Operacja specjalna
Operacja zatrzymania i wywiezienia Nicolasa Maduro i jego małżonki z Wenezueli była jedną z najskuteczniejszych specjalnych operacji amerykańskich sił zbrojnych. A przecież nie zawsze ich działania kończyły się sukcesem, jak chociażby podjęta w 1980 roku próba odbicia więzionych przez irańskich studentów pracowników ambasady amerykańskiej w Teheranie. Tym razem udało się w pełni zrealizować zasadniczy cel operacji bez strat własnych, chociaż wątpliwe, żeby było to możliwe bez wsparcia choćby części osób z obecnego wenezuelskiego reżimu. Tylko jakie były powody jej przeprowadzenia i do czego ma ona ostatecznie doprowadzić?
Akcja amerykańska komandosów nie miała żadnych podstaw prawnych. Przynajmniej jeżeli chodzi o prawo międzynarodowe, chyba że za takie (lub ważniejsze od niego) uznamy prawo amerykańskie, co zresztą pośrednio uznał za oczywistość sekretarz wojny Pete Hegseth. Ta, jak niektórzy określają, putinizacja amerykańskiej polityki nie jest czymś wyjątkowym. Przez cały okres zimnej wojny Stany Zjednoczone nie przejmowały się przestrzeganiem zasad i wartości, które oficjalnie głosiły, o ile w grę wchodziły ich interesy. Wydawało się, że po załamaniu się systemu komunistycznego w Europie i rozpadzie Związku Radzieckiego, amerykańska polityka uległa zmianie. Ale już bombardowanie Serbii przez siły NATO (czyli w praktyce amerykańskie) i zmuszenie jej sił do opuszczenia Kosowa w 1999 roku, a następnie uznanie jego niepodległości dziewięć lat później wbrew zasadzie integralności terytorialnej i nienaruszalności granic, pokazało, że jest inaczej. Ostatecznie maski opadły w 2003 roku, gdy Amerykanie i niektórzy ich sojusznicy (w tym Polska, chociaż tu raczej można mówić nie o sojuszu, a o stosunku wasalnym) zaatakowali Irak. Prawem międzynarodowym George Bush junior nie przejmował się w ogóle. Być może nawet wierzył, że zaprowadza demokrację i prawa człowieka. W rzeczywistości doprowadził do destabilizacji Bliskiego Wschodu i setek tysięcy ofiar.
Trudno uznać łamanie prawa międzynarodowego za coś czemu należałoby przyklasnąć. Tylko czy zawsze można powstrzymać krwawych dyktatorów w sposób całkowicie legalny? Przecież konstrukcja Rady Bezpieczeństwa ONZ, w której kilka państw przyznało sobie kiedyś prawo weta, w praktyce uniemożliwia uzyskanie zgody na akcję zbrojną czy nawet zastosowanie globalnych sankcji międzynarodowych. A jeśli agresorem czy mordercą własnych obywateli są przywódcy jednego z tych pięciu uprzywilejowanych państw, to w ogóle poddawanie stosownego wniosku pod głosowanie nie ma większego sensu. Czy w tej sytuacji, nie mając prawnej legitymacji, społeczność międzynarodowa powinna biernie przyglądać się zbrodniom dokonywanym przez dyktatorów? A jeszcze trudniejsza jest odpowiedź na to pytanie, gdy okazuje się, że większość społeczeństwa danego państwa popiera te zbrodnicze działania. W przypadku Maduro tak nie było. Ale w przypadku Rosji i wielu innych dyktatur niestety tak.
Nicolas Maduro był przywódca, który poza pierwszymi wygranymi przez siebie wyborami, rządził dzięki oczywistym fałszerstwom wyborczym i prześladowaniu politycznych przeciwników. Gdyby więc celem amerykańskiej operacji było przywrócenie w Wenezueli demokracji, to ewidentne naruszenie prawa międzynarodowego mogłoby zostać uznane za przynajmniej częściowo usprawiedliwione. Tyle, że bardzo podobna sytuacja panuje obecnie w Białorusi, w której w 2020 roku, podobnie jak w Wenezueli cztery lata później, wybory wygrał przedstawiciel (a w zasadzie przedstawicielka) opozycji. Zamiast jednak sił specjalnych, w Mińsku dwukrotnie już lądował specjalny przedstawiciel Donalda Trumpa, który z Aleksandrem Łukaszenką zawierał polityczno-gospodarcze porozumienia.
