Władza ponad wszystko
Weto Prezydenta Karola Nawrockiego wobec ustawy o Finansowym Instrumencie Zwiększenia Bezpieczeństwa zwaną potocznie ustawą o SAFE, rozpaliło namiętności polityczne. Wzajemne oskarżenia o zdradę, narodowe zaprzaństwo czy reprezentowanie jawnej opcji niemieckiej oznaczały wejście na wyższy poziom polaryzacji, która od lat przynosi korzyści wodzom dwóch plemion toczących walkę o władzę. Ponieważ Polacy (poza oczywiście żołnierzami obydwu plemion czerpiącymi z niej osobiste korzyści) nie mieliby żadnego interesu, żeby wspierać ich osobiste ambicje, trzeba dokonać na nich emocjonalnych manipulacji wmawiając im, że gra toczy się o najważniejsze narodowe interesy. Tak jest również w przypadku wojny o SAFE, ponieważ chodzi w niej o coś zupełnie innego niż bezpieczeństwo naszego kraju.
Prezydencka blokada ustawy o SAFE nie oznacza, że polska armia nie dostanie kasy z obligacji wyemitowanych przez Unię Europejską i przekazanych rządom 19 państw, które przystąpiły do programu. Wręcz przeciwnie, wojsko dostanie więcej pieniędzy, ponieważ część środków, które miały zostać przeznaczone na doposażenie służb (policja, Straż Graniczna), będą musiały być przekierowane na inwestycje militarne. Oczywiście opozycja straszy rządzących odpowiedzialnością przed Trybunałem Stanu za złamanie Konstytucji, która ich zdaniem wymaga ustawy pozwalającej na zaciąganie tak dużych zobowiązań. Poprzednie kredyty na zakup sprzętu koreańskiego (oprocentowanych na poziomie około 6%) czy amerykańskiego (ponad 4%) jej zdaniem nie wymagały procedury ratyfikacyjnej w Sejmie, ponieważ formalnie nie były to pożyczki udzielane przez rządy tych państw. Tyle, że w praktyce było to wynikiem porozumień zawieranych z władzami Korei Płd. i USA, a ich koszt jest znacznie wyższy niż ten z UE.
Skoro więc pieniądze i tak zostaną pożyczone i wydane, to skąd cała ta awantura? Odpowiedź jest oczywista. Jarosław Kaczyński zorientował się, że Karol Nawrocki prowadzi samodzielną politykę i dąży do zdobycia dominującej pozycji na prawicy. I to obejmującej nie tylko Prawo i Sprawiedliwość, ale też obie konfederacje. A przywództwo Jarosława Kaczyńskiego tej strony polskiej sceny politycznej zawsze było jego najważniejszym celem, do którego dążył latami i który przez prawie dekadę udawało mu się skutecznie realizować. Jest ono nawet ważniejsze od sprawowania rządów w Polsce. Do władzy bowiem można prędzej czy później wrócić. A jeżeli nie jest się liderem tej części sceny politycznej, to nawet w przypadku wyborczego sukcesu prawicy i tak nie ma się większego wpływu na rzeczywistość. Zwycięstwo traci więc sens.
Program SAFE wydawał się zdaniem Jarosława Kaczyńskiego idealnym narzędziem postawienia Karola Nawrockiego pod ścianą i przypomnienia mu dzięki komu jest Prezydentem. Pożyczki zaciągane w Unii Europejskiej, jak wszystko co związane jest z tą organizacją, nie cieszą się poparciem prawicowego elektoratu, którego liderem stara się zostać nasz Prezydent. Na dodatek eurosceptycy dominują wśród zwolenników obydwu konfederacji w większym stopniu niż w przypadku wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Dlatego tak nagły zwrot w sprawie programu SAFE – jeszcze kilka miesięcy temu politycy Prawa i Sprawiedliwości krytykowali rząd za zbyt wolne przystępowanie do niego – pozwalał osiągnąć jeszcze jeden cel – rozpocząć ofensywę, której celem jest odzyskanie elektoratu, który odpłynął do Grzegorza Brauna. Służy temu też nominowanie Przemysława Czarnka na kandydata na przyszłego premiera.
