Złapał Kozak Tatarzyna …
Rozmowy pokojowe w Islamabadzie między delegacją amerykańską a irańską przy udziale pakistańskich mediatorów zakończyły się fiaskiem. Rozbieżności między stanowiskami obydwu stron były tak duże, że zawarcie porozumienia pokojowego okazało się niemożliwe. Tym samym działania wojenne rozpoczęte atakiem Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran przerwane kilka dni temu po zawarciu dwutygodniowego rozejmu, mogą zostać wznowione. To poważny problem dla Prezydenta Donalda Trumpa, który już ogłosił wielkie zwycięstwo w rozpoczętym przez siebie konflikcie i gorączkowo chciał zakończyć wojnę, zrozumiawszy, że nie może jej wygrać. Tymczasem teraz reżim irański wydaje się silniejszy niż sześć tygodni temu, a sytuacja polityczna i gospodarcza w regionie znacznie gorsza nim spadły pierwsze bomby i rakiety.
Pretendujący do Pokojowej Nagrody Nobla Donald Trump chwalił się zakończeniem kilku konfliktów międzynarodowych. Rzeczywiście, w pierwszym roku swojej drugiej kadencji, udało się pod jego patronatem, a czasami naciskiem, podpisać porozumienia kończące albo przynajmniej przerywające toczące się wojny i trwające od lat spory. Sprawą sporną pozostaje ile w tym było zasługi amerykańskiego Prezydenta, a na ile podpiął się on pod de facto już wynegocjowane układy i jak trwałe okażą się zawarte traktaty. Z pewnością trudno jednak było krytykować te działania, chociaż irytację budzić musiała egotyczna retoryka Donalda Trumpa.
Początek tego roku przyniósł spektakularną akcję amerykańskich sił specjalnych w Wenezueli. Porwanie Nicolasa Maduro wraz z małżonką mogło budzić wątpliwości z punktu widzenia prawa międzynarodowego i rzeczywistych powodów wymiany lidera boliwariańskiego reżimu (ropa, polityka międzynarodowa, ale z pewnością nie demokracja czy prawa człowieka), co jednak nie zmieniało ogólnie pozytywnej oceny przeprowadzonej operacji. Realizowała ona podstawową zasadę politycznej strategii Trumpa: uderz, ogłoś zwycięstwo, wycofaj się. Podobnie miało być z Iranem. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Bardzo często sukcesy odnoszone przez autorytarnych przywódców politycznych zaburzają ich zdolność do racjonalnej oceny sytuacji. W przypadku Donalda Trumpa pojawiają się zresztą wątpliwości czy jest on w chwili obecnej w ogóle do tego zdolny, ale z pewnością dotychczasowa skuteczność w jeszcze większy sposób przekonała go o własnej nieomylności i genialności. Dlatego uznał, że po raz kolejny odniesie łatwe zwycięstwo obalając zbrodniczy reżim, a przynajmniej doprowadzając do zmiany jego polityki. Usilnie wspierał go w tym Binjamin Netanyahu, który oczywiście ma swój własny interes w militarnym starciu z Iranem – po raz kolejny sąd odroczył jego przesłuchanie w toczącym się od lat procesie korupcyjnym „ze względu na poufne kwestie bezpieczeństwa i dyplomatyczne związane z dramatycznymi wydarzeniami, które miały miejsce w ostatnim czasie w Państwie Izrael oraz na całym Bliskim Wschodzie”. A na dodatek partie tworzące obecną koalicję rządzącą w Izraelu mają coraz wyższe poparcie, ponieważ wojna z Iranem i Hezbollahem cieszy się powszechnych poparciem społeczeństwa.
