Podatkowa modyfikacja
Po wielu tygodniach wyliczeń i narad Andrzej Domański, minister finansów i rozwoju, ujawnił „wielki” plan reformy podatkowej rządu. Jest to efekt dyskusji, którą rozpoczęła Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, walcząca o życie (polityczne rzecz jasna) liderka Polski 2050. Jej propozycja podniesienia drugiego progu podatkowego ze 120 do 140 tys. zł wywołała licytację. Przemysław Czarnek zaproponował wyznaczenie granicy zmiany stawki podatkowej na poziomie 180 tys. zł. Przebił go Mateusz Morawiecki, który podobnie jak liderka Polski 2050 próbuje przebić się przez medialny szum, postulując 200 tys. zł. Ciekawe, że w licytacji nie wzięli udziału liderzy Konfederacji. Może dlatego, że Sławomir Mentzen najchętniej wprowadziłby podatek liniowy albo w ogóle zlikwidował podatki dochodowe.
Propozycja rządu zawiera również propozycje zmian, które mają przynieść zwiększenie dochodów budżetowych – zdaniem niektórych ekonomistów ma ono być nawet większe niż ubytek będący wynikiem podwyższenia progów podatkowych. Szczególnie powrót do dawnych ograniczeń przychodowych w przypadku osób prowadzących działalność gospodarczą i rozliczających się ryczałtem (z 2 mln do 250 tys. euro) spotkał się z pozytywnym przyjęciem nawet wśród prawdziwych przedsiębiorców. W praktyce bowiem korzystają z tego systemu przedsiębiorcy (często prawnicy czy lekarze), którzy tym prostym sposobem znacząco zmniejszają swoje zobowiązania podatkowe i składkowe. Bardziej kontrowersyjne są pozostałe propozycje, a zwłaszcza większa stawka podatku CIT dla największych firm wprowadzana na kilka miesięcy przed nowym rokiem podatkowym. Pomijając wątpliwości co do treści i terminu przedstawionych zmian trzeba podkreślić, że jest to pierwsza od wielu lat próba odpowiedzialnego podejścia do finansów publicznych w roku wyborczym, czego o Prezydencie i partiach opozycyjnych powiedzieć nie można. To jednak jedyny pozytywny element całej propozycji.
Idąc do wyborów Platforma Obywatelska obiecywała podwojenie (z 30 do 60 tys. zł) kwoty wolnej w podatku dochodowym od osób fizycznych. Była to jedna z najbardziej rozpoznawalnych (i najbardziej kosztownych) obietnic przedwyborczych Donalda Tuska. Mimo upływu prawie trzech lat od wyborów, kwota wolna od podatku nie zmieniła się nawet o złotówkę, ale politycy rządzącej koalicji jeszcze do niedawna zapewniali, że tak się stanie (Władysław Kosiniak-Kamysz: „Będzie realizacja obietnicy podwyższenia kwoty wolnej od podatku. Uważam, że to jest fundamentalne dla całej koalicji i nad tym pracuje minister Domański”). Widocznie jednak słabo pracował i żadnej zmiany nie będzie. Powód jest dość prozaiczny – wedle obliczeń rządowych kosztowałoby to budżet prawie 60 mld zł rocznie, co zwiększyłoby deficyt finansów publicznych o około 1,5% PKB. A to przyśpieszyłoby katastrofę budżetową, która zresztą i tak jest kwestią czasu. Oczywiście zarówno minister Andrzej Domański jak i szeregowi żołnierze Koalicji Obywatelskiej zamiast szczerze przyznać, że tej obietnicy nie dotrzymają, obłudnie zapewniają, że jest ona wciąż aktualna. Tyle, że obecnie nawet nie próbują określić terminu jej realizacji. Tylko, czy ktoś w ogóle jeszcze uwierzy w jakiegokolwiek obietnice Koalicji Obywatelskiej, które zapewne będą serwowane przez Donalda Tuska w przyszłorocznej kampanii wyborczej?
