SAFE
Przez kilka ostatnich lat wydawanie miliardów złotych (znacząco powiększających deficyt budżetowy) na sprzęt wojskowy, było bezrefleksyjnie popierany przez wszystkie znaczące siły polityczne, ponad politycznymi podziałami. Nawet jeżeli czasami pojawiały się wątpliwości co do ilości i ceny kupowanej broni czy też braku jakiegokolwiek offsetu, to ostatecznie wszyscy karnie głosowali za. To już jednak przeszłość. Spór, który rozgorzał wokół programu Security Action for Europe (SAFE) jest kolejnym efektem skrajnej polaryzacji politycznej. Ponieważ obecna koalicja rządowa chwali się przeforsowaniem w UE programu, z którego uzyskamy 43,7 mld euro, to druga strona postanowiła go totalnie skrytykować. Polityczne motywy takiego stanowiska są oczywiste. To jednak nie znaczy, że wszelkie prezentowane argumenty są nieprawdziwe.
Fundusz SAFE ma być objęty zasadą warunkowości, podobnie jak pocovidowy fundusz Next Generation EU. Pozwala to Komisji Europejskiej wstrzymać wypłatę pieniędzy jeśli uzna, że dany kraj nie przestrzega zasad praworządności. Prawo i Sprawiedliwość pamięta jakim politycznym błędem była zgoda na taki mechanizm wyrażona przez Mateusza Morawieckiego, co skutkowało potem zablokowaniem wypłaty środków na zadania zawarte w Krajowym Planie Odbudowy. Wykorzystała to politycznie ówczesna opozycja piętnując ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego za zaistniałą sytuację. Środki dla Polski zostały prawie natychmiast uruchomione po zmianie władzy, chociaż poza zapowiedziami, żadne zmiany w polskim systemie prawnym nie nastąpiły, a kolejne działania nowych władz, mimo że dalekie od zasad praworządności, nie spotykały się nawet z krytyką ze strony Komisji Europejskiej. Jeżeli pod koniec 2027 roku nastąpiłaby zmiana władzy, mogłoby dojść do powtórzenia sytuacji i zablokowania wypłaty środków. Komisja Europejska jest instytucją polityczną i polityczne, a nie prawne kryteria, stanowią podstawę podejmowanych decyzji.
Zasadniczym argumentem przemawiającym za skorzystanie z pieniędzy programu SAFE są znacznie niższe koszty pożyczanych pieniędzy. Pożyczanych, ponieważ nie są to dotacje, a środki pochodzące z obligacji emitowanych przez Unię Europejską i przekazywanych państwom uczestniczącym w programie. Rzeczywiście, ich oprocentowanie jest niższe od rentowności obligacji złotówkowych, ale jest to raczej dowód na złą ocenę przez rynki finansowe stanu polskich finansów publicznych, która skutkuje większym ryzykiem pożyczkowym. Niemcy są w stanie taniej pożyczać pieniądze i w programie udziału nie biorą, co nie znaczy, że z niego nie skorzystają dzięki zamówieniom w ich zakładach zbrojeniowych. Jest to jednak stan na dzień dzisiejszy. W ostatnich miesiącach oprocentowanie polskich obligacji znacząco spadło, a kilka dni temu rentowność 10-letnich obligacji po raz pierwszy od czasów pandemii spadła poniżej 5%, co zapewne jest skutkiem kolejnych obniżek stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Jeszcze lepsze efekty dała emisja obligacji denominowanych w euro (pięcio i dziesięcioletnich), których oprocentowane jest podobne do zobowiązań finansowych, które zaciąga UE. To zresztą jest mocny argument za przyjęciem w Polsce europejskiej waluty (są też oczywiście silne argumenty przeciw), o czym żaden z polityków nie chce słyszeć. Dlaczego? Dlatego, że takie są wyniki badań opinii publicznej. Opartych oczywiście o emocje, a nie o racjonalne argumenty, o których większość badanych nie ma zielonego pojęcia.
Ministerstwo finansów wyliczyło oszczędności związane z uczestnictwem w programie SAFE – w porównaniu z pożyczaniem pieniędzy na rynkach finansowych bezpośrednio przez Polskę – na 36 mld zł (emisja obligacji przez budżet państwa) do nawet 60 mld zł (emisja przez Bank Gospodarstwa Krajowego). Pokazuje to zresztą jak kosztownym pomysłem jest pozabudżetowe finansowanie polskiego długu, co od lat praktykują kolejne rządy chcąc uniknąć przekroczenia progów ostrożnościowych zawartych w ustawie o finansach publicznych (55% i 60%) oraz Konstytucji (60%). Ciekawe, że jeszcze niedawno spotykało się to z krytyką Komisje Europejską, a obecnie akceptuje ona pomysł stworzenia kolejnego pozabudżetowego funduszu obsługującego program SAFE.
