Deklaracja bezradności
6 stycznia w trakcie spotkania w Paryżu Koalicji Chętnych (ponad 30 państw) i Stanów Zjednoczonych, podpisana została pięciopunktowa deklaracja, której celem miało być zapewnienie walczącej Ukrainie „solidnych gwarancji bezpieczeństwa”. Urzędowy entuzjazm prezentowany przez niektórych sygnatariuszy tego aktu zaraz po jej podpisaniu, bardzo szybko wyparował. I trudno się dziwić, ponieważ poza ogólnikami i sformułowaniami, które bardzo różnie można interpretować, nie ma w niej żadnych konkretów. Co więcej, zastosowanie w praktyce punktu przewidującego wysłanie do Ukrainy wojsk sojuszniczych, grozi ostateczną kompromitacją 5 art. Paktu Północnoatlantyckiego. I końcem NATO.
„1. Udział w mechanizmie monitorowania i weryfikacji zawieszenia broni pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych. Przewiduje się ustanowienie stałego, wiarygodnego systemu monitorowania zawieszenia broni pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych z udziałem zainteresowanych stron na szczeblu międzynarodowym, w tym członków Koalicji Chętnych. Koalicja będzie również reprezentowana w Komisji Specjalnej powołanej w celu analizowania wszelkich przypadków naruszeń zawieszenia broni, przypisywania odpowiedzialności za te naruszenia oraz określania stosownych środków zaradczych.”
Nie wiadomo na czym miałby polegać „wiarygodny system monitorowania zawieszenia broni”, a przede wszystkim na czym miałyby polegać „stosowne środki zaradcze”. Na dodatek sytuacja dominującej roli przewidzianej w Komisji Specjalnej dla Stanów Zjednoczonych, które zwykle podporządkowują fakty swoim interesom, nie daje gwarancji rzetelnej analizy ewentualnych przypadków naruszenia zawieszenia broni.
„2. Wsparcie Sił Zbrojnych Ukrainy. Koalicja – przy wsparciu Stanów Zjednoczonych – uzgodniła kontynuację kluczowej, długoterminowej pomocy wojskowej oraz dostarczania uzbrojenia Siłom Zbrojnym Ukrainy, aby zapewnić utrzymanie ich zdolności operacyjnej z uwagi na fakt, że pozostaną one pierwszą linią obrony i odstraszania. Będzie to obejmowało m.in.: długoterminowe pakiety obronne; pomoc w pokryciu kosztów zakupu broni; dalszą współpracę z Ukrainą w zakresie jej budżetu krajowego na finansowanie sił zbrojnych; udostępnienie magazynów obronnych w celu umożliwienia szybkiego udzielenia dodatkowego wsparcia na wypadek przyszłego ataku zbrojnego; zapewnienie Ukrainie praktycznego i technicznego wsparcia w zakresie budowy fortyfikacji obronnych.”
Niestety, autorzy deklaracji nie określili ani wysokości tej pomocy, ani co ważniejsze źródeł jej finansowania. Nie zmieni to zresztą obecnej sytuacji, gdy państwa europejskie zbierają się, żeby kupić dla Ukraińców amerykańską broń, która zresztą okazała się mocno przereklamowana i nie przyniosła decydującego przełomu na froncie. Poza tym, po dronizacji pola walki, głównym problemem Ukrainy jest brak ludzi, a nie sprzętu. Zabawnie brzmi zapis o udostępnieniu magazynów obronnych, ponieważ te magazyny po wybuchu wojny okazały się w dużym stopniu puste. I niewiele się w tym względzie zmieniło, a poszczególne kraje zdecydowanie preferują uzupełnienie zapasów na własne potrzeby i nie zamierzają wysyłać sprzętu do Ukrainy.
„3. Wielonarodowe Siły na rzecz Ukrainy, utworzone z komponentów sił państw w ramach Koalicji, aby wspierać odbudowę sił zbrojnych Ukrainy i zwiększać jej zdolności odstraszające. Prowadzone jest skoordynowane planowanie wojskowe, aby przygotować stosowne środki służące zapewnieniu bezpieczeństwa w powietrzu, na morzu i na lądzie, oraz aby odbudować siły zbrojne Ukrainy przy wsparciu sił Koalicji w Ukrainie i w regionie. Koalicja potwierdziła, że tego rodzaju środki bezpieczeństwa powinny być wdrażane wyłącznie na wniosek Ukrainy po faktycznym zakończeniu działań zbrojnych. Siłom będą przewodzić państwa europejskie przy zaangażowaniu członków Koalicji spoza Europy i z udziałem Stanów Zjednoczonych, przy wykorzystaniu wsparcia udzielanego przez USA w obszarze wywiadu i logistyki wraz z zobowiązaniem się Stanów Zjednoczonych do udzielenia siłom Koalicji wsparcia na wypadek ataku.”
