Świat po NATO
Kilka dni temu bez większego rozgłosu minęła 26 rocznica akcesji Polski do Paktu Północnoatlantyckiego. Jeszcze do niedawna pozytywna ocena tego wydarzenia nie budziła żadnych wątpliwości, a politycy wszystkich opcji zgodnie uważali ten fakt za jedno z najważniejszych osiągnięć III RP. Tylko nieliczni ostrzegali, że takie całkowite uzależnienie nawet od tak potężnego sojusznika jak Stany Zjednoczone (NATO to w praktyce USA, zwłaszcza, że inne kraje członkowskie rozumowały podobnie jak Polska), jest ryzykowne. Piąty artykuł traktatu waszyngtońskiego wcale nie oznacza konieczności udzielenia natychmiastowej pomocy napadniętemu państwu, a każdy układ może się okazać tyle wart, co papier, na którym został spisany. Otrzeźwienie, przynajmniej dla niektórych, przyniosły pierwsze tygodnie rządów Donalda Trumpa.
Członkostwo w najpotężniejszym sojuszu polityczno-militarnym świata przyniosło Polsce złudne poczucie bezpieczeństwa. Skoro chroni nas największa potęga świata, to możemy spać spokojnie i nie musimy się o nic martwić. Nie było też sensu wydawania pieniędzy na broń, szkolenia rezerwistów czy budowania umocnień granicznych. Trudo mieć o to do polityków z dwóch pierwszych dekad III RP pretensje. Przechodząca transformację gospodarczą Polska znajdowała się w trudnej sytuacji finansowej i wydawanie miliardów uzbrojenie osłabiałoby tempo rozwoju naszego kraju. Nic też nie wskazywało, że Rosja będzie w stanie powrócić do agresywnej polityki i rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym oraz ich sojusznikom. Ale przynajmniej od 2008 roku było już wiadomo, że Putin jest zdolny do prowadzenia aktywnej polityki międzynarodowej popartej militarną siłą (co zresztą zapowiadał rok wcześniej na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium), a od 2011 roku polityka USA wyraźnie zaczęła być przekierowywana na Daleki Wschód. W Polsce nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków. Dalej wszystkie główne siły polityczne wierzyły w „żelazne” amerykańskie gwarancje i nierealność wybuchu pełnoskalowej wojny. Racjonalną analizę zmieniającej się sytuacji zastąpiło wypieranie faktów i mentalne uzależnienie od Wielkiego Brata, z którego polscy politycy nie byli i w większości przypadków dalej nie są zdolni się wyzwolić.
Wiara nie była jednak tak całkowicie bezrefleksyjna. Gdzieś tam tliła się wątpliwość czy nie powtórzy się sytuacja z 1939 roku. Stąd ogromna ulga po kolejnych zapewnieniach ze strony amerykańskich prezydentów, że art. 5 obowiązuje, a Polska zawsze może liczyć na ich pomoc. Aby jednak rozwiać wszelkie ewentualne wątpliwości jakie mogłyby się zrodzić w Waszyngtonie, panowało przekonanie, że Wujowi Samowi nie tylko nie można się sprzeciwiać, ale trzeba praktycznie pokazywać pełną wierność i oddanie. Stąd pełne poparcie dla bombardowania Serbii w 1999 roku i uznanie niepodległości Kosowa dziewięć lat później, co całkowicie zburzyło dotychczasowy porządek międzynarodowy, który do tej pory zdecydowanie preferował zasadę nienaruszalności granic ponad prawem narodów do samostanowienia. Stąd udział Polski w interwencjach w Afganistanie (jedyna realizacja art. 5) i Iraku (całkowite pogwałcenie prawa międzynarodowego) oraz zgoda na otwarcie w Polsce więzień CIA, w których torturowano podejrzewanych o terroryzm. Stąd akceptacja budowy tarczy antyrakietowej w Redzikowie, która chroni USA łamiąc przy okazji układ AMB z 1972 roku. Stąd oddanie schwytanego w Polsce szpiega Pawła Rubcewa za nic, chociaż Andrzej Poczobut od lat siedzi w białoruskim więzieniu. Stąd olbrzymie zakupy amerykańskiej broni, a potem także gazu z zadziwiającym przekonaniem, że w ten sposób kupimy sobie militarną pomoc USA w razie zagrożenia. Broniąc się przed realnym, chociaż jednocześnie tylko potencjalnym uzależnieniem od Rosji, w pełni podporządkowaliśmy naszą politykę zagraniczną Stanom Zjednoczonym ponosząc przy tym całkiem wymierne koszty materialne i ludzkie (ponad 60 polskich żołnierzy poległo w Afganistanie i Iraku).