Zamiast podwyższenia kwoty wolnej od podatku, rząd proponuje zmiany dotyczące ilości i wysokości progów podatkowych. 12-procentowa stawka ma obowiązywać do 130 tys. zł podstawy opodatkowania (a nie 120 tys. zł jak do tej pory), a dodatkowa stawka 24-procentowa będzie dotyczyła kwoty między 130 a 150 tys. zł. Dochodu. I tu dochodzimy do sprawy kluczowej, która pokazuje porażającą ignorancję nie tylko klasy politycznej, ale też tzw. ekspertów i komentatorów. Zgodnym chórem (nie kwestionuje tego nawet opozycja) głoszą oni, że są to rozwiązania korzystne dla klasy średniej. Tymczasem w ubiegłym roku drugi próg podatkowy przekroczyło około 11,5% podatników. To oznacza, że korzystna zmiana będzie dotyczyła jedynie kilkunastu procent pracujących Polaków, a dla grubo ponad 80% z nich nic się nie zmieni. Jeżeli więc uznać, że beneficjentami tej modyfikacji rzeczywiście miałaby być klasa średnia, to oznaczałoby to jednocześnie, że 4/5 naszych rodaków należy do klasy niższej. Takiej piramidy dochodowej nie ma nawet w krajach latynoamerykańskich.
Kryteria podziału społeczeństwa biorąc pod uwagę osiągane przez nich dochody, są oczywiście umowne i różnie określane przez ekonomistów i socjologów. Jedną z propozycji jest klasyfikacja Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), która dzieli społeczeństwo pod względem dochodowym na klasę niższą (do 75 procent mediany dochodów), niższą i wyższą klasę średnią (75 do 200 procent – podział wewnętrzny nie jest do końca określony, ale raczej nie przebiega w połowie tych widełek) i klasę wyższą (ponad 200 procent mediany dochodowej). Mediana dochodów dzieli społeczeństwo na dwie części – połowa zarabia mniej, połowa więcej. Ostatnie dane GUS dotyczące tej kategorii statystycznej pochodzą z lutego br. Zgodnie z wyliczeniami tej szacownej instytucji wynosiła ona wówczas 7690,82 zł brutto. Stosując klasyfikację OECD granice dochodowe między klasami w Polsce w lutym 2026 roku wyglądały więc następująco:
-
mniej niż 5768 zł brutto — klasa niższa
-
od 5768 do 15382 zł brutto — niższa i wyższa klasa średnia
-
ponad 15382 zł brutto — klasa wyższa
Zgodnie z propozycją rządową niewielkie korzyści (21 zł miesięcznie) uzyskają osoby, które miesięcznie zarabiają 12 tys. zł brutto. A to oznacza, że cała niższa klasa średnia i przeważająca część wyższej klasy średniej nic nie dostanie. Korzyści odniosą zarabiający najwięcej, a więc także posłowie, senatorowie, ministrowie i wiceministrowie, którzy powiększą swoje dochody o maksymalną wynikającą z tej propozycji kwotę – 3600 zł rocznie. Co ciekawe, gdyby została spełniona przedwyborcza obietnica podniesienia kwoty wolnej od podatku, to prawie wszyscy podatnicy (z wyjątkiem tych osiągających dochód będący podstawą opodatkowania w wysokości poniżej 60 tys. zł rocznie), uzyskaliby właśnie taką kwotę korzyści. A tak nie dostaną nic. Zdrowie wasze w gardła nasze.