W prodemokratyczne intencje amerykańskiego Prezydenta trudno też uwierzyć biorąc pod uwagę jego stosunek do wenezuelskiej opozycji. Twierdzenie, że niedoszła kandydatka w wyborach prezydenckich i laureatka Nagrody Nobla Maria Corina Machado, która w cuglach wygrywała wszelkie przedwyborcze sondaże zanim kontrolowany przez reżim Sąd Najwyższy uniemożliwił jej kandydowanie z powodu wydumanych zarzutów o korupcję, nie cieszy się szacunkiem swoich rodaków, jest kuriozalne. Donald Trump nie zapowiedział też wsparcia dla rzeczywistego zwycięzcy ostatnich wyborów prezydenckich, Edmundo Gonzalesa, który przebywa na emigracji w Hiszpanii. Zamiast tego rozmawiał z zastępczynią i następczynią Nicolasa Maduro, Delcy Rodriguez, która wraz z mężem (przewodniczącym parlamentu) stanowi trzon zbrodniczego reżimu. Wiele więc wskazuje na to, że Donald Trump próbuje się dogadać z częścią obecnych władz, nie zważając na ich rolę w systemie władzy. Nawiązując do znanego powiedzenia przypisywanego zresztą różnym amerykańskim politykom, widać, że dla amerykańskiego Prezydenta nie jest ważne, że Nicolas Maduro był skurwysynem. Problem polegał na tym, że nie był amerykańskim skurwysynem.
Równie mało wiarygodny jest argument walki z narkobiznesem. Wenezuela, w przeciwieństwie np. do Kolumbii, nie jest znaczącym producentem narkotyków. Bierze natomiast udział w ich przemycie do USA. I w ten proceder zaangażowani są prawdopodobnie bezpośrednio lub co najmniej pośrednio (przymykają oczy) ludzie reżimu, którzy czerpią z tego procederu spore korzyści. Przedmiotem przemytu jest jednak kokaina, a nie najbardziej morderczy fentanyl, który corocznie doprowadza do śmierci co najmniej kilkudziesięciu tysięcy osób. Gdyby więc narkotyki były głównym powodem interwencji, to nie Nicolas Maduro powinien być jej głównym celem. Na dodatek kilka miesięcy temu Donald Trump ułaskawił byłego Prezydenta Hondurasu Juana Orlando Hernandeza, który został w 2024 roku skazany przez amerykański sąd na karę 45 lat więzienia za ochronę organizowanego przez meksykański kartel Silanoa przemytu narkotyków, na czym zarobił miliony dolarów. Tym samym zresztą podważył niezawisłość wymiaru sprawiedliwości w USA, twierdząc, że wyrok był niesprawiedliwy i wymuszony przez administrację Joe Bidena. Czy w takim razie wyrok wydany na Nicolasa Maduro i jego małżonkę będzie sprawiedliwy?
Skoro nie chodzi o demokrację i narkotyki, to widocznie jak zwykle chodzi o ropę. Potwierdzałoby to zresztą wystąpienie Trumpa na konferencji prasowej, gdzie równie dużo czasu jak na chwalenie się swoimi sukcesami na arenie międzynarodowej i krajowej, poświęcił kwestii eksploatacji złóż surowców mineralnych w Wenezueli. Poza bezpośrednim udziałem w zyskach, administrację Prezydenta Trumpa podejrzewa się też o dalej idące cele. Co ciekawe jednak, są one całkowicie odmiennie interpretowane. Niektórzy uważają (a raczej mają nadzieję), że po przejęciu kontroli nad wenezuelską ropą, Amerykanie zaleją nią rynki światowe i tym samym radykalnie obniżą ceny tego surowca. A to miałoby dobić gospodarkę rosyjską. Inni jednak twierdzą, że celem działań Donalda Trumpa jest podwyższenie, a nie obniżenie cen ropy. Miałoby to być w interesie amerykańskich producentów, których niska cena ropy coraz bardziej niepokoi i obniża ich zyski. Oczywiście pośrednim beneficjentem tej polityki byłaby Rosja, której budżet bazuje na wpływach z eksportu tego surowca.
