Partia to ja
W ostatnich dniach praktycznie bez echa minęła 25 rocznica powstania Platformy Obywatelskiej. 24 stycznia 2001 roku w hali Olivii w Gdańsku „trzech tenorów” – Donald Tusk, Andrzej Olechowski, Maciej Płażyński – ogłosili powołanie do życia nowego ruchu politycznego o dość niesprecyzowanej wówczas formule organizacyjnej (partią polityczną Platforma została rok później). To wydarzenie zapoczątkowało fundamentalną zmianę na polskiej scenie politycznej, której konsekwencje trwają do dzisiaj.
Powstanie Platformy Obywatelskiej było efektem głębokiego kryzysu, który dotknął Unię Wolności. Ta powstała w 1994 roku partia polityczna (w wyniku połączenia Unii Demokratycznej i Kongresu Liberalno-Demokratycznego) skupiała w swoich szeregach większość czołowych liderów antykomunistycznej opozycji z lat 80-tych, a jej politycy odegrali fundamentalną rolę w transformacji polityczno-gospodarczej Polski z komunizmu i gospodarki centralnie sterowanej do demokracji i gospodarki wolnorynkowej. W 2000 roku znalazła się jednak ona w głębokim kryzysie w związku ze spadającymi sondażami i narastającym konfliktem pomiędzy Leszkiem Balcerowiczem, który od 1995 roku stał na czele tej formacji, a innymi czołowymi działaczami tego ugrupowania wywodzącymi się z Unii Demokratycznej. Z dzisiejszej perspektywy widać, że była to zapowiedź czegoś znacznie ważniejszego – schyłku formacji odwołujących się do rozsądku i prowadzących umiarkowaną, nieagresywną politykę.
Wydarzeniem, który doprowadził do ostatecznego rozłamu w szeregach Unii Wolności był kongres tego ugrupowania w grudniu 2000 roku. Był on wynikiem rezygnacji Leszka Balcerowicza z funkcji przewodniczącego partii. Powodem był jego wybór przez Sejm na funkcję Prezesa Narodowego Banku Polskiego. Stało się to możliwe po rezygnacji Hanny Gronkiewicz-Waltz, która objęła stanowisko wiceprezesa ds. zasobów ludzkich i administracji w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju. Była to inicjatywa Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który od dawna marzył o przełamaniu trwającego od dekady podziału na siły postsolidarnościowe i postkomunistyczne. To on bowiem zgłosił kandydaturę przewodniczącego Unii Wolności widząc szkodliwy dla tego zasłużonego ugrupowania konflikt wewnętrzny. Dominujący w Sejmie Sojusz Lewicy Demokratycznej z niechęcią poparł osobę będącą symbolem bolesnych społecznie reform gospodarczych. Wydawało się, że odejście Leszka Balcerowicza zażegna wewnętrzny kryzys w Unii Wolności. Stało się wręcz przeciwnie.
Partyjna opozycja, która doszła do głosu, wysunęła Bronisława Geremka jako kandydata na nowego przewodniczącego. Ten faktyczny, wieloletni „mózg” opozycji i niedoszły premier w roku 1991 (taki był pomysł Lecha Wałęsy po pierwszych w pełni demokratycznych wyborach parlamentarnych, chociaż Geremek jak i całe skupione wokół niego środowisko polityczne jednoznacznie wsparło w 1990 roku Tadeusza Mazowieckiego), wydawał się naturalnym kandydatem na nowego przewodniczącego. Niespodziewanie wyzwanie rzucił mu Donald Tusk. Ten były lider Kongresu Liberalno-Demokratycznego znalazł się w politycznym niebycie po wyborach w roku 1993, gdy jego ugrupowanie (podobnie zresztą jak większość partii centroprawicowych) nie przekroczyło progu wyborczego. Pomocną dłoń wysunęli wówczas politycy Unii Demokratycznej, którzy zaproponowali zjednoczenie obydwu ugrupowań i stanowisko wiceprzewodniczącego dla Donalda Tuska w nowej formacji. Trzy lata później został on wiceprzewodniczącym Senatu. Przez całą drugą połowę lat 90-tych dzisiejszy premier nie przejawiał większej aktywności politycznej, co zresztą sam przyznał kiedyś w wywiadzie dla Gazety Wyborczej. Dlatego zgłoszenie przez niego swojej kandydatury na przewodniczącego Unii Wolności było dla wielu sporym zaskoczeniem.