Wyliczenia ministra Domańskiego oparte są oczywiście na porównaniu podobnego okresu spłaty obligacji emitowanych przez UE i Polskę. Ma to być aż 45 lat przy dziesięcioletnim okresie karencji, w trakcie którego pokrywane będą jedynie odsetki. Tyle, że Polska takich obligacji nie emituje. Gdyby te same środki finansowe pozyskać z obligacji o znacznie krótszym okresie zapadalności, to ogólne koszty zaciągniętego długu byłyby znacznie niższe – każdy kto kiedykolwiek spłacał kredyt hipoteczny wie na czym polega pozornie atrakcyjnie niskie oprocentowanie takich zobowiązań. Tyle, że wcześniej trzeba byłoby te obligacje wykupić, a nic nie wskazuje, że stan naszych finansów publicznych ulegnie w najbliższych latach poprawie. Czy jednak moralnym jest obciążanie spłatą obecnie zaciąganych zobowiązań kolejnych pokoleń Polaków? Nawet tych, których jeszcze nie ma na świecie.
Kolejnym argumentem za wejściem do programu jest możliwość, jak zapewnia rząd, przeznaczenia 80% pozyskanych środków na zakupy sprzętu oraz inwestycje w polski przemysł zbrojeniowy i krajową infrastrukturę komunikacyjną. Jest to zresztą zgodne z założeniami SAFE, który powstał przede wszystkim w celu wzmocnienia europejskiego przemysłu zbrojeniowego. Tyle, że na efekty trzeba będzie czekać wiele lat. A przecież jak wielokrotnie twierdził Donald Tusk jesteśmy w okresie przedwojnia i powtarzając opinię różnych „wybitnych” ekspertów przewiduje atak Rosji na państwa NATO w ciągu kilku najbliższych lat. Jeżeli więc poważnie traktujemy te ostrzeżenia, to rozwijanie naszego potencjału produkcyjnego zamiast prostych zakupów najbardziej potrzebnego sprzętu, jest bez sensu. Budowanie wielu zakładów zbrojeniowych w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego w drugiej połowie lat 30-tych przyniosło ogromne korzyści. Tyle, że III Rzeszy, która zajęła te tereny we wrześniu 1939 roku, dokończyła będące na ukończeniu inwestycje (niektóre rozbudowała) i wykorzystała produkowany w nich sprzęt do kolejnych agresji.
Zakupy sprzętu obronnego w Polsce z pewnością będą miały pozytywny wpływ na rozwój polskiej gospodarki i wpłyną na szybszy wzrost naszego PKB. Tylko czy jest to rzeczywiście najlepsze dostępne uzbrojenie, które pozwoli stawić czoła Rosjanom? Pozornie przekonujący argument o decyzjach podejmowanych w tych sprawach przez wojskowych jest niestety kompletnie nietrafiony. Generałowie i oficerowie albo są wojskowymi biurokratami, którzy od dawna prochu nie wąchali, albo dowodzą co prawda jednostkami wojskowymi, ale wiedzę na temat sposobu prowadzenia wojny czerpali na uczelniach wojskowych wiele lat temu lub służąc w Iraku i Afganistanie, gdzie warunki terenowe, a przede wszystkim uzbrojenie przeciwników, były zupełnie inne.
Dowodem na to jest kompletne ignorowanie zdominowania pola walki przez systemy bezzałogowe i szok jaki wywołał wlot do Polski około dwudziestu rosyjskich dronów we wrześniu ubiegłego roku. Nagle Ministerstwo Obrony Narodowej i Sztab Generalny doznali olśnienia, co w trybie nagłym zaowocowało tworzeniem tarczy antydronowej. Dalej chyba jednak do nich nie dotarło, że w kilkunastokilometrowej strefie przyfrontowej zwanej strefą śmierci, żaden pojazd mechaniczny nie ma większych szans na przetrwanie i dlatego wykorzystywane są one coraz rzadziej. Tymczasem jednym z preferowanych zakupów z programu SAFE mają być wojskowe wozy piechoty Borsuk. Wystarczy obejrzeć w internecie niezliczone filmy pokazujące uciekających w panice żołnierzy rosyjskich lub ukraińskich z podobnego typu pojazdów atakowanych przez wrogie drony. Ostatnio na wspólnych manewrach wojsk państw NATO i Ukrainy, dwa bataliony (brytyjski i estoński) zostały przez Ukraińców całkowicie „zniszczone” przy pomocy dronów. Rosjanie dysponują oczywiście podobnym sprzętem.