Karol Nawrocki znalazł się w sytuacji pozornie bez wyjścia. Podpisując ustawę zostałby uznany przez prawicowych wyborców za zdrajcę i pozbawiłby się szans uzyskania przywódcy tej części sceny politycznej oddając bez walki prymat Jarosławowi Kaczyńskiemu. Wetując okazałby się dłupoPiSem i uznałaby tym samym polityczne przywództwo prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Zapędzony do narożnika Prezydent gorączkowo szukał rozwiązania, które wyrządziłoby mu najmniej szkód. I wtedy ktoś z jego kancelarii przypomniał sobie o pomyśle Grzegorza Kołodki wykorzystania rezerw Narodowego Banku Polskiego do finansowania polskich wydatków publicznych i tym samym ograniczenia rosnącego w piorunującym tempie zadłużenia Skarbu Państwa. To, że były trzykrotny minister finansów krytykuje wielkość środków wydawanych na zbrojenia, a sam pomysł dobrania się do finansowych zapasów banku centralnego wymyślił ćwierć wieku temu Andrzej Lepper, za co został powszechne wyśmiany (także przez polityków Prawa i Sprawiedliwości), Karolowi Nawrockiemu nie przeszkadzało. Pojawiła się bowiem szansa ofensywnego wyjścia z wydawałoby się patowej sytuacji.
Adam Glapiński, który bez zgody Prezydenta nie przedłuży kadencji Marty Kightley – swojej niezastąpionej zastępczyni wykonującej za niego całą pracę w NBP – nie miał zbyt dużego pola manewru. Musiał bez przekonania poprzeć pomysł nie przedstawiając zresztą spójnej wersji formalnej strony przeprowadzenia tej operacji i zaprzeczając swojej dotychczasowej narracji. Bo przecież jeszcze niedawno poinformował premiera, że w 2025 roku, podobnie jak i w kilku poprzednich, żadnego zysku Narodowy Bank Polski nie wypracował, co było konsekwencją stopniowego umacniania się złotówki, na co oczywiście on sam i cały Zarząd NBP żadnego wpływu nie ma. Kwaśna mina Adama Glapińskiego na konferencji z udziałem Prezydenta Nawrockiego wynikała też ze świadomości, że do nominacji Marty Kightley na kolejną kadencję konieczna jest negocjowana przez niego od miesięcy z Andrzejem Domańskim kontrasygnata Donalda Tuska. Układ był już w zasadzie zawarty. W zamian za podpis premiera Adam Glapiński miał zaniechać krytyki finansowej polityki obecnego rządu, co zresztą wykonał forsując wyjątkowo łagodną ocenę tegorocznego budżetu, który prowadzi nas wprost do katastrofy finansów publicznych w perspektywie kilku najbliższych lat – o ile wcześniej nie dojdzie do jakiegoś nadzwyczajnego wydarzenia, który zachwieje światową stabilnością finansową. Gwałtowny wzrost rentowności polskich obligacji (już o kilkanaście procent) po amerykańsko-izraelskim ataku na Iran jest ostrzeżeniem, którego oczywiście nikt w polskim rządzie nie weźmie pod uwagę.
Pomysł Karola Nawrockiego nie był bezkosztowy. Kreatywna księgowość, która miała wykreować prawie 200 mld zł bez naruszenia rezerw Narodowego Banku Polskiego, co zresztą było tylko jedną z koncepcji w dość nonszalancki sposób prezentowanych przez Adama Glapińskiego, spotkał się negatywną reakcją Konfederacji. Ostra krytyka Sławomira Mentzena, która zresztą dość szybko została przekierowana na popierające propozycje Prezydenta Prawo i Sprawiedliwość, była jednak niewielką szkodą w porównaniu z innymi rozwiązaniami. Zyski są zaś ogromne. Karol Nawrocki nie pozwolił się podporządkować Jarosławowi Kaczyńskiemu, potwierdził swoją samodzielność i zmusił partię-matkę i jej lidera do poparcia jego pomysłu. Cóż bowiem innego prezesowi pozostało. Nie mógł przecież zanegować pomysłu dwóch jego nominatów, która pozwalała zachować narrację o konieczności wydawania miliardów złotych na zakup broni, co po zakwestionowaniu programu SAFE mogło stanąć pod znakiem zapytania i co było piętą achillesową nagłej zmiany stanowiska głównej partii opozycji. Jarosław Kaczyński nigdy bowiem nie zaproponował realnej alternatywy dla unijnego wsparcia ograniczając się wyłącznie do totalnej krytyki tej koncepcji.