Walka o stanowisko przewodniczącego Unii Wolności spolaryzowała całe ugrupowanie, przy czym linia podziału w dużym stopniu przebiegała zgodnie z dawną przynależnością partyjną – byli członkowie Unii Demokratycznej w większości jednoznacznie poparli Bronisława Geremka, Kongresu Liberalno-Demokratycznego Donalda Tuska. Na grudniowym kongresie stosunkiem głosów 338 do 261 zwyciężył ten pierwszy. Ta stosunkowo niewielka przewaga była sporym zaskoczeniem i potwierdzała głęboki podział w Unii Wolności. Zamiast próby szukania porozumienia z obozem przegranego, w wyborach do Rady Krajowej wszyscy stronnicy Donalda Tuska zostali wycięci przez delegatów popierających nowego przewodniczącego. Stało się dla Donalda Tuska dogodnym pretekstem do opuszczenia Unii Wolności i tworzenia nowego ugrupowania. W rzeczywistości taki plan w razie porażki w wyborach na przewodniczącego istniał już wcześniej.
Kryzys w Unii Wolności zbiegł się z postępującą destrukcją Akcji Wyborczej Solidarność. Ta szeroka koalicja centroprawicowych partii wygrała wybory w 1997 roku i wraz z Unią Wolności utworzyła większościowy rząd z Jerzym Buzkiem na czele. W połowie 2000 roku doszło do rozpadu koalicji rządzącej i opuszczenia rządu przez słabsze ugrupowanie. Oficjalnym powodem było wprowadzenie zarządu komisarycznego w Warszawie, co oznaczało odsunięcie od władzy Prezydenta Pawła Piskorskiego z Unii Wolności. Prawdziwą przyczyną był jednak narastający spór programowy narastający wraz z pogarszającą się sytuacją gospodarczą (wzrost bezrobocia i powiększający się w szybkim tempie deficyt gospodarczy – tzw. dziura Bauca). Ciosem dla Akcji Wyborczej Solidarność była porażka jej lidera, Mariana Krzaklewskiego, w wyborach prezydenckich w roku 2000, w których zajął dopiero trzecie miejsce. Próba poprawy notowań rządu przez powierzenie funkcji ministra sprawiedliwości Lechowi Kaczyńskiemu, popularnemu byłemu prezesowi Najwyższej Izby Kontroli, zakończyła się niepowodzeniem. Nowy minister wykorzystał stanowisko do wzmacniania popularności własnej osoby poprzez krytykę własnego rządu. W konsekwencji został z niego wyrzucony, a notowania AWS w 2001 roku ostatecznie się załamały. To stworzyło możliwość całkowitej rekonstrukcji prawej strony sceny politycznej. Część działaczy AWS zasiliła szeregi Platformy Obywatelskiej. Najcenniejszą „zdobyczą” był Maciej Płażyński – były wojewoda gdański (sprzed reformy samorządowej) i urzędujący Marszałek Sejmu.
Trzecim tenorem był Andrzej Olechowski. Ten były bliski współpracownik Lecha Wałęsy, który z jego rekomendacji pełnił funkcje ministra finansów w rządzie Jana Olszewskiego i ministra spraw zagranicznych w gabinecie Waldemara Pawlaka, w roku 2000 zgłosił chęć kandydowania w wyborach Prezydenta RP. Wydawało się, że uzyska poparcie Unii Wolności, z którą łączyła go zgodność poglądów w większości kwestii politycznych i gospodarczych. Tak się jednak nie stało. Oficjalnie z powodu współpracy Andrzeja Olechowskiego z wywiadem gospodarczym PRL-u (w trakcie pracy w ONZ), do czego przyznał się publicznie. Ważniejsze jednak było poparcie udzielane mu przez Leszka Balcerowicza i jego zwolenników, co automatycznie budziło niechęć pozostałych działaczy UW. W efekcie nie wysunęła ona żadnego reprezentanta, a Andrzej Olechowski wystartował jako kandydat niezależny i zajął drugie miejsce z poparciem przekraczającym 17%. Nie wystarczyło to do wejścia do drugiej tury, ponieważ Aleksander Kwaśniewski zdobywając ponad 53% głosów zapewnił sobie reelekcję już w pierwszym starciu. Wynik był jednak imponujący i stanowił spory kapitał dla dalszej działalności politycznej. Dla tworzącego nowe ugrupowanie Donalda Tuska był niezwykle cennym nabytkiem.
