Gwarancje bezpieczeństwa
Gdy 27 lat temu wstępowaliśmy do Paktu Północnoatlantyckiego, zapanowało w Polsce powszechne przekonanie, że od tego momentu jesteśmy bezpieczni i żaden atak nam nie grozi. Jest przecież 5 art. Paktu Waszyngtońskiego, który zapewnia natychmiastową pomoc wszystkich członków układu, gdyby ktoś był na tyle nierozsądny, aby nas zaatakować. Mało kto sięgnął do podpisanego w 1949 roku porozumienia, które powstawało w zupełnie innej sytuacji geopolitycznej. Ale nawet wówczas, w obliczu zagrażającej całej Europie groźbie radzieckiej inwazji, wspomniany artykuł nie gwarantował automatyzmu udzielanego wsparcia. Nie precyzował też jego formy. No i przede wszystkim był papierowym zapisem. A każde prawo (w tym międzynarodowe) warte jest tyle, ile woli jego przestrzegania wykazują podmioty, których dotyczy dotyczący oraz możliwości jego wyegzekwowania przez organy sądowe.
Jeden z cenionych (i co rzadkie, w miarę obiektywnych) komentatorów polskiej polityki, prof. Antoni Dudek, nazwał ostatnio nasz sojusz z USA najważniejszą polisą bezpieczeństwa dla Polski. Niestety nie wyjaśnił, gdzie w przypadku niewywiązania się Stanów Zjednoczonych z przyjętych przez nie zobowiązań, mielibyśmy dochodzić sprawiedliwości. Gdyby firma ubezpieczeniowa, w której ubezpieczyliśmy np. samochód, mieszkanie czy nas samych, odmawiała wypłaty odszkodowania za szkodę, którą została nam wyrządzona, skierowalibyśmy pozew do sądu. Prawomocny wyrok rozstrzygnąłby sprawę (pomińmy oczywiście narastający chaos w polskim wymiarze sprawiedliwości). Gdzie pójdziemy w sytuacji, w której Donald Trump lub któryś z jego następców, uzna, że udzielenie nam pomocy nie leży w interesie Stanów Zjednoczonych?
Przekonanie o natychmiastowym i bezwarunkowym wsparciu wojsk amerykańskich w razie jakiegokolwiek zagrożenia naszego kraju nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia. Czy naprawdę ktoś wierzy, że jakikolwiek przywódca narodu amerykańskiego zaryzykuje konflikt militarny z nuklearnym mocarstwem, które dysponuje potencjałem jądrowym zdolnym do zniszczenia Stanów Zjednoczonych? To kompletnie nieprawdopodobne i na Kremlu dobrze o tym wiedzą. Oczywiście, bardziej można się spodziewać innego rodzaju działań podjętych wobec agresora. Tyle, że jak widać na przykładzie Ukrainy, przynajmniej obecna administracja odmawiała ich zastosowania, A po wybuchu wojny w Zatoce Perskiej wręcz luzuje sankcje nałożone na Rosję.
Krytycznie nastawieni do administracji Donalda Trumpa wskazujący Europę jako alternatywę (a przynajmniej mocne uzupełnienie) dla sojuszu z USA, wykazują jeszcze większy przejaw myślenia życzeniowego. Europa to wiele państw, położonych w różnych częściach naszego kontynentu, co skutkuje różnym poczuciem zagrożenia. Coraz większe rozchwianie polityczne we wszystkich praktycznie państwach sprawia, że zmiana władzy może doprowadzić do rewizji polityki zagranicznej. Trudno w takiej sytuacji opierać długofalowe strategie polityczne na lotnych piaskach europejskiej rzeczywistości. Przede wszystkim jednak państwa Starego Kontynentu nie dysponują potencjałem militarnym, który umożliwiałby udzielenie skutecznej pomocy. Tym bardziej nie będą skłonne wypełnić swoich sojuszniczych zobowiązań. A jeśli nawet będą chcieli, to nie będą mieli czym.
„Jeżeli chcesz na kogoś liczyć, to licz na siebie”. Ta stara maksyma jeszcze kilka lat temu wydawała się nie do zastosowania w przypadku zagwarantowania naszemu krajowi bezpieczeństwa. Dysproporcja potencjału militarnego Polski i Rosji była ogromna i szybko się powiększała. Ale w ostatnich latach na polach bitew dokonała się rewolucyjna zmiana w sposobie i przede wszystkim środkach prowadzenia wojny. Bezzałogowce stopniowo wyłączyły z wojny najbardziej zaawansowany technologicznie sprzęt, który do tej pory przesądzał o wyniku wojny. Ich niewielki koszt powoduje, że można je używać w praktycznie nieograniczonych ilościach, a utrata nie stanowi dużego problemu. Dronowa rewolucja doprowadziła do wyrównaniu szans, nawet przy sporych dysproporcjach potencjału militarnego, gospodarczego i demograficznego. Dotyczy to zwłaszcza przypadków obrony własnego terytorium przed lądowymi atakami wroga, ale przykład Iranu pokazuje, że można zadawać wrogowi dotkliwe ciosy, nawet jeżeli są to dwie najbardziej zaawansowane technologicznie armie świata atakujące za pomocą rakiet i samolotów.