Wysłanie europejskich sił zbrojnych do Ukrainy jest najgłupszym pomysłem, który zrodził się głównie w głowie Prezydenta Emanuela Macrona. Pierwszy problem to zgoda Rosji. Nawet jeżeli nie będą to formalnie siły NATO, to będą to żołnierze państw członkowskich tego sojuszu, a przecież dla Putina groźba obecności wojsk wrogiego paktu w pobliżu granic Rosji była głównym powodem agresji na Ukrainę. Gdyby teraz Władymir Putin uzależnił zawarcie pokoju od rezygnacji z tego pomysłu, z pewnością uzyskałby poparcie Donalda Trumpa. A to oznaczałoby kolejną kompromitację państw europejskich. Gdyby nawet ostatecznie Kreml zgodziłby się na obecność niewielkich sił europejskich na zachód od Dniepru, to nie wiadomo, co miałyby one zrobić w przypadku wznowienia działań zbrojnych. Ich zaangażowanie w walki wymusiłoby przysłanie posiłków i wsparcie pozostałych krajów członkowskich zgodnie z art. 5. W praktyce oznaczałoby to wybuch III wojny światowej. A ponieważ takiej eskalacji konfliktu nikt nie chce, to też żadne działania zbrojne nie zostaną podjęte, a stacjonujące daleko od linii frontu oddziały wojsk europejskich nie zostaną przez Rosjan zaatakowane. Bo i po co. Wystarczy, że ośmieszony zostanie system gwarancji, który rzekomo ma nam zapewnić bezpieczeństwo. Okazałoby się bowiem, że nawet stacjonowanie wojsk „sojuszniczych” nie chroni przed agresją. NATO ostatecznie okazałoby się do niczego nieprzydatną wydmuszką.
„4. Wiążące zobowiązania wspierania Ukrainy w przypadku przyszłej rosyjskiej agresji zbrojnej, aby przywrócić pokój. Koalicja zgodziła się sfinalizować proces przyjmowania wiążących zobowiązań określających podejście do procesu wspierania Ukrainy oraz przywracania pokoju i bezpieczeństwa w przypadku przyszłej rosyjskiej agresji zbrojnej. Zobowiązania te mogą obejmować wykorzystanie zdolności wojskowych oraz wsparcia wywiadowczego i logistycznego, podejmowanie inicjatyw dyplomatycznych oraz nakładanie dodatkowych sankcji.”
To chyba najbardziej kuriozalny punkt w całej deklaracji. Strony zobowiązują się, że ustalą w przyszłości to, co mieli właśnie ustalić. Oznacza to, że w Paryżu nic nie ustalono. Nie ma więc mowy o żadnej realnej interwencji zbrojnej w razie złamania warunków porozumienia pokojowego przez Rosję. Potwierdza to opinię, że wysłani do Ukrainy żołnierze państw europejskich będą biernie się przyglądali jak Rosjanie zajmują kolejne ukraińskie ziemie, a ich polityczni zwierzchnicy składają po raz kolejny stanowcze wyrazy oburzenia.
„5. Zobowiązanie do pogłębiania długoterminowej współpracy z Ukrainą w dziedzinie obronności. Uzgodniliśmy, że będziemy w dalszym ciągu rozwijać i pogłębiać wzajemnie korzystną współpracę z Ukrainą w dziedzinie obronności, m.in. w zakresie szkoleń, wspólnej produkcji w sektorze przemysłu obronnego – również przy wykorzystaniu stosownych instrumentów Unii Europejskiej – oraz współpracy wywiadowczej.”
Trudno nawet komentować ten punkt. Sygnatariusze deklaracji zobowiązali się, że będą robili dalej to, co robią do tej pory. Prezydent Wołodymyr Zełenski oczywiście robił dobrą minę do złej gry, dobrze zdając sobie sprawę, że Deklaracja Paryska nie ma większej wartości niż papier, na którym została spisana. Bardzo szybko też przestano o niej mówić, ponieważ wszyscy wiedzą, że jest ona przejawem kompletnej bezradności państw europejskich, które pozbawione bezpośredniego amerykańskiego wsparcia nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa nawet sobie, a co dopiero Ukrainie. Jeżeli Rosja zdecyduje się dokonać agresji na kraje bałtyckie czy Polskę, to pozostałe państwa wydadzą kolejną stanowczą deklarację protestującą przeciwko złamaniu prawa międzynarodowego i wyrażającą pełną solidarność z ofiarą napaści. Ale to zapewne i tak więcej niż w przypadku zajęcia Grenlandii przez USA.
Karol Winiarski