Zarzut opozycji o wyłączeniu z zakupów sprzętu amerykańskiego jest bardziej polityczny niż merytoryczny. Stany Zjednoczone rzeczywiście produkują najbardziej zaawansowany technologicznie sprzęt na świecie. Tyle, że wojna w Ukrainie pokazała, że z miesiąca na miesiąc stawał się on coraz mniej przydatny. Przyznał to nawet Jack Sullivan, doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego w administracji Joe Bidena, w wywiadzie udzielonym w ramach panelu zorganizowanego przez Ronald Reagan Presidential Foundation & Institute: „Jeśli chodzi o czołgi Abrams, to wysłaliśmy je na Ukrainę. Te czołgi Abrams nie są faktycznie używane przez jednostki, ponieważ nie są dla nich najbardziej przydatnym sprzętem w tej walce.” Do połowy 2025 roku Ukraina straciła 27 z 31 dostarczonych przez Amerykanów czołgów. Polska za czasów ministra Błaszczaka kupiła ich 366. Na dodatek ich silniki musza być serwisowane w USA, ponieważ żaden zakład w Europie nie ma kompetencji do serwisu i naprawy takiego sprzętu. Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 1 (Abramsy mają silniki samolotowe) nabędą je dopiero w 2028 roku. O ile będzie co serwisować.
Znacznie mniejsze straty poniosła Ukraina w przypadku samolotów F-16, które od kilkunastu miesięcy służą w jej siłach zbrojnych. Nie jest to jednak zasługa genialności tego będącego także na stanie naszej armii sprzętu, ale ich ograniczonego wykorzystywania w trakcie toczonych walk. Skuteczność obrony przeciwlotniczej obydwu walczących stron powoduje, że samolotów używa się raczej do zrzucania daleko od frontu bomb szybujących oraz zestrzeliwania dronów dalekiego zasięgu. Zupełnie zaprzestano używania na linii frontu śmigłowców – między innymi dzięki dużej skuteczności polskich „Piorunów”. A przecież F-35 i Apache to kolejne niesłychanie kosztowne zakupy polskich wojskowych, którzy żądają kolejnych militarnych zabawek, a kompletnie niekompetentni politycy akceptują w ciemno ich zachcianki. I dotyczy to zarówno obecnie rządzących, jak i nawet w jeszcze większym stopniu, ich poprzedników.
Politycy Prawa i Sprawiedliwości usprawiedliwiają masowe i zawierane na fatalnych warunkach ich finansowych zakupy Mariusza Błaszczaka koniecznością szybkiego przygotowania się na ewentualny atak Rosji po jej agresji na Ukrainie. Nastąpiła ona jednak sześć lat po objęciu rządów przez to ugrupowania oraz osiem lat po aneksji Krymu i części Donbasu. Poza tym już po kilku tygodniach wiadomo było, że blitzkrieg Moskwie się nie udał, a jesienią 2022 roku Ukraińcy odbili znaczną część zajętych przez Rosjan terenów. Tym samym groźba rosyjskiej agresji na Polskę w najbliższym czasie przestała istnieć, ponieważ Moskwa w całej swojej historii zawsze unikała wojny na dwa fronty. Od tego czasu nic się nie zmieniło. Dopóki Ukraińcy stawiają w miarę skuteczny opór, żadna agresja ze wschodu nam nie grozi. Dlatego było dużo czasu, aby zobaczyć jak wygląda współczesna wojna na podobnym do naszego terenie i na tej podstawie opracować plan modernizacji polskiej armii. Zamiast tego Błaszczak, a teraz Kosiniak-Kamysz wydali setki miliardów złotych na sprzęt, który na niewiele nam się przyda. I nie ma żadnej pewności, że kolejne zamówienia rekomendowane przez polskich wojskowych będą bardziej odpowiadały wymogom współczesnego pola walki.
Utworzenie specjalnego funduszu do obsługi programu SAFE wymaga ustawy. Wątpliwości publicznie wyrażane przez Karola Nawrockiego i jego współpracowników oraz zdecydowany sprzeciw wszystkich prawicowych partii opozycyjnych wydają się ograniczać do minimum szanse na jej podpisanie przez Prezydenta. Oczywiście Karol Nawrocki narazi się wówczas na zarzut osłabiania bezpieczeństwa Polski, ale akceptacja ustawy byłaby całkowicie niezrozumiała przez wyborców opozycji. Weto jest tym bardziej prawdopodobne, że rząd zapowiada znalezienie innych sposobów wykorzystania środków z programu. Tak więc niezależnie od podjętej przez Prezydenta decyzji zadłużenie Polski wzrośnie o około 4% PKB przekraczając poziom 2,5 bln zł. Czy kiedykolwiek w przyszłości kolejne pokolenia Polaków będą w stanie je spłacić? I czy któregokolwiek z polityków to w ogóle obchodzi?
Karol Winiarski
