Gra Berkiem
Donald Tusk potrafi zaskakiwać. Zapowiedź odejścia z rządu Macieja Berka, jego najbliższego i najbardziej zaufanego współpracownika, spadła jak grom z jasnego nieba. Jeszcze większym zaskoczeniem była informacja, że człowiek, który nadzorował z ramienia premiera legislacyjną działalność rządu, ma zostać wybrany do Trybunału Konstytucyjnego, który te same rządowe ustawy będzie kontrolował pod kątem zgodności z ustawą zasadniczą. Na dodatek dwa lata temu zostały przez obecnie rządzącą koalicję uchwalone przepisy wprowadzające czteroletnią karencję m. in. dla członków rządu, którzy chcieliby kandydować do Trybunału Konstytucyjnego. Ustawa została co prawda na wniosek Andrzeja Dudy uznana za niekonstytucyjną, ale też orzeczenie naszego sądu konstytucyjnego nie zostało opublikowane, podobnie jak inne wyroki Trybunału Konstytucyjnego.
Nie ma wątpliwości, że w obecnym stanie prawnym kandydatura Macieja Berka nie łamie w bezpośredni sposób istniejących przepisów. Powstaje oczywiście pytanie czy osoba tak mocno związana z obecnym obozem rządzącym spełnia wymóg niezawisłości, ale ta zasada dotyczy raczej niezależności od nacisków czynników zewnętrznych (o tym stanowią gwarancje tejże niezawisłości, które są zresztą znacznie większe niż w przypadku sędziów TSUE czy ETPCz), a nie dotychczasowej działalności danej osoby, nie mówiąc już o jej osobistych poglądach, które w przypadku sądów konstytucyjnych mają najczęściej decydujący wpływ na treść orzeczenia. Zawsze też Maciej Berek może (a właściwie nawet powinien) wyłączać się z rozpatrywania konstytucyjności ustaw, w których przygotowywaniu brał udział. Tyle, że to w praktyce mogłoby oznaczać, że niewiele miałby okazji do zasiadania w składach orzekających Trybunału Konstytucyjnego.
Poza aspektem prawnym jest jednak też aspekt polityczny. Kandydatura Macieja Berka spotkała się z prawie jednoznacznym potępieniem i to nawet nie przez polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy przecież w te sam sposób umieszczali w Trybunale Konstytucyjnym obecnych i byłych parlamentarzystów (czego najbardziej jaskrawymi przykładami byli Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz). Zdziwienie, wątpliwości, a często stanowczy sprzeciw zgłosili prawnicy i komentatorzy, którzy do tej pory jednoznacznie stali po stronie obecnej władzy (wyjątkiem jest red. Wieliński z Gazety Wyborczej, ale to specyficzny przypadek, nawet jeżeli chodzi o redakcję tego dziennika). Znacznie większym problemem dla Donalda Tuska może się jednak okazać stanowisko koalicjantów Koalicji Obywatelskiej. Mimo, że sprawa była podobno omawiana na spotkaniu liderów koalicji, to politycy Nowej Lewicy, Polski 2050 i Unii Centrum odnieśli się do propozycji Donalda Tuska co najmniej sceptycznie. Za są oczywiście parlamentarzyści Koalicji Obywatelskiej, ale oni przegłosowaliby nawet własną egzekucję, gdyby na taki pomysł wpadł ich partyjny wódz. Nie słychać też sprzeciwu ze strony Polskiego Stronnictwa Ludowego, które pewnie liczy na to, że dostanie coś w zamian za poparcie. Nie są to jeszcze oficjalne stanowiska klubów parlamentarnych, ale z punktu widzenia premiera może się okazać, że nie znajdzie poparcia większości posłów koniecznych do przeforsowania kandydatury Macieja Berka. A to byłaby już totalna kompromitacja Donalda Tuska.
Jeżeli jednak uda się przepchnąć kandydaturę Macieja Berka przez Sejm, to pozostaje jeszcze kwestia złożenia ślubowania przed Prezydentem. Wydawałoby się, że Karol Nawrocki mógłby odmówić zrealizowania tej procedury, powołując się chociażby na krytyczne opinie tzw. „autorytetów prawnych”. Miałby jednak problem w uzasadnieniu zasadności zasiadania w Trybunale Konstytucyjnych sędziów, którzy byli wcześniej parlamentarzystami i zostali wysłani do tego organu przez Prawo i Sprawiedliwość – w tej sytuacji zarzucanie Maciejowi Berkowi upolitycznienia pachniałoby hipokryzją. Na dodatek odmowa powołania czwórki sędziów wybranych kilka miesięcy temu przez Sejm była motywowana przez Prezydenta zbyt późnym ich wyborem – miejsca, które mieli zająć zostały opóźnione jeszcze w poprzednich latach i rządząca koalicja wstrzymywała się z ich wyborem do początku obecnego roku. To oczywiście absurdalna argumentacja, ponieważ oznaczałaby, że te stanowiska już nigdy nie zostaną obsadzone. W przypadku Macieja Berka taka sytuacja jednak nie miałaby miejsca. Można więc przypuszczać, że ślubowanie zostanie od niego odebrane. Tym bardziej, że nie zmienia ono w sposób radykalny sytuacji w trybunale, a konieczne jest do utrzymania pełnego, czyli zgodnie z ustawą co najmniej 11-osobowego składu, tego organu.