W przypadku Polski problem polega na tym, że za ogromne pieniądze zakupiliśmy broń, której skuteczność w wojnie w Ukrainie okazała się mocno ograniczona, a co najgorsze, z miesiąca na miesiąc odgrywa coraz mniejszą rolę. Na dodatek jest to sprzęt zdecydowanie ofensywny, tak jak byśmy mieli atakować, a nie bronić się przed agresorem. Oczywiście, każda strategia obronna powinna przewidywać przejście do kontrofensywy, ale w naszym przypadku, o ile wykluczymy przypadkowość zakupów, ten rodzaj kupowanej broni można wytłumaczyć tylko w jeden sposób. Polskiej armii wyznaczone zostało zadanie wyzwolenia państw nadbałtyckich zajętych przez Rosjan w pierwszych tygodniach wojny. W praktyce oznaczałoby to ogromne straty i brak możliwości obrony własnego terytorium w przypadku niepowodzenia ofensywy. Byłaby to samobójcza strategia. Tyle, że zgodna z 5 art. Traktatu Waszyngtońskiego.
Najnowsze planowane zakupy mają już większy związek z rzeczywistością współczesnego pola walki i obronnym charakterem naszej wojennej strategii. Wrześniowy nalot rosyjskich dronów w końcu uświadomił wojskowym odpowiedzialnym za uzbrojenie polskiej armii jak bardzo zmieniła się wojna. Powoli dociera to również do dowódców wojsk innych krajów NATO. Ostatnie manewry: lądowe w Estonii i morskie u brzegów Portugalii, w których Ukraińcy dzięki dronom rozbili „wrogie” oddziały, uświadomiły pewnym siebie oficerom i generałom jak archaiczne metody działań wojennych uskuteczniają. Podobny szok przeżyli dowódcy amerykańscy, gdy okazało się, że ich systemy obrony antyrakietowej nie radzą sobie z atakami irańskich dronów. A jeśli nawet udaje im się je zestrzelić, to koszt takiej operacji przekracza wszelkie racjonalne proporcje.
Proces wyposażania polskiej armii w odpowiedni sprzęt potrwa lata, chociaż może to być znacznie krótszy okres niż w przypadku najbardziej zaawansowanego, i jednocześnie najdroższego, sprzętu amerykańskiego. Problemem są jednak sami żołnierze. Politycy mogą się chwalić, że posiadamy największą armię w Europie i trzecią, po USA i Turcji, w NATO (około 220 tysięcy żołnierzy), ale niektórzy eksperci zwracają uwagę, że tylko 1/3 z nich nadaje się do walki. Najgorsze jednak jest to, że nie ma kto ich zastąpić, a po kilku miesiącach wojny niewielu z nich będzie mogło dalej walczyć. Zawieszenie kilkanaście lat temu poboru spowodowało, że praktycznie nie mamy rezerw. I nic nie zapowiada, żeby coś się w tym względzie zmieniło. Tak jak żaden rząd nie zdecyduje się na wprowadzenie oszczędności w wydatkach socjalnych czy podniesienie podatków, żeby ratować zmierzające do katastrofy finanse publiczne, tak też nikt z rządzących nie przywróci poboru czy nawet powszechnego systemu szkoleń. A przecież wybór młodych osób, którzy najlepiej nadawaliby się na operatorów dronowych, a następnie ich gruntowne przeszkolenie, nie musiałby spowodować powszechnego niezadowolenia i doprowadzić do przegrania wyborów. Łatwiej jednak licytować się troską o obronność i wydawać miliardy pożyczanych pieniędzy, niż podejmować mimo wszystko ryzykowne politycznie działania, które rzeczywiście mogłyby skutecznie i szybko wzmocnić nasze możliwości obronne.
W tej sytuacji pozostaje nam jeden gwarant naszego bezpieczeństwa. Ukraina. Dopóki na wschodzie trwa wojna, niebezpieczeństwo rosyjskiego ataku jest praktycznie zerowe. Moskwa nigdy nie walczyła na dwa fronty, o ile oczywiście nie została zaatakowana. Braki kadrowe na froncie spowodowały zredukowanie garnizonów w przygranicznych z Polską rejonach do stanu szkieletowego i nie zostaną one uzupełnione przed zakończeniem trwającego konfliktu. Koniec działań wojennych też nie musi oznaczać znaczącego zwiększenia zagrożenia rosyjską agresją. Jeżeli tylko Ukraina pozostanie suwerennym państwem z silną armią, to Rosja nie będzie ryzykowała ataku na inny kraj obawiając się podjęcia przez Kijów próby odzyskania utraconych terenów. Zbrojny pokój na linii rozgraniczenia obu armii na wschodzie będzie dla nas najlepszym gwarantem bezpieczeństwa. Tylko, żeby to zrozumieć, trzeba mieć choć minimalne zdolności logicznego myślenia. Patrząc na sondaże pokazujące stosunek naszego społeczeństwa do toczącej się wojny, można zwątpić czy ta podstawowa umiejętność jest dostatecznie obecna wśród naszych rodaków. A co za tym idzie również polityków, którzy przecież starają się być „blisko ludzi”. W końcu to oni ich wybierają.
Karol Winiarski