Ewidentne i jakże ważne z punktu widzenia Trumpa korzyści związane z przejęciem kontroli nad złożami ropy naftowej, nie przekreślają motywacji związanej z bardziej długofalowymi celami politycznymi. Tak spektakularna akcja miałaby na celu zastraszenie innych przywódców Ameryki Łacińskiej, którzy w ostatnich dziesięcioleciach przestali odczuwać bezpośredni nacisk Wielkiego Brata. Od końca XIX wieku oraz przez większą część poprzedniego stulecia Amerykanie traktowali kontynent jako wyłączną strefę swoich wpływów i niejednokrotnie w sposób bezpośredni (akcje sił zbrojnych w Ameryce Środkowej i na Karaibach) lub pośredni (poprzez wspieranie wojskowych dokonujących zamachów stanu), realizowali swoje polityczne interesy. Dodatkowo, zgodnie ze starym chińskim powiedzeniem – zabij kurczaka, żeby przestraszyć małpę – miałoby to pokazać Chinom i Rosji, które mocno współpracowały z wenezuelskim reżimem, że nie mają czego szukać w tej części świata. Może to jednak oznaczać próbę podziału naszego globu na strefy wpływów. I niekoniecznie Europa Środkowa musi się znaleźć po tej lepszej stronie granicy. O ile ta amerykańska w ogóle będzie lepsza.
Nie można także nie brać pod uwagę osobistych poglądów Donalda Trumpa na problem sposobu prowadzenia polityki międzynarodowej, która jest zresztą zgodna z oczekiwaniami jego najbardziej zagorzałych zwolenników z ruchu MAGA. Można ją streścić słowami „uderz, wycofaj się i ogłoś sukces”. Wszystkie działania militarne w tej kadencji były zgodne właśnie z takim założeniem, a akcja w Wenezueli jest wręcz wzorcowym jego przykładem. Pozwala to radykalnie ograniczyć koszty długotrwałego zaangażowania, które pochłaniały miliardy dolarów i życie setek amerykańskich żołnierzy, a jednocześnie zrealizować polityczne interesy USA. A przede wszystkim poprawić pogarszające się notowania Donalda Trumpa, którego działania w sferze gospodarczej przynajmniej na razie nie polepszyły sytuacji życiowej milionów Amerykanów.
Niezależnie od tego czy nowe władze Wenezueli zdecydują się na porozumienie z Donaldem Trumpem oddając mu częściowo kontrolę nad przemysłem naftowym i porzucając swoich dotychczasowych sojuszników, czy też odmówią zmiany dotychczasowej polityki uznając, że Trump nie zdecyduje się na pełnoskalowe zaangażowanie w konflikt zbrojny, Wenezuela nie ma większych szans na powrót do demokracji. Biznesy lepiej zawiera się z dyktatorami niż z politykami zależnymi od zmiennych nastrojów wyborców. Zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, w której Amerykanie są niejednokrotnie postrzegani podobnie jak w Europie Środkowej Rosjanie. I to nawet, jeżeli widać w chwili obecnej prawicowy zwrot w wielu krajach tego kontynentu. Amerykanie nigdy nie byli zwolennikami demokracji na swoim bezpośrednim zapleczu, jeżeli miałoby to zagrażać ich interesom. A Donald Trump nie jest przesadnym zwolennikiem demokracji nawet we własnym kraju.
Wydarzenia w Wenezueli nie są też bez znaczenia dla Polski i innych krajów europejskich, których przywódcy jak zwykle nie byli w stanie zająć jakiegokolwiek jednoznacznego stanowiska wobec działań amerykańskiego „sojusznika”, ograniczając się do zwyczajowych komunałów o konieczności działania zgodnie z prawem międzynarodowym i koniecznością przywrócenia demokracji. Świat jaki próbowano budować przez ostatnie kilkadziesiąt lat, ostatecznie odchodzi w przeszłość. To prawda, że wartości i zasady prawa międzynarodowego bardzo często pozostawały wyłącznie w sferze deklaracji, ale jednak ograniczały autorytarne zapędy przywódców mocarstw. A to z punktu widzenia mniejszych państw miało istotne znaczenie. W przeciwnym razie wraca prawda wyrażona przez Tukidydesa w „Dialogu melijskim”: „Przecież jak wy tak i my wiemy doskonale, że sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest tylko wtedy momentem rozstrzygającym, jeśli po obu stronach równe siły mogą ją zagwarantować; jeśli zaś idzie o zakres możliwości, to silniejsi osiągają swe cele, a słabsi ustępują.”
Karol Winiarski