Nigdy już nie będziemy wiedzieli jak potoczyłyby się losy świata, gdyby koncepcja Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego została w pełni zrealizowana. Ci dwaj czołowi redaktorzy paryskiej Kultury nie tylko uważali, że trzeba zrezygnować z roszczeń do ziem utraconych w wyniku II wojny światowej i poprzeć niepodległościowe aspiracje Litwy, Białorusi i Ukrainy, ale postulowali późniejszą neutralność Polski i innych krajów postkomunistycznych, aby nie rozbudzać w Rosji imperialnych i autorytarnych tendencji. Być może obaj panowie się mylili i powrót Rosji do agresywnej polityki był nieunikniony, a członkostwo w NATO zapobiegło atakowi na nasz kraj jak twierdzi obecnie większość polskich polityków i komentatorów. Nie można jednak wykluczyć, że to właśnie proces rozszerzania Paktu Północnoatlantyckiego na wschód wbrew obietnicom składanym jeszcze w trakcie jednoczenia Niemiec, skłonił Putina do przeciwdziałania i prowadzenia polityki, którą doprowadziła w końcu do ataku na naszego wschodniego sąsiada. To co dla nas (i Ukrainy) było uzyskaniem gwarancji bezpieczeństwa, dla Rosjan było przejawem hipokryzji Zachodu i bezpośrednim zagrożeniem dla ich kraju ze strony sojuszu, który przecież był skierowany przeciw ZSRR i nie rozwiązał się po jego rozpadzie. Jednak nawet jeśli druga wersja byłaby prawdziwa, to sytuacja uległa już zmianie i wątpliwym jest, że w chwili obecnej Władymir Putin dalej byłby skłonny uznawać porządek ukształtowany po zakończeniu zimnej wojny i rozpadzie sowieckiego imperium. Gospodarz Kremla poczuł może nie tyle swoją siłę, co przede wszystkim słabość tzw. kolektywnego Zachodu. A ponieważ nowy lokator Białego Domu też nie jest zainteresowany utrzymywaniem status quo, to okazja do nowego urządzenia świata jest wprost wymarzona.
Fundamentalna zasada polskiej polityki zagranicznej ostatnich 35 lat – „żelazne” gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA dla naszego kraju – właśnie rozpada się jak domek z kart. To nigdy nie była solidna konstrukcja, ale Donald Trump postanowił ją ostatecznie zdemontować, a przynajmniej całkowicie przebudować, chociaż nie do końca wiadomo w jaki sposób (być może on sam tego jeszcze nie wie). Dobrze, że stało się to teraz, a nie w sytuacji wybuchu militarnego konfliktu. Niestety, politycy Prawa i Sprawiedliwości nie chcą tej smutnej prawdy przyjąć do wiadomości wciąż łudząc się, że to tylko chwilowa zmiana i jak tylko Trump zrozumie, że Putin to zły człowiek, ponownie weźmie nas pod swoje ochronne skrzydła. Nadzieja taka nie jest zresztą i obca niektórym politykom koalicji rządzącej.
