego czasu Jarosław Kaczyński i Donald Tusk toczą między sobą walkę na śmierć i życie. Polska jest jej areną, a Polacy jej przedmiotem. Odbywa się to kosztem dewastacji większości instytucji, politycznych zwyczajów i rozumienia dobra wspólnego. Ostatnie lata przyniosły nasilenie tych procesów. Ale Donald Tusk tego nie naprawi. Nie naprawi, ponieważ sam jest ich współautorem. I nic się w Polsce nie zmieni dopóki ci dwaj, coraz bardziej archaiczni, panowie będą rozgrywali między sobą kolejne partie politycznych szachów na szachownicy, którą jest Polska, a Polacy jak pionki będą przez nich przesuwani z miejsca na miejsce biernie się temu poddając, a nawet entuzjastycznie temu przyklaskując.
Karol Winiarski
Zastaw się, a postaw się
Odpadliśmy. Tradycyjnie. Niespodzianki nie było. Zwłaszcza gdy popatrzymy na to z perspektywy historycznej. Przecież poza dekadą między rokiem 1972 (wygranie turnieju olimpijskiego) a 1982 (zdobycie po raz drugi trzeciego miejsca na Mistrzostwach Świata), żadnych sukcesów w piłce nożnej nasza reprezentacja nie odnosiła. W klubowej było i jest zresztą jeszcze gorzej, co akurat dziwić nie może – przecież od dawna drużyny klubowe to zespoły najemników nie mających nic wspólnego z miastem, w którym mieści się siedziba klubu (ostatnio zresztą nawet to nie jest takie oczywiste – Szachtar Donieck czy Agdam Karabach od lat nie grają „u siebie”). O wszystkim decyduje kasa. A tu nasze kluby pełnią rolę kopciuszków europejskiego piłkarstwa.
Tradycyjne też były reakcje mediów i kibiców. Przed turniejem euforia. Relacje z przygotowań kadry rozpoczynały serwisy informacyjne różnych stacji. Gorące newsy o tym ile trenowali, co jedli, z kim spali (przez kilka dni piłkarzom towarzyszyły żony, partnerki, kochanki) zalewały serwisy medialne. Bezpośrednia relacja z odlotu do Sankt Petersburga na pierwszy pojedynek w grupie. Hurraoptymizm i buńczuczne zapowiedzi piłkarzy też nie były czymś nadzwyczajnym. Po porażce ze Słowacją nastąpiła zmiana o 180 stopni. Samokrytyka piłkarzy, mocne wypowiedzi „ekspertów”, którzy jeszcze dzień wcześniej tryskali optymizmem, złorzeczenia kibiców. Ale wystarczył wymęczony remis z Hiszpania, aby ponownie wszystko się zmieniło. Znowu piłkarze byli bohaterami, a trener geniuszem myśli taktycznej. Trwało to do drugiej minuty spotkania ze Szwecją, gdy straciliśmy pierwszą bramkę. Po drugim golu „nieoceniony” redaktor Szpakowski ogłosił koniec meczu. Gdy dwadzieścia minut później Lewandowski zdobył wyrównującą bramkę, wiara wróciła. Dobijający gol Szwedów zakończył tą emocjonalny rollercoaster. Teraz już wszyscy (no, gwoli sprawiedliwości, prawie wszyscy) komentatorzy byli zgodni – piłkarze zawiedli, trener jest do kitu i nie ma pojęcia o polskiej piłce, a prezes PZPN bez mała powinien popełnić harakiri.
Nie mam zamiaru dokonywać wiwisekcji przyczyn kolejnego naszego piłkarskiego niepowodzenia. Pozostawiam to znacznie mądrzejszym ode mnie. Trudno jednak nie zauważyć, że zmiana trenera na kilka miesięcy przed Mistrzostwami Europy była ryzykownym zagraniem Zbigniewa Bońka. Dziwi też brak kolegialności przy podejmowaniu tak istotnych decyzji – nikt nawet nie krył, że to samodzielna decyzja prezesa. Prezesa PZPN oczywiście, ale jak widać, wzorce z polityki przenoszą się też do innych sfer naszego życia. Zabawne są też jego opowieści o przyjęciu pełnej odpowiedzialności. Bo niby co to oznacza w praktyce? Poda się do dymisji? Przejdzie na emeryturę? A może zwróci związkowi pieniądze, które co miesiąc trzeba płacić Paulo Sousie?