Twierdzenia niektórych komentatorów o pułapce zastawionej przez Donalda Tuska na Karola Nawrockiego i Jarosława Kaczyńskiego nie ma nic wspólnego z prawdą. Po stronie rządowej nikt się nie spodziewał, że Prawo i Sprawiedliwość dokona tak nagłej i radykalnej wolty swojego stanowiska w sprawie programu SAFE, a sama ustawa od dawna była przygotowywana do nadania jej biegu legislacyjnego. Gdy jednak do tego doszło, premier poczuł się jak ryba w polaryzacyjnej wodzie i przystąpił do kontrataku używając do niej równie radykalnej retoryki. Na dodatek włączył do politycznego konfliktu wojskowych, co do tej pory nigdy w tej skali się nie zdarzało. Z jednej strony oczywiście nie miał wyjścia, ponieważ stał się obiektem ataku, a sam program SAFE od dawna był przedstawiany jako dowód polskich wpływów w Unii Europejskiej. Z drugiej, zwrot Prawa i Sprawiedliwości na prawo stwarza niepowtarzalną okazję do zniechęcenia części prawicowych wyborów do głosowania na ugrupowania, które mentalnie zapisały się już obozu polexitu. W dalszym ciągu bowiem ilość zwolenników naszego członkostwa w UE nawet wśród zwolenników prawicy przeważa na przeciwnikami. Donald Tusk liczy na to, że tak jak jego katastrofalny w skutkach zwrot na lewo w drugiej kadencji swoich rządów umożliwił Jarosławowi Kaczyńskiemu przejęcie części centrowego elektoratu i zdobycie pełni władzy w 2015 roku, tak teraz ten sam błąd prezesa Prawa i Sprawiedliwości pozwoli mu utrzymać władzę po przyszłorocznych wyborach. Nie jest to jednak takie oczywiste, ponieważ oficjalnie nikt w największej opozycyjnej partii o polexicie na razie nie mówi, a polaryzacja doprowadziła do zabetonowania elektoratów i ich demobilizacja w dniu wyborów wydaje się mało realna.
Jeżeli Donald Tusk nie będzie próbował jeszcze bardziej pogłębić polaryzacji zarządzając głosowanie nad prezydenckim wetem, a Karol Nawrocki „zapomni” o swoim projekcie ustawy wykorzystującym rezerwy Narodowego Banku Polskiego, który zapewne utknie w sejmowej zamrażarce, to wkrótce awantura o SAFE umrze podobną śmiercią naturalna jak poprzednie wzmożenia polskich polityków i wspierających ich dziennikarzy. Oczywiście od czasu do czasu rządzący będą się chwalili kolejnymi kontraktami podpisywanymi dzięki pieniądzom pożyczonym przez UE chcąc ostatecznie przejąć rolę jedynych prawdziwych obrońców Ojczyzny, ale nie będzie to już wzbudzało takich społecznych emocji. Podobnie jak rosnące zadłużenie Skarbu Państwa, które w ciągu ubiegłego roku wzrosło o ponad 322 mld zł (prawie 20%) w stosunku do roku poprzedniego., a w samym styczniu powiększyło się o kolejne 46,4 mld zł. W tym kontekście powiększenie naszego długu o kolejne prawie 200 mld zł (czyli niespełna 10%) rzeczywiście nie robi większego wrażenia. A powinno, ponieważ większym niebezpieczeństwem niż atak Rosji coraz wyraźniej staje się wysokość naszego długu publicznego. Gdy nadmuchany za pomocą pożyczanych pieniędzy balonik polskiej potęgi gospodarczej pęknie, będzie już za późno na zwykłe działania oszczędnościowe, a zderzenie z finansową rzeczywistością będzie niesłychanie bolesne. I nawet aktorskie umiejętności naszych polityków mogą się wówczas okazać niewystarczające, żeby zapanować nad gniewem ludu. Gniewem, który oczywiście wykorzysta kolejny populista obiecujący proste i bezbolesne rozwiązania.
Karol Winiarski