Powstanie Platformy Obywatelskiej przyśpieszyło procesy rekonstrukcji prawej strony sceny politycznej. Wyrzucony z rządu Lech Kaczyński stworzył wraz z bratem Prawo i Sprawiedliwość, do którego wkrótce dołączyli inni politycy Akcji Wyborczej Solidarność (część – Kazimierz Ujazdowski, Marek Jurek, Mariusz Kamiński – wcześniej utworzyła Przymierze Prawicy). Konsolidacja nastąpiła również na skrawnej prawicy, gdzie Roman Giertych, Antoni Macierewicz, Jan Łopuszański, Gabriel Janowski, Jan Olszewski powołali do życia Ligę Polskich Rodzin. Nowe twory polityczne zepchnęły w polityczny niebyt dotychczasowe ugrupowania, które nie weszły do Sejmu po wyborach parlamentarnych w 2001 roku. W ciągu kilku miesięcy prawa strona polskiej sceny politycznej uległa całkowitej reorganizacji.
Pierwsze miesiące istnienia Platformy Obywatelskiej nie zwiastowały późniejszej dominacji tego ugrupowania. W wyborach parlamentarnych w 2001 roku zajęła co prawda drugie miejsce, ale z daleko niesatysfakcjonującym wynikiem 12,68% – gorszym nawet od wyniku Unii Wolności z 1997 roku i niewiele lepszym od tego, który uzyskała Unia Demokratyczna dziesięć lat wcześniej. Na dodatek pełna dominacja koalicji SLD-UP nie rokowała na rychłą możliwość przejęcia władzy. Już jednak dwa lata później afera Rywina i spowolnienie gospodarcze skutkujące dramatycznie wysokim bezrobociem zapoczątkowały trwający do dziś kryzys polskiej lewicy. Szybki spadek notowań Sojuszu Lewicy Demokratycznej zadziwiająco korelował ze wzrostem poparcia dla Platformy Obywatelskiej. A jednak w roku 2005 Donald Tusk poniósł dwie dotkliwe porażki – najpierw niespodziewanie jego ugrupowanie przegrało wyborczą batalię z Prawem i Sprawiedliwością, a miesiąc później musiał uznać wyższość Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Na przejęcie władzy musiał czekać jeszcze dwa lata, gdy w przyśpieszonych wyborach parlamentarnych zdecydowanie pokonał ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego.