Naiwne założenia stojące za decyzją o ataku na państwo perskie bardzo szybko okazały się nierealne. Mimo skutecznego wyeliminowania przywódców reżimu i zniszczenia znacznej części systemów obronnych, Iran nie skapitulował. Co więcej, podjął odwetowe ataki na Izrael i arabskie kraje Zatoki Perskiej, a przede wszystkim zablokował Cieśninę Ormuz, przed czym zresztą ostrzegał przed rozpoczęciem konfliktu. Okazało się, że zaawansowane technologicznie systemy broni jakimi dysponują Amerykanie i Izraelczycy, które są świetną bronią ofensywną, w przypadku działań obronnych nie są w pełni skuteczne, a w przypadku zwalczania dronów skrajnie nieefektywne – rakieta za kilka milionów dolarów niszczy bezzałogowiec kosztujący zaledwie kilkadziesiąt tysięcy. W konsekwencji zaatakowani musieli prosić o pomoc Kijów, który od lat skutecznie zwalcza irańskie Shahedy posyłane przez armię rosyjską na obiekty infrastruktury energetycznej i zakłady przemysłowe Ukrainy. Po raz kolejny lekceważący stosunek zachodnich wojskowych do rewolucji dokonującej się arenach wojny rosyjsko-ukraińskiej przyniósł katastrofalne rezultaty.
Zablokowanie cieśniny Ormuz doprowadziło do drastycznych wzrostów cen na rynkach ropy naftowej i gazu, co oznacza zwiększenie kosztów wytwarzania energii, które zwłaszcza w Europie i tak już były niemałe ze względu na politykę klimatyczną UE. Przekłada to się oczywiście na wyższe koszty wszystkich towarów, do wyprodukowania i przetransportowania których konieczna jest energia. W przypadku niektórych produktów drastyczny spadek podaży surowców energetycznych grozi całkowitym wstrzymaniem ich wytwarzania. Co więcej, gdyby nawet cieśnina została odblokowana, to ze względu na zniszczenia spowodowane irańskimi atakami, miesiące zajmie przywrócenie pełnej zdolności wydobywczej i produkcyjnej miejscowych zakładów i rafinerii.
Zawarcie rozejmu w retoryce Donalda Orbana było wielkim zwycięstwem Stanów Zjednoczonych. Inne zdanie miał Binjamin Netanyahu, dla którego trwająca wojna była warunkiem politycznego przetrwania. Zgodził się on na wstrzymanie nalotów tylko pod wyraźną presją Waszyngtonu, ale odmówił zakończenie operacji skierowanych przeciw Hezbollahowi w Libanie, w których giną setki cywilnych obywateli tego kraju. Trudno też uwierzyć, że to Iran błagał o rozejm, skoro główny warunek Stanów Zjednoczonych, jakim było odblokowanie cieśniny Ormuz, bardzo szybko okazał się nierealizowalny. Jeżeli komuś zależy na przerwaniu działań wojennych, to nie sabotuje od razu najważniejszego warunku porozumienia. Inna sprawa, że nawet gdyby stało się to faktem, byłoby jedynie przywróceniem stanu sprzed wybuchu wojny. Donald Trump rozwiązałby więc problem, który sam stworzył swoją nieodpowiedzialną decyzją. Widać wyraźnie, że to Prezydentowi Stanów Zjednoczonych najbardziej zależało na zakończeniu wojny, która nie przebiegała po jego myśli. Dlatego też wysłał do Islamabadu na rokowania wiceprezydenta J. D. Vance`a, który był podobno zdecydowanym przeciwnikiem ataku. Z kolei Iran desygnował do rozmów szefa parlamentu, Mohammada Bagera Ghalibafa, który prezentuje raczej jastrzębie stanowisko.