I właśnie pieniądze to wątek, który warto poruszyć. 70 tys. euro, czyli około 10 tys. zł. dziennie, które co miesiąc dostaje selekcjoner naszej reprezentacji, to niemoralnie wysoka suma. Zwłaszcza, że nic nie wskazuje, iż jest ona uzależniona od osiąganych przez reprezentację wyników. Trudno się dziwić Paulo Sousie, że chce dalej prowadzić nasz narodowy zespół (trochę to przypomina słynną scenę z Kariery Nikodema Dyzmy, gdy główny bohater nerwowo zastanawia się jak długo jeszcze uda mu się utrzymać). I nie zmienia tej oceny finansowe szaleństwo, które opanowało świat sportu. Podobnie jak fakt, że tylko niewielka część przychodów PZPN pochodzi z budżetu państwa, a więc związek płaci wynagrodzenie selekcjonera „ze swoich”. Przede wszystkim dlatego, że w przypadku większości klubów sportowych wygląda to już zupełnie inaczej – w mniejszym lub większym stopniu korzystają one ze wsparcia budżetów miast i gmin. Bez tych pieniędzy wiele z nich albo w ogóle zakończyłoby swój żywot, albo musiało ograniczyć swoje mocarstwowe (jak na polskie warunki oczywiście) aspiracje. W konsekwencji PZPN nie miałby czym zarządzać, a przynajmniej nie dysponowałby takimi pieniędzmi od sponsorów czy stacji telewizyjnych. A tym samym nie miałby przychodów, którymi Zbigniew Boniek może hojną ręką obdarowywać swoich wybrańców.
Prośby, żądania, a czasem i groźby działaczy sportowych i kibiców kierowane do władz samorządowych nie mogą dziwić. W końcu to najprostszy sposób zdobycia środków. Dziwi jednak, że tak wielu włodarzy im ulega. Bardzo rzadko wynika to jednak z ich osobistych zainteresowań (Prezydent Chęciński jest wyjątkowym przypadkiem). Najczęściej to strach przed gniewem ludu (może niezbyt licznego, ale głośnego, a czasami agresywnego) albo polityczna kalkulacja wynikająca z przekonania, że wsparcie dla określonych dyscyplin zapewni wyborcze głosy. I nie jest w tym przypadku najważniejsze czy to prawidłowa ocena. Ważne, że wójtowie, burmistrzowie i prezydenci tak uważają, a w konsekwencji ładują kasę w najczęściej miernej jakości grajków.
Bezpośrednie wsparcie dla klubów sportowych to jednak tylko część kosztów ponoszonych przez samorządy. I to często nie tych największych. Drużyny muszą gdzieś grać, a obiekty sportowe w zdecydowanej większości są własnością komunalną. Samo utrzymanie stadionu piłkarskiego pochłania co najmniej kilkaset tysięcy rocznie. Gdy trzeba na nim dokonywać poważniejszych remontów lub drobnych inwestycji, rachunek rośnie do kilku milionów. A przecież ambicją wielu prezydentów jest budowa nowych obiektów. A to już kwoty przekraczające najczęściej sto milionów złotych. Na dodatek, w przeciwieństwie do hal sportowych czy lodowisk, stadiony piłkarskie nie mogą być udostępniane dla amatorów, a nawet drużyn młodzieżowych. Nie wytrzymałaby tego murawa, której jednorazowa wymiana kosztuje kilkaset tysięcy złotych. Dla nich pozostają trybuny. A tam przecież sportu się nie uprawia. Czasami jedynie wolną amerykankę.
Z punktu widzenia finansów miast najgorszą rzeczą są wielkie imprezy sportowe, które wymagają budowy nowych obiektów. Widać to chociażby na przykładzie stadionów zbudowanych na Euro 2012. Co prawda koszty inwestycji zostały pokryte w większości z budżetu państwa, ale już utrzymanie spoczywa na lokalnych władzach. Efekt? Co roku Wrocław, w którym rozegrano tylko trzy mecze fazy grupowej, musi dopłacać do interesu ponad 30 mln zł. Niewiele lepiej wygląda to w Poznaniu i Gdańsku. Jedynie należący zresztą do Państwa Stadion Narodowy w Warszawie zarabia na swoje utrzymanie. Ale oczywiście nie ma najmniejszych szans na zwrot kosztów inwestycji, które wyniosły bez mała 2 mld zł.
Miliony wydawane na sport zawodowy i obiekty mu służące mogłyby zostać przeznaczone na inne cele. Widać to na przykładzie naszego miasta, a za kilka lat, gdy przyjdzie spłacać długi zaciągnięte na budowę Sosnowieckiego Parku Sportowego, będzie widoczne w jeszcze bardziej jaskrawy sposób. Niestety, obawiam się że tylko niewielka część mieszkańców Sosnowca dostrzeże związek między pogarszającą się jakością usług publicznych (edukacja, służba zdrowia, opieka społeczna), a powstaniem trzech sportowych obiektów na środulskiej górce. Tak jak niewielu Polaków oceniając PRL było w stanie zrozumieć, że ostateczne załamanie polskiej gospodarki w latach 80-tych wynikało z nieodpowiedzialnej polityki ekonomicznej ekipy Edwarda Gierka. Cóż, w końcu już Mickiewicz pisał „czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko”.
Karol Winiarski


















