Donald Tusk i jego współpracownicy (zwłaszcza Radosław Sikorski) od dawna ze znacznie większym dystansem odnosili się do Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie jednak z równie wielkim oderwaniem od rzeczywistości wierzą w mityczną siłę zjednoczonej Europy, która gdyby tylko chciała, mogłaby zapewnić nam takie samo bezpieczeństwo jak to, którego nie chcą już zapewniać Amerykanie. Europa jest jednak tylko pojęciem geograficznym i to też czysto umownym (Ural jest dość sztuczną granicą z Azją). Nie wszystkie kraje europejskie należą do Unii Europejskiej, a nawet do NATO. A przede wszystkim nie mają wspólnych interesów i jednego przywódcy, który mógłby podejmować szybkie decyzje w razie nagłej potrzeby. Zawsze interes obywateli każdego z nich będzie dla ich przywódców ważniejszy niż najszczytniejsze nawet wartości. Skoro w 1939 roku Francuzi nie chcieli umierać za Gdańsk, to tym bardziej dzisiaj nie będą chcieli umierać za Białystok. Tak jak zdecydowana większość z nas nie chce umierać za Kijów, chociaż niepodległa Ukraina jest kluczowa z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa. To zresztą zadziwiające, że większość uznaje Putina za realne zagrożenie, a jednocześnie coraz więcej zdaje się nie rozumieć, że jej upadek znacząco pogarsza naszą sytuację geostrategiczną.
Rosyjskie zagrożenie jest śmiertelnym problemem dla państw nadbałtyckich i oczywiście Ukrainy. Dla pozostałych sąsiadów euroazjatyckiego imperium (w tym Polski) to niebezpieczeństwo jest mniej oczywiste i zdecydowanie bardziej odległe w czasie. Dla krajów leżących na południe i zachód od Polski zagrożenie, przynajmniej na razie, jest czysto hipotetyczne. Dlatego w przypadku mało zresztą prawdopodobnej wojny, gdyby udało nam się nie ulec rosyjskiemu blitzkriegowi, moglibyśmy liczyć na ograniczona pomoc podobną do tej jaką otrzymuje Ukraina. Państwa bałtyckie nawet na to nie mogą liczyć, ponieważ zostaną zajęte zanim Europa zdąży zareagować. Jeżeli ktoś jest przekonany, że zaatakowana Polska z pewnością otrzyma bezpośrednie wsparcie militarne w postaci żołnierzy krajów sojuszniczych, niech odpowie na proste pytanie – czy sami niezaatakowani przez Rosję powinniśmy przyjść z pomocą napadniętym Bałtom? Nawet jeżeli inne kraje zadeklarowały wysłanie wojsk, to i tak na polskiej armii spoczywałby główny ciężar walk z oddziałami rosyjskimi i zapewne białoruskimi. W pierwszej kolejności musielibyśmy zabezpieczyć swoje flanki, co w praktyce oznacza konieczność zajęcia Obwodu Kaliningradzkiego i przynajmniej zachodnich terenów Białorusi. Potem zaś ruszyć w stronę Wilna i Rygi, aby wyzwolić okupowane tereny państw nadbałtyckich. A przecież jeżeli ktoś buduje tarczę wschodnią, to nie po to, żeby prowadzić działania ofensywne. Tym bardziej, że zasoby ludzkie wyczerpałyby się w pierwszych tygodniach walk, a rezerw nie mamy.
Równie pozbawione realizmu są fantasmagorie o hegemonicznej roli Rzeczpospolitej w hipotetycznym sojuszu krajów rozciągających się do Turcji do Finlandii. Niektóre z tych państw w ogóle nie prowadzą antyrosyjskiej polityki, a już na pewno nie będą chciały bezwarunkowo uznać polskiego przywództwa – podobny błąd w rozumowaniu popełnił przed II wojną światową Józef Beck bredząc o sojuszu polsko-rumuńsko-węgierskim budowanym na gruzach Czechosłowacji. Turcja, która sama zresztą uważa się za przynajmniej regionalną potęgę, jest zainteresowana wyłącznie obszarem Bliskiego Wschodu i basenu Morza Czarnego, a nie Europy Środkowej czy Bałtyku. Co do krajów bałtyckich i nordyckich, które autentycznie czują się zagrożone ekspansywną polityką Rosji, wracamy do punktu wyjścia – tylko Polska dysponuje w miarę silną armią lądową, która byłaby w stanie podjąć walkę z wojskami agresora. Biorąc pod uwagę dysproporcję sił i bojowe doświadczenie żołnierzy rosyjskich zdobyte w Ukrainie, prawdopodobnie zbyt długo by to nie trwało. Wsparcie morskie i lotnicze nordyckich sojuszników mogłoby się przydać, ale nie zastąpią wsparcia na lądzie.