Motywacje propozycji rządowej są oczywiście czysto polityczne i związane z przyszłorocznymi wyborami – jakąś sprawczość w kwestiach podatkowych Donald Tusk musiał wykazać (Andrzej Domański zapewne nie chciałby żadnych zmian). Tylko czy rzeczywiście efekt wyborczy zostanie osiągnięty? Zdecydowanej większość podatników zmiany nie będą dotyczyły. Dla znacznej części nielicznej grupy beneficjentów korzyści będą widoczne dopiero pod koniec roku (zapewne najwcześniej w listopadzie) i to tylko wówczas, gdy będą pamiętali, że w poprzednich latach otrzymywali wówczas znacznie mniejsze wynagrodzenie. A wybory będą prawdopodobnie w październiku. Z kolei ci, którzy na zmianach stracą, będą to odczuwali od początku roku. Może się więc okazać, że polityczny efekt będzie dokładnie odwrotny od zamierzonego.
Być może jednak wszelkie dywagacje nad ekonomicznymi i politycznymi skutkami proponowanych zmian podatkowych okażą się zbędne. Wszystko bowiem wskazuje, że ustawę zawetuje Karol Nawrocki. Każda inna decyzja naraziłaby go atak ze strony Sławomira Mentzena, któremu w deklaracji toruńskiej podpisanej przed drugą turą wyborów obiecał, że nie podpisze żadnej podwyżki podatków. Co prawda Prezydent podpisał w ubiegłym roku ustawę podwyższającą podatek bankowy, ale przecież „banksterów” nie lubią nawet najzagorzalsi liberałowie – oczywiście o ile w bankach nie pracują. Tym razem podpis pod ustawą naraziłby Karola Nawrockiego na gniew tej części elektoratu dzięki której rok temu został głową państwa. Oczywiście weto Prezydenta (a zwłaszcza jego prawdopodobne uzasadnienie) świadczyć będą o jego wyjątkowej krótkowzroczności. Jeżeli bowiem za rok wybory wygrają ugrupowania prawicowe i znienawidzony Donald Tusk zostanie w końcu pozbawiony władzy, to na barki nowej ekipy spadnie zadanie ratowania państwa przed finansową katastrofą. A wtedy Karol Nawrocki nie tylko będzie musiał godzić się na podwyższanie obciążeń podatkowych i składkowych dla obywateli, ale także wytłumaczyć się dlaczego jego „genialne” pomysły dotyczące zmniejszenia świadczeń na rzecz państwa i obniżania kosztów życia (np. cen prądu o 1/3) zostaną poddane brutalnej weryfikacji, a zrzucenie odpowiedzialności na poprzedni rząd może nie trafić do przekonania rozczarowanych zwolenników.
Rząd chwali się największym w Unii Europejskiej wzrostem gospodarczym. Opozycja kontruje wskazując na największy w Europie deficyt systemu finansów publicznych. I jedni, i drudzy mają rację. I dlatego stan naszych finansów jest gorszy niż można byłoby przypuszczać biorąc pod uwagę wyłącznie wielkość naszego zadłużenia, która na razie jest znacznie mniejsza niż średnia unijna. Jeżeli bowiem wzrost gospodarczy przyhamuje, a co do tego raczej ekonomiści są zgodni tłumacząc to końcem wpływu dopalaczy w postaci środków z KPO (w tym roku) i pieniędzy z obecnej perspektywy finansowej (to jeszcze 3-4 lata), to wielkość deficytu ulegnie jeszcze większemu powiększeniu. Opowieści premiera, że wielkie wydatki zbrojeniowe, które zresztą tylko w części odpowiadają za obecną sytuację finansów publicznych, potrwają jeszcze dwa-trzy lata, trudno nawet skomentować. Pomijając już fakt, że przecież obiecaliśmy Amerykanom wydawać 5% PKB na wojsko, to eksploatacja zakupionego (bardzo często na kredyt) uzbrojenia pochłonie znacznie większe pieniądze niż sama cena zakupu. Nie będzie więc ani znaczącego wzrostu dochodów budżetowych, ani radykalnego ograniczenia wydatków. Ale jak widać, polscy politycy są w stanie myśleć jedynie w perspektywie najbliższej kampanii wyborczej. I tu akurat niewiele różnią się od swoich wyborców.
Karol Winiarski