W tym czasie Donald Tusk był już niekwestionowanym liderem Platformy Obywatelskiej. Pierwszym, który zrozumiał, że w partii lider może być tylko jeden był Maciej Płażyński – odszedł w 2003 powołując się na różnice programowe. Rok później na cenzurowanym znalazł się Andrzej Olechowski, który nie chciał „umierać za Niceę”. Nie mając żadnego zaplecza politycznego szybko znalazł się na marginesie ugrupowania, które założył (ostatecznie wystąpił z partii w roku 2009). Z łask szefa wypadł też Paweł Piskorski – eurodeputowany i sekretarz generalny PO. Po zdobyciu mandatu w Parlamencie Europejskim przestał odgrywać większą rolę w krajowym życiu politycznym, a w 2006 roku pod pretekstem szkodzenia wizerunkowi partii (legalnie kupił 320 ha ziemi pod zalesienie, co było dofinansowywane z pieniędzy UE) został z niej wyrzucony wraz ze wszystkimi współpracownikami, którzy pozostali wobec niego lojalni. Nowymi przybocznymi Donalda Tuska byli już wówczas Zyta Gilowska i Jan Maria Rokita. Ta pierwsza została zmuszona do odejścia z Platformy Obywatelskiej przed wyborami w 2005 roku z powodu zarzutów o nepotyzm – zlecanie synowi płatnych ekspertyz i zatrudnienie jego narzeczonej w biurze poselskim. Ten drugi zaczął być marginalizowany po porażce w wyborach parlamentarnych w tym samym roku, po których miał zostać premierem. Ostatecznie wycofał się z polityki dwa lata później, gdy jego żona przyjęła propozycję Jarosława Kaczyńskiego kandydowania z listy Prawa i Sprawiedliwości. Ostatnim samodzielnym współpracownikiem Donalda Tuska był Grzegorz Schetyna. Po aferze hazardowej w 2009 roku, mimo że nie miał z nią żadnego związku, został pozbawiony funkcji ministra spraw wewnętrznych i wicepremiera. W jego przypadku proces wypychania z partii też odbywał się stopniowo. Przesuwany stopniowo na kolejne prestiżowe, ale pozbawione większego wpływu stanowiska, ostatecznie znalazł się na wylocie w 2013 roku. Uratował go i umożliwił powrót do gry wyjazd Donalda Tuska do Brukseli.
Pozbywanie się wszystkich potencjalnych rywali z najbliższego otoczenia nie jest czymś nadzwyczajnym w polityce. Pozwala zapobiec utracie kontroli nad partią w okresach kryzysu. Można również uniknąć sporów programowych, Ma też jednak swoje wady. Pozbawiony jakiejkolwiek wewnętrznej krytyki lider nabywa przekonania o własnej nieomylności. Nie ma też naturalnego następcy. Czym to grozi, pokazała sytuacja po wyjeździe Donalda Tuska do Brukseli. Nominowana przez niego na następczynię Ewa Kopacz okazała się kompletnym niewypałem. Nie spełnił oczekiwań również Grzegorz Schetyna, który zastąpił ją na funkcji przewodniczącego partii po klęsce wyborczej w 2015 roku. Po kolejnych porażkach w wyborach samorządowych, europejskich i parlamentarnych ponownie znalazł się na marginesie życia politycznego. Niedługie rządy Borysa Budki doprowadziły Platformę Obywatelską na kompletnego upadku. Jedynie powrót „króla” z Brukseli pozwolił partii odzyskać wcześniejsze poparcie i utrzymać pozycję lidera opozycji.
Platforma Obywatelska zakończyła swój żywot w ubiegłym roku przekształcając się poprzez konsumpcję przystawek (Nowoczesna, Inicjatywa Polska) w Koalicję Obywatelską. Nie zmieniło to jednak wodzowskiego charakteru tego ugrupowania, o którym Donald Tusk bez żadnej przesady mógłby powiedzieć: „partia to ja”. Takie formacje rzadko jednak przeżywają swoich twórców. Tym bardziej, że pod rządami Donalda Tuska Platforma Obywatelska (a obecnie Koalicja Obywatelska) stała się bezideową partią władzy, do której należy się wyłącznie po to, żeby realizować własne materialne interesy. Program ugrupowania jest formułowany na bieżąco na podstawie badań opinii publicznej, co skutkuje czasami całkowitym zaprzeczeniem głoszonych przed wyborami poglądów. Jedynym czynnikiem spajającym elektorat Koalicji Obywatelskiej jest niechęć (a niekiedy nienawiść) do Prawa i Sprawiedliwości i strach przed powrotem tej partii do władzy. Gwarancją pozycji partii jest brak alternatywy po tej stronie sceny politycznej. Jeżeli pojawiłby się na niej nowy podmiot o orientacji liberalno-demokratycznej z charyzmatycznym liderem, pozycja Koalicji Obywatelskiej byłaby zagrożona. Na szczęście dla Donalda Tuska, na horyzoncie nie widać takiej osoby. Jednak życie (zwłaszcza polityczne) często płata niespodzianki.
Karol Winiarski
