Akcelerator dziejów
Są wydarzenia, które zmieniają losy świata. Nie zawsze jednak ich waga jest od początku taka oczywista. Zwykle też nie determinują one następujących po nich wydarzeń, które są efektem decyzji następczych podejmowanych przez polityków. Defenestracja praska nie musiała wywołać Wojny Trzydziestoletniej. Zamach w Sarajewie nie przesądził o wybuchu I wojny światowej. Agresja Iraku na Kuwejt nie musiała się przerodzić w pierwszą wojnę w Zatoce. Podobnie to nie zamachy na World Trade Center i Pentagon, których 25 rocznica właśnie minęła, wymusił interwencję w Afganistanie i agresję Stanów Zjednoczonych na Irak. To z perspektywy lat i późniejszych wydarzeń mamy wrażenie o przełomowym znaczeniu 11 września 2001 roku dla losów współczesnego świata.
Zamach przeprowadzony przez Al-Kaidę doprowadził do śmierci prawie trzech tysięcy osób. Dla Amerykanów atak na symbole ich kraju i zamordowanie tylu niewinnych osób wywołał prawdziwy szok. Reakcja Stanów Zjednoczonych była więc nieunikniona. Po raz pierwszy (i zapewne ostatni) w historii, interwencję w Afganistanie, w którym swoje bazy posiadali terroryści i w której ukrywał się Osama bin Laden, podjął Pakt Północnoatlantycki na mocy 5 art. Traktatu Waszyngtońskiego. Militarnie nie było to nieodzownie konieczne (Amerykanie mieli dostateczne siły, żeby sobie poradzić bez pomocy sojuszników), ale współdziałanie pokazywało jedność Zachodu. Jednak już półtora roku później decyzja Prezydenta George`a W. Busha o ataku na Irak, doprowadziła do rozłamu w szeregach członków sojuszu. Francja, Niemcy i kilka mniejszych krajów Europy Zachodniej zdecydowanie sprzeciwiły się działaniom całkowicie sprzecznych z prawem międzynarodowym, ostrzegając jednocześnie przed katastrofalnymi skutkami wywołanej wojny. Przyszłość pokazała, że mieli całkowitą rację.
Obalenie władzy talibów w Afganistanie, po początkowych problemach, przebiegło w ekspresowym tempie. Wydawało się, że problem przestał istnieć, a jeden z najbardziej konserwatywnych i cywilizacyjnie zacofanych krajów Azji wkroczy na drogę stopniowego rozwoju. Szybko okazało się, że były to bardzo naiwne marzenia. Talibowie nie zostali całkowicie pokonani i po kilku latach, korzystając z poparcia niemałej części ludności, zaczęli kontrolować coraz większe obszary afgańskiej prowincji. Powody takiej postawy Afgańczyków były wielorakie i nie wynikały wyłącznie ze strachu przez zemstą fundamentalistów, w co tak bardzo chciała wierzyć zachodnia opinia publiczna. Pozornie demokratyczny system władzy okazał się całkowicie nieprzystający do plemienno-klanowej struktury afgańskiego społeczeństwa. Na dodatek umożliwił rozwinięcie się korupcji obejmującej nie tylko władze administracyjne, ale też system wymiaru sprawiedliwości. Bezwzględna likwidacja upraw maku, z którego produkowano heroinę, pozbawiła źródeł utrzymania tysiące rolników i powiększało niechęć do obcego kulturowo Zachodu i uzależnionych od nich władz w Kabulu. Dlatego talibowie stopniowo zyskiwali przewagę, a po ograniczeniu amerykańskiej pomocy i wycofaniu oddziałów europejskich, przeszli do ostatecznej ofensywy. Decyzja Prezydenta Trumpa o całkowitym opuszczeniu Afganistanu zrealizowana przez jego następcę, doprowadziła do katastrofy. Oceny amerykańskiego wywiadu przewidujące co najmniej kilkumiesięczny okres skutecznego oporu stawianego przez siły rządowe, okazały się wyłącznie pobożnymi życzeniami. Wystarczyło kilka dni, aby talibowie dotarli do Kabulu, a paniczna ewakuacja ostatnich oddziałów amerykańskich przypominająca wydarzenia z 1975 roku z Sajgonu, podważyła wiarygodność USA na całym świecie. Być może to ostatecznie przekonało Władymira Putina do zaatakowania Ukrainy.