Stanowczy sprzeciw wobec toczącej się wojny coraz głośniej wyraża papież Leon XIV. Nie jest to aż tak zaskakujące, ponieważ od wielu lat Stolica Apostolska prezentuje zdecydowanie pacyfistyczne stanowisko w stosunku do wszystkich międzynarodowych konfliktów – także tego w Ukrainie. W tym jednak przypadku sprawa jest o tyle interesująca, że obecny papież jest Amerykaninem, a wiceprezydent J. D. Vance nawróconym katolikiem. Widać jednak wyraźnie, że coraz bardziej rozchodzą się drogi zaangażowanych wyznawców tego wyzwania. Do tej pory podział dotyczył bardziej kwestii światopoglądowych. Teraz głównym kryterium podziału staje się stosunek do najważniejszych problemów współczesnego świata. A tu obecny przywódca katolików stoi po zupełnie przeciwnej stronie niż gospodarz Białego Domu i jego zastępca.
Dalszy przebieg konfliktu na Bliskim Wschodzie po fiasku rozmów w Islamabadzie jest trudny do przewidzenia ze względu na osobowość amerykańskiego Prezydenta i jego coraz większą nieprzewidywalność. Kontynuowanie jałowych i nie rokujących sukcesu rozmów będzie jedynie pogłębiało przekonanie o wielkiej porażce Donalda Trumpa, co byłoby dla niego trudne do zaakceptowania. Na dodatek amerykański Prezydent znajdzie się pod ogromnym naciskiem swojego izraelskiego sojusznika, który z radością przyjął niepowodzenie rokowań prowadzonych w Pakistanie. Z drugiej jednak strony na zakończenie wojny naciskać będą przywódcy państw arabskich, którzy coraz bardziej odczuwają jej ekonomiczne konsekwencje. Narasta także niezadowolenie w samych Stanach Zjednoczonych, chociaż posiadanie własnych zasobów gazu i ropy ze złóż łupkowych, uniezależniło to światowe mocarstwo od dostaw z Bliskiego Wschodu, a nawet pozwala eksportować nadwyżki. Jednak wzrost światowych cen tych surowców przekłada się, chociaż w mniejszym stopniu, również na ceny paliw w USA, a to dla wyborców amerykańskich sprawa kluczowa. Tym samym Donald Trump znalazł się w pułapce. Pułapce, którą sam na siebie zastawił.
Jest jednak niewielka nadzieja, że Donald Trump wycofa się z bliskowschodniego konfliktu w ciągu najbliższych tygodni. Być może zostanie to poprzedzone zmasowanymi atakami na infrastrukturę komunikacyjną i transportową Iranu, po czym nastąpi ogłoszenie pełnego zwycięstwa (po raz nie wiadomo zresztą który) i odwrót większości amerykańskich sił z Bliskiego Wschodu. Powodem są dwa wydarzenia, które wkrótce zwrócą uwagę całego świata na Stany Zjednoczone. 4 lipca Amerykanie obchodzić będą 250 rocznicę uchwalenia Deklaracji Niepodległości. Świętowanie tego wydarzenia w trakcie toczonej wojny i wzrastających cen paliwa zepsułoby radość z tego wydarzenia. Niespełna miesiąc wcześniej na boiskach USA, Kanady i Meksyku rozpoczną się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. A przecież w grudniu szef piłkarskiej federacji Gianni Infantino, wręczył Donaldowi Trumpowi Pokojową Nagrodę FIFA. Na dodatek na mistrzostwa zakwalifikowała się drużyna Iranu, która wszystkie swoje spotkania grupowe ma rozegrać na amerykańskich stadionach. Jeżeli Iran nie wycofa się mistrzostw, rozgrywanie meczów na terenie państwa, z którym toczy się wojnę, byłoby dość kłopotliwe dla gospodarzy. Czy jednak skłoni to Donalda Trumpa przynajmniej do zawieszenia działań wojennych, zwłaszcza jeżeli Iran odmówi odblokowania cieśniny Ormuz, co powoli staje się dla amerykańskiego Prezydenta sprawą honoru? Miotający się w poczucia bezradności megaloman i egotyk potrafi być szalenie niebezpieczny. Dla siebie, swojego kraju, ale i dla całego świata.
Karol Winiarski
