Końca nie widać
Wojna w Ukrainie trwa już cztery lata. W jej trakcie zmienił się całkowicie sposób prowadzenia walki, nie ma już wielu przywódców państw Europy Zachodniej i Ameryki Północnej, a zasady uprawiania polityki międzynarodowej uległy rewolucyjnej zmianie, co oczywiście jest efektem powrotu do władzy Donalda Trumpa. Nie zmieniły się tylko konsekwencje toczących się walk – tysiące zabitych i rannych, totalne zniszczenia miast i miasteczek przez które przetacza się linia frontu oraz coraz większe zniszczenia infrastruktury energetycznej i produkcyjnej w głębi walczących krajów. Końca konfliktu nie widać.
Celem Władymira Putina było odzyskanie kontroli nad Ukrainą utraconej w okresie Rewolucji Godności na przełomie 2013 i 2014 roku, chociaż wcześniejszy okres prezydentury Wiktora Janukowycza trudno uznać za czas pełnego podporządkowania Kijowa Moskwie. W momencie inwazji wydawało się, że wojna potrwa kilka, góra kilkanaście dni i zakończy się pełnym sukcesem agresora. Dysproporcje potencjału gospodarczego i militarnego, a także doświadczenia walk toczonych w Donbasie w latach 2014-2015, nie rokowały sukcesu Ukraińców. A jednak okazało się, że rosyjski blitzkrieg zakończył się fiaskiem. Najeźdźcy zostali powstrzymani pod Kijowem i na przedmieściach Charkowa, a Prezydent Wołodymyr Zełenski – wbrew sugestiom Amerykanów – nie uciekł z kraju, ale stanął na czele walczącej Ukrainy.
Brak pełnego sukcesu nie oznaczał, że agresja zakończyła się całkowitym fiaskiem. Rosjanom udało się opanować znaczącą część Zaporoża i uzyskać dzięki temu lądowe połączenie z przejętym w 2014 roku Krymem. Opanowali również Zaporoską Elektrownię Atomową i przekroczyli dolny Dniepr zajmując Chersoń. Dalej jednak zostali zatrzymani pod Mikołajowem i nie zdołali całkowicie odciąć Ukrainy od Morza Czarnego. Po kilku miesiącach stracili także kontrolę nad tym akwenem morskim dzięki skutecznym atakom rakietowym wojsk ukraińskich, co zresztą pokazało jak niewielką rolę na niewielkich morzach wewnętrznych odgrywa flota wojenna – prawda, która do naszych wojskowych w dalszym ciągu nie dotarła. Bardzo ograniczone sukcesy odniosła też armia rosyjska w Donbasie, chociaż to właśnie ostateczne „wyzwolenie” obwodów donieckiego i ługańskiego było oficjalnym celem ataku.
Jesienią 2022 roku pojawiła się szansa na zakończenie wojny. Kontrofensywa ukraińska w obwodzie charkowskim przyniosła spektakularne sukcesy. W znacznym stopniu był to efekt przekazania uzbrojenia przez państwa zachodnie, w tym głównie przez Polskę dysponującą posowieckim sprzętem powszechnie używanym przez armię ukraińską. Pojawiła się szansa całkowitego wyparcia Rosjan z okupowanych terenów. Niestety, ofensywa została wstrzymana. Wydawało się wówczas, że Ukraińcom zabrakło rezerw do kontynuowania ataku. Obecnie coraz więcej informacji wskazuje na nacisk Waszyngtonu, który przestraszył się gróźb Władymira Putina straszącego użyciem taktycznej broni jądrowej na froncie. To pokazuje jak wielką rolę w amerykańskiej polityce odgrywa strach przed eskalacją konfliktu z mocarstwem dysponującym bronią jądrową. Powinno to dać do myślenia bezkrytycznym zwolennikom pełnego podporządkowania Polski polityce Stanów Zjednoczonych i bezrefleksyjnej wiary w militarne wsparcie wojsk amerykańskich w razie rosyjskiego ataku na nasz kraj.
Równie negatywny wpływ wywarli Amerykanie na przygotowywaną przez wiele miesięcy ukraińską ofensywę w roku 2023. Opracowany przy pomocy ich strategów plan ataku na Zaporożu od samego początku nie rokował większych nadziei na sukces, ponieważ Rosjanie mieli wiele miesięcy na przygotowanie linii obronnych. W konsekwencji ofiara tysięcy poległych żołnierzy ukraińskich poszła na marne, a Rosjanie ponownie przejęli inicjatywę strategiczną. Zdecydowanie korzystniejszą opcją był atak na należący do Rosji obwód kurski. Rok później Ukraińcy zaskoczyli przeciwnika zajmując pograniczne tereny. Było to jednak za późno i za mało. Tylko zdobycie dużego miasta mogło wstrząsnąć władzą Władymira Putina, która wówczas była bardzo słaba, co pokazał jednodniowy bunt Prigożina, a w konsekwencji doprowadzić do zmian politycznych na Kremlu, co z kolei mogło do prowadzić do chaosu i wycofania się Rosji z wojny. Ponownie jednak Amerykanie w obawie przed eskalacją konfliktu, byli zdecydowanie przeciwni jakimkolwiek atakom na rosyjskie terytorium.
Od końca 2023 roku Rosjanie krok po kroku posuwają się do przodu. Nie są to spektakularne postępy, ale kosztem ogromnych strat stopniowo zajmują kolejne ukraińskie miejscowości. Nic nie wskazuje na możliwość jakiegoś gwałtownego przełomu. Ostatnie ograniczone sukcesy wojsk ukraińskich mogą nawet wskazywać na możliwość stabilizacji linii frontu, ale w okresie zimowym w ostatnich latach zwykle Rosjanie nie odnosili większych sukcesów. Wzrastające znaczenie dronów, kolejna rzecz nie zauważona do niedawna przez polskich wojskowych, daje nadzieję na zminimalizowanie przewagi mobilizacyjnej strony rosyjskiej. Nie ma jednak większych szans na odzyskanie przez wojska ukraińskie utraconych terenów, nie mówiąc o wymuszeniu na Rosji wypłaty reparacji wojennych i postawieniu Władymira Putina przed sądem, co byłoby sprawiedliwym zakończeniem konfliktu. Jest to równie nierealne jak powstanie niepodległego państwa palestyńskiego.
Patowa sytuacja na froncie powinna skłonić walczące państwa do zawarcia kompromisowego pokoju. Tak jednak nie jest. Dla Władymira Putina nienegocjowalnym warunkiem jest uzyskanie kontroli nad całym Donbasem. To z kolei jest nie do przyjęcia przez stronę ukraińską, która uważa, że znajdujące się tam umocnienia mogą skutecznie powstrzymać agresora. Dopóki Kijów nie dojdzie do przekonania, że utrzymanie tych obszarów nie jest już możliwe, nie zgodzi się na bezpośrednie przekazanie tych terenów Rosji. Do przyjęcia dla Ukrainy byłaby jakaś forma demilitaryzacji Donbasu, ale na to z kolei nie zgadza się Moskwa. Dopóki obie strony będą przekonane o możliwości osiągnięcia swoich wojennych celów, a społeczeństwa będą skłonne ponosić kolejne ofiary, wojna będzie trwała dalej. I tylko krzyży na ukraińskich i rosyjskich cmentarzach będzie przybywało.
Karol Winiarski