Jeszcze gorsze konsekwencje przyniosło obalenie Saddama Husajna w Iraku. Brutalny dyktator stracił władzę, a później także i życie. Mieszkańcom Iraku szczęścia to jednak nie przyniosło. Krwawa wojna domowa, która wkrótce wybuchał doprowadziła do śmierci kilkuset tysięcy ludzi, a konflikty narodowe (Kurdowie-Arabowie) oraz religijne (szyici-sunnici) do dzisiaj rozsadzają od wewnątrz kraj. Rozkład państwa stworzył dogodne warunki do powstania Państwa Islamskiego, które z najwyższym trudem udało się częściowo pokonać, głównie dzięki działaniom oddziałów kurdyjskich. Jak tylko Państwo Islamskie przestało stanowić realne zagrożenie, Kurdowie zostali przez Amerykanów porzuceni. Kurd zrobił swoje – Kurd może odejść.
Najgorsze były jednak polityczne konsekwencje ataku na Irak. O ile interwencja w Afganistanie spotkała się z dość powszechnym poparcie społeczności międzynarodowej (Rosja wykorzystała antyterrorystyczną retorykę do zwalczania czeczeńskich partyzantów), to już obalenie reżimu Husajna nie tylko przyniosło rozłam wśród krajów Zachodu, ale też uaktywniło działania przeciwników amerykańskiej hegemonii. Wyciągając wnioski z katastrofy swojego sąsiada (i przeciwnika zarazem), Iran przyśpieszył prace nad skonstruowaniem bomby atomowej, która zdaniem władz w Teheranie stanowić miała gwarancję bezpieczeństwa przed atakiem USA i Izraela. Amerykańskie zaangażowanie na Bliskim Wschodzie wykorzystały Chiny do budowy gospodarczej potęgi. Dość umiarkowana krytyka ze strony Pekinu i jednoczesne ukrywanie swoich mocarstwowych ambicji uśpiło czujność Stanów Zjednoczonych skoncentrowanych na zupełnie innym rejonie świata. Inaczej zareagowała Rosja. Brutalne pogwałcenie prawa międzynarodowego ostatecznie przekonało Putina, że silnych ono nie obowiązuje. W powiązaniu z kolejnymi działaniami Amerykanów (rozszerzanie NATO, budowa tarczy antyrakietowej, uznanie niepodległości Kosowa czy w końcu obalenie Muammara Kadafiego) rozbudziło to ekspansywne ambicje Moskwy i przekonało rosyjskiego autokratę do możliwości ich siłowego urzeczywistnienia.
Zmiany w układzie sił na świecie najczęściej nie dokonują się nagle. Zwykle są efektem wieloletnich procesów, często zachodzących w sposób niezauważalny. Spektakularne wydarzenia często jedynie ujawniają to, co nie dla wszystkich jest widoczne. Czasami również stanowią akcelerator trwających od dawna procesów. Tak było również w przypadku wydarzeń zapoczątkowanych terrorystycznym atakiem w Al-Kaidy. Krótkotrwała dominacja Stanów Zjednoczonych po kolapsie Związku Radzieckiego zaczęła nieuchronnie zmierzać do końca. Uwikłanie się Amerykanów w kosztowne i bezsensowne z punktu widzenia ich politycznego prymatu na świecie wojny (zwłaszcza w kontekście rewolucji łupkowej, która uniezależniła Stany Zjednoczone od dostaw ropy i gazu z Bliskiego Wschodu), pokazały ograniczoną skuteczność stosowania twardej siły. Jednocześnie prezydentury Georga W. Busha, a ostatecznie Donalda Trumpa, zniszczyły resztki sympatii, którą Amerykanie cieszyli się zwłaszcza w latach 90-tych, gdy wydawało się, że rzeczywiście stają się humanitarnym mocarstwem. Z pewnością erozja światowego przywództwa Stanów Zjednoczonych i wzrost nastrojów izolacjonistycznych w amerykańskim społeczeństwie i tak miałyby miejsce, ale 11 września przyśpieszył te procesy. Życie nie znosi pustki. Coś się kończy, coś się zaczyna. Nie wiadomo jednak jaki ostatecznie porządek światowy z obecnego chaosu się wyłoni i na ile on będzie trwały. Z pewnością jednak nie my będziemy jego kreatorem. Niewielkie są też nadzieje, że będzie dla nas lepszy niż dotychczasowy. Taka sytuacja wymaga rozwagi i elastyczności osób kształtujących politykę zagraniczną RP. A tego raczej od obecnych polskich polityków oczekiwać nie można.
Karol Winiarski