Zasadniczą kwestią pozostaje jednak powód tej niespodziewanej decyzji Donalda Tuska. Jak zwykle w takich sytuacjach pojawiają się bardzo różne teorie. Jeżeli pominiemy ambicje osobiste Macieja Berka, który podobno od dawna marzył o zasiadania w Trybunale Konstytucyjnym czy też chęć odwrócenia uwagi od afer, które od kilku miesięcy kompromitują Koalicję Obywatelską, to pozostaje realizacja jakiegoś politycznego planu. Sam premier twierdzi, że Maciej Berek ma uzdrowić sytuację w Trybunale Konstytucyjnym. Tyle, że byłoby to swoiste wotum nieufności wobec sędziów, którzy do tej pory zostali wybrani przez obecną koalicję do tego organu. Widocznie zdaniem Donalda Tuska sobie nie poradzą i muszą mieć nadzorcę, który nimi pokieruje realizując wolę rządzących partii. Szczególnie uwłaczające byłoby takie podejście w przypadku Krystiana Markiewicza, który jako szef Stowarzyszenia Iustitia toczył zażarte boje w obronie tzw. „praworządności”, co zresztą dość jednoznacznie ustawiło go politycznie i podważyło zasadność jego zasiadania w Trybunale Konstytucyjnym.
Ani premier, ani inni czołowi politycy Koalicji Obywatelskiej nie chcą zdradzić w jaki sposób mają zamiar przejąć (a w zasadzie odzyskać) kontrolę nad Trybunałem Konstytucyjnym, co w oficjalnej narracji nazywa się naprawą tego organu. Wydaje się jednak, że nie będzie to zbyt trudne. Po wyborze Macieja Berka, sędziowie wybrani przez obecny Sejm będą stanowili większość składu Trybunału Konstytucyjnego. Oczywiście co najmniej połowa z nich nie będzie uznawana za członków tego organu przez Bogdana Święczkowskiego, Prezesa Trybunału Konstytucyjnego, z powodu braku prawidłowo złożonego ślubowania przed Prezydentem, ale rządzący nie będą się tym przejmować. Podobnie jak samą osobą prezesa, którego legalność wyboru jest przez nich kwestionowana. To powoduje, że pojawi się konieczność wyboru nowego prezesa, a uprawnienie zwołania Zgromadzenia Ogólnego Sędziów w celu zrealizowania tego obowiązku przejmie wówczas inny sędzia Trybunału Konstytucyjnego – zgodnie z art. 11, ust. 2 ustawy o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym, jest nim osoba z najdłuższym stażem liczonym łącznie jako sędzia w Trybunale, jako aplikant, asesor, sędzia w sądzie powszechnym i jako pracownik administracji państwowej szczebla centralnego. Osobą tą jest obecnie sędzia Anna Korwin-Piotrowska, która nie miała możliwości złożenia ślubowania przed Prezydentem RP, co oczywiście z punktu widzenia rządzących nie ma większego znaczenia. Pewnym problemem może być takie pokierowanie wyborami, aby obaj kandydaci przedstawieni Prezydentowi do ostatecznej decyzji byli sędziami wybranymi przez obecny Sejm. Co jednak, gdy Karol Nawrocki nie uzna tego wyboru, a jest to przecież więcej niż pewne? Prawo tego nie precyzuje, ale obowiązki prezesa wykonuje wówczas wiceprezes, tyle że wyłącznie w zakresie upoważnienia udzielonego przez prezesa. A przecież strona rządowa twierdzi, że Bogdan Święczkowski nigdy prezesem nie był, a więc wszelkie wydane przez niego upoważnienia były nieważne. Skoro zaś nie ma prezesa i wiceprezesa, to trybunałem rządzi … sędzia z najdłuższym stażem czyli Anna Korwin-Piotrowska.
Większość wyroków i decyzji podejmowanych przez Trybunał Konstytucyjny wymaga jego pełnego składu, który zgodnie z ustawą wynosi co najmniej 11 sędziów. I tu pojawie się pewien problem. Tylu obecna koalicja bowiem nie ma i do czasu kolejnych wyborów parlamentarnych mieć nie będzie. Być może będzie jednak mogła liczyć na trzech sędziów wybranych jeszcze przez Prawo i Sprawiedliwość, którzy coraz częściej przejawiają opozycyjne postawy wobec Bogdana Święczkowskiego. Gdyby jednak nie byli oni skorzy przyłączyć się do realizacji planu opracowanego w Kancelarii Rady Ministrów, to pozostaje jeszcze wyjście awaryjne. W ubiegłym roku Trybunał Konstytucyjny uznał przepis określający wymaganą liczbę sędziów konieczną do uznania jego pełnego składu za sprzeczny z Konstytucją. Zrobił to na wniosek polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy ten przepis kilka lat wcześniej uchwalili, co samo w sobie jest już kuriozalne. Wyrok oczywiście nie został opublikowany, ale przecież zawsze można to zrobić. Byłoby to oczywiście całkowicie sprzeczne z jakimikolwiek zasadami logiki (pozostałe opublikowane by oczywiście nie były), ale logika polityczna kieruje się innymi regułami. Tym samym można byłoby uznać, że do pełnego składu wystarczy po prostu większość 15-osobowego składu Trybunału Konstytucyjnego czyli ośmiu sędziów. Dokładnie tylu ilu rządzący będą od ewentualnego wyboru Macieja Berka posiadali, a tym samym zostałby on odbity. Przynajmniej na rok, ponieważ opozycja i Prezydent Nawrocki oczywiście nie zaakceptują tej sytuacji i sąd konstytucyjny w tym kształcie nie zostanie uznany. Jeżeli za rok nastąpi zmiana władzy, to będziemy mieli dwa trybunały. Dlatego powstaje kolejne pytanie. Po co Donald Tusk decyduje się na rozwiązanie, które w dłuższej perspektywie może jedynie pogłębić kryzys polskiego wymiaru sprawiedliwości?
Najprostsza odpowiedź na powyższe pytanie jest dość prosta. Donald Tusk, który nie jest w stanie wywiązać się z większości swoich wyborczych obietnic, chce odnieść spektakularny sukces. Odbicie Trybunału Konstytucyjnego i postawienie na jego czele Macieja Berka takim właśnie by było. I na tym mogłoby się skończyć, chociaż praktycznych korzyści z tego dla koalicji nie było żadnych. Oczywiście posiadanie przewagi w Trybunale Konstytucyjnym, a zwłaszcza osoby wykonującej obowiązki prezesa i wyznaczającej składy orzekające daje konkretne możliwości w zakresie orzekania. Tyle, że Karol Nawrocki rzadko kieruje do niego ustawy w trybie prewencyjnym, a ewentualne uchylanie aktów prawnych uchwalanych w czasach dominacji Prawa i Sprawiedliwości jest dość ryzykowne. Przecież jednym z kwestionowanych pod względem zgodnością z Konstytucją przepisów był nowy sposób wybierania sędziowskich członków Krajowej Rady Sądownictw. Tyle, że nie tak dawno właśnie na jego podstawie wybrano obecny skład tego organu. Na dodatek, orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, z wyjątkiem tych wydanych na podstawie indywidualnej skargi konstytucyjnej, nie działają wstecz. Tym samym miałyby one również tylko symboliczne znaczenie.
Jest jeszcze jedna możliwość wykorzystania przewagi w Trybunale Konstytucyjnym, którą mocno forsują prawicowe media. Jest nią możliwość uznawania Prezydenta na wniosek Marszałka Sejmu za czasowo niezdolnego do pełnienia obowiązków z powodu zaistnienia bliżej niedookreślonej przeszkody. Trudno byłoby znaleźć wiarygodny powód takiej decyzji, ale przecież ani ustawa, ani Konstytucja o nich nie określają na czym miałby on polegać, a nikt nie ma też prawa weryfikowania decyzji Trybunału Konstytucyjnego. Podobnie zresztą jak w przypadku odmowy powołania sędziego przez Prezydenta, który nawet nie musi uzasadnić swojej decyzji. Obowiązuje zasada „nie mam pana płaszcza i co mi pan zrobi”. Byłoby to oczywiście złamanie wszelkich reguł, ale coraz wyraźniej widać, że dla współczesnych polityków w naszym kraju zasady demokracji są wyłącznie technicznym narzędziem zdobywania i utrzymywania władzy. Jeżeli tego celu nie spełniają to należy je nagiąć, ominąć, a nawet złamać. Mentalnie przesuwamy się na wschód. A może zawsze tam byliśmy?
Karol Winiarski