Zastąpienie strategicznego sojuszu z USA zawarciem porozumienia z Chinami byłoby w ograniczonym zakresie alternatywnym rozwiązaniem, ale tylko w przypadku akceptacji takiego zwrotu przez większość krajów naszego kontynentu i przede wszystkim przez Unię Europejską. Byłaby to rzeczywiście rewolucyjna zmiana porównywalna z odwróceniem przymierzy w połowie XVIII wieku, tyle że jest to bardzo mało prawdopodobne. Ani Chiny nie zdecydują się na całkowite zerwanie z Rosją, ani UE nie wypowie sojuszu z USA. A nawet gdyby zdecydowali się na to Amerykanie, to część państw europejskich starałaby się utrzymać dobre relacje z Waszyngtonem, co wyklucza porozumienie z Pekinem. Polska byłaby z pewnością jednym z nich.
O całkowitym oderwaniu od rzeczywistości polskich elit – i to zarówno politycznych jak i eksperckich – świadczy ostatnia dyskusją o konieczności posiadania przez nasz kraj broni jądrowej – własnej lub użyczonej w ramach programu nuclear sharing. W okresie zimnej wojny, MAD (mutual assured destruction) czyli wzajemne zagwarantowanie zniszczenie, jak sama nazwa wskazuje polegało na pewności obustronnej zagłady w przypadku rozpoczęcia wojny atomowej przez USA lub ZSRR. Gdybyśmy nawet mieli własną broń jądrową, to nie powstrzymałoby to groźby konwencjonalnego ataku ze strony państwa, które taką broń posiada w ilości wielokrotnie większej. Agresor wiedziałby, że ewentualne jej użycie przez nasze wojsko nie spowodowałby u niego zbyt wielkich strat (o ile w ogóle jakiś ładunek dotarłby do celu), za to odpowiedź uczyniłaby z Polski nuklearną pustynię. Dlatego żaden odpowiedzialny polski polityk na to by się nie zdecydował. Blef ma znaczenie tylko wówczas, o ile jest wiarygodny.
Zmiana porządku międzynarodowego zawsze rodzi zagrożenia dla słabszych państw, które na dodatek znajdują się na styku interesów mocarstw. Nowe strefy wpływów mogą oznaczać zmianę patrona i to dokonaną bez wiedzy i zgody zainteresowanego. To właśnie obecnie grozi naszemu krajowi. Nie zawsze da się temu zapobiec. Ale z pewnością nie będzie to możliwe, jeżeli bezwolnie będziemy się przyglądali rozgrywce toczonej przez mocarstwa albo bujali w obłokach próbując konstruować sojusze oderwane od rzeczywistych interesów i możliwości. Płynność sytuacji wymaga elastyczności podejmowanych działań i pozbycia się złudzeń co do szczerości intencji możnych tego świata. Pomoc sojuszników nie może być planem A, a polska armia nie może być przygotowywana wyłącznie do odegrania wsparcia armii amerykańskiej, która przybędzie nam z natychmiastową pomocą. Podstawą polityki obronnej powinno być założenie względnej samodzielności strategicznej, co oznacza, że w razie ewentualnego konfliktu zostaniemy sami i poza wyrazami współczucia nie otrzymamy żadnej realnej pomocy. I dlatego poza militarnym przygotowywaniem się do ewentualnej wojny w oparciu o doświadczenia z konfliktu rosyjsko-ukraińskiego (drony i systemy antydronowe, artyleria lufowa i własna produkcja zbrojeniowa, w tym zwłaszcza pocisków artyleryjskich, a przede wszystkich tworzenie rezerw ludzkich na potrzeby armii), jednocześnie powinniśmy dążyć do zminimalizowanie groźby jej wybuchu. Ponieważ na polu bitwy nasze szanse nie wydają się w chwili obecnej zbyt duże, to pozbawiona ideologicznych i historycznych ograniczeń dyplomacja, może ograniczyć groźbę uwikłania nas w konflikt, którego nie będziemy w stanie wygrać. Rozmawiać można z każdym i o wszystkim. Zgadzać można się tylko na to, co w danym momencie jest korzystne i realne. Bezalternatywna, jednokierunkowa polityka to droga do katastrofy.
Karol Winiarski