Drabinka eskalacyjna
Przemówienie Donalda Tuska w rocznicę inwazji ZSRR na Polskę można uznać za przełomowe wydarzenie w historii naszego kraju. Nie dlatego, że premier poinformował społeczeństwo o sprawach, które do tej chwili byłyby głęboko strzeżoną tajemnicą państwową. To co powiedział było co prawda skrywane przed opinią publiczną i wypierane przez wielu polityków, ale dla każdego bardziej uważnego obserwatora wojny toczącej się na wschód od Polski (ale i tej na Bliskim Wschodzie), nie stanowiły żadnego zaskoczenia. Stopniowa eskalacja rosyjskiego ataku na Ukrainę i niektóre z sąsiadujących z nią krajów w ostatnich miesiącach, jest rzeczą oczywistą. Podobnie jak to, że nie tylko Polska, ale też każde inne państwo (włącznie z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi) nie jest w chwili obecnej zapewnić pełnego bezpieczeństwa swoim obywatelom przed atakami dronowymi i rakietowymi. Przełomem jest jednak fakt, że szef polskiego rządu po raz pierwszy przyznał to publicznie wbrew temu co jeszcze niedawno powtarzali politycy i generałowie. Problem polega jednak na tym, że Donald Tusk nie przedstawił żadnego realnego, a jednocześnie skutecznego, scenariusza działań, które miałyby nas przed zbliżającymi zagrożeniami uratować.
Od co najmniej roku można było dostrzec, że ewentualna wojna z Rosją niekoniecznie musi przebiegać wedle tradycyjnego scenariusza, który realizowany był chociażby cztery lata temu w Ukrainie – potężny atak przy wykorzystaniu sił pancernych wsparty działaniami lotnictwa i wojsk powietrznodesantowych. Rewolucja dronowa zmarginalizowała rolę wojsk pancernych, a coraz lepsze systemy przeciwlotnicze ograniczyły też możliwości lotnictwa bojowego oraz całkowicie wyparły z pola bitwy śmigłowce szturmowe. Jednocześnie masowa produkcja dalekosiężnych dronów umożliwiła atakowanie odległych celów przy wykorzystaniu stosunkowo taniego uzbrojenia, które chociaż nie powoduje ogromnych strat, to dzięki swojej liczebności jest trudne do całkowitego wyeliminowania. Wprowadzenie do użytku w ostatnich miesiącach dronów z napędem atomowych w jeszcze większym stopniu ogranicza możliwość obrony przed obiektami lecącymi z szybkością co najmniej 600 km/h – można to w zasadzie robić wyłącznie dzięki pociskom wystrzeliwanym zarówno z ziemi jak i z samolotów, ale to mało efektywny, a przede wszystkim niesłychanie drogi sposób obrony. Zarówno F-16 jak F-35 mają co prawda także tradycyjne działka, ale z bardzo ograniczoną ilością amunicji. Na dodatek Rosja produkuje też coraz większą ilość rakiet, zarówno manewrujących jak i balistycznych, za którą nie nadąża amerykańska produkcja pocisków do naziemnych systemów obrony przeciwlotniczej.
W swoim wystąpieniu Donald Tusk po raz kolejny podkreślił rolę naszych NATO-wskich sojuszników jako gwarantów naszego bezpieczeństwa, chociaż widać było wyraźnie, że w to po prostu nie wierzy. Sam przecież wcześniej powiedział, że żadne państwo nie jest w stanie skutecznie się obronić przed rosyjskimi atakami. A skoro tak, to w jaki sposób europejscy członkowie NATO mieliby nam pomóc? Zresztą wielu z nich, co też przyznał nasz premier, nie będzie skore do udzielenia nam realnego wsparcia. Część po prostu czuje się bezpiecznie, ponieważ Rosja jest daleko. Inni starają się zyskać na czasie albo liczą, że ekspansywne cele Moskwy są ograniczone do jej dawnej strefy wpływów. Dodatkowym problemem są zbliżające się wybory w kilku europejskich krajach, które mogą wzmocnić siły prorosyjskie. Trzeba się więc liczyć z tym, że na Europę liczyć nie możemy. Charakterystyczne zresztą, że politycy rządzącej koalicji, którzy jeszcze niedawno podkreślali olbrzymie znaczenie państw europejskich (w tym UE) dla naszego bezpieczeństwa, w tej chwili w ogóle o tym nie wspominają.
Pozostaje więc Wielki Brat zza oceanu. Właśnie Prezydent Donald Trump ogłosił, że rozmowy w sprawie stałej bazy amerykańskiej w Polsce, dzięki Karolowi Nawrockiemu, bardzo się posunęły do przodu i wkrótce zostanie ogłoszona jej lokalizacja. Wzbudziło to oczywiście entuzjazm polityków prawie wszystkich opcji politycznych w naszym kraju. Niestety, wypierają oni oczywiste fakty, które stawiają pomoc amerykańską pod wielkim znakiem zapytania. Po pierwsze, zaledwie kilka miesięcy temu Donald Trump, reagując na wstrzymanie przez swojego sekretarza wojny relokacji brygady pancernej do Polski, zapowiedział wysłanie do naszego kraju 5 tys. żołnierzy. Do dnia dzisiejszego żaden z nich nad Wisłę nie dotarł. Po drugie, Pentagon pracuje nad redukcją wojsk amerykańskich w Europie. Wedle różnych wariantów ma ona zmniejszyć ich liczebność od 25 tysięcy do 40 tysięcy żołnierzy, a więc od 1/3 do nawet połowy ich obecnej liczebności. Redukcje nie mają dotyczyć Polski, ale ewentualny przerzut wojsk do Polski w razie wybuchu wojny ze Stanów Zjednoczonych będzie trwał znacznie dłużej niż z Niemiec, Hiszpanii czy Włoch. Czy gdyby istniała rzeczywista wola udzielenia nam wsparcia, Amerykanie wycofywali z bezpośredniego zaplecza Polski swoje wojska? I w końcu po trzecie, w jaki sposób zbudowanie pod Wrocławiem (najbardziej prawdopodobna lokalizacja stałej bazy) za kilka lat osiedla mieszkaniowego dla rodzin amerykańskich żołnierzy (tym się różni stała baza od istniejących obecnie nazywanych rotacyjnymi) miałoby nas ochronić przed rosyjskimi atakami lotniczymi na wschodnie obszary Polski? Można raczej podejrzewać, że Amerykanie będą mniej skłonni zareagować właśnie z obawy o losy żon i dzieci swoich żołnierzy. Tym samym zamiast wzmacniać naszą obronę przeciwlotniczą, będziemy zafundujemy Amerykanom nowe mieszkania i zapewne darmowy pobyt w naszym kraju. Donald Trump znalazł frajerów i zamierza zrobić dobry deal.
Pierwszoplanowym celem Władymira Putina jest zakończenie wojny w Ukrainie. Oczywiście na warunkach rosyjskich. Te jednak zostały w kwestiach terytorialnych już jakiś czas temu znacząco ograniczone – oprócz rzecz jasna utrzymania obecnych zdobyczy, żądania ograniczają się do całości Donbasu. W praktyce oznaczałoby to konieczność wycofania się Ukraińców z płn-zach. części obwodu donieckiego, w tym głównie z ostatnich dwóch większych miast na tym terenie – Kramatorska i Słowiańska. Oczywiście Kijów musiałby zrezygnować z pro-NATO-wskich aspiracji, ale o tym w chwili obecnej nikt już nawet nie mówi. Bardziej problematyczne byłoby ograniczenie liczebności ukraińskiej armii, chociaż jej radykalna redukcja po wojnie będzie i tak konieczna z powodów finansowych. Oczywiście przerwanie działań wojennych nie będzie oznaczało rezygnacji Putina z przekształcenia Ukrainy w coś na wzór Białorusi. Będzie jednak liczył na wewnętrzny chaos, który nastąpi w tym kraju w wyniku powojennych rozliczeń, wyborów parlamentarnych i prezydenckich oraz gospodarczego upadku po ograniczeniu pomocy Unii Europejskiej. To czy jego kalkulacje są słuszne, to już inna sprawa. Dezorganizacja państwa ukraińskiego wcale nie musi oznaczać wzrostu sympatii prorosyjskich.
Od innych państw Kreml żąda wstrzymania pomocy dla Ukrainy oraz zniesienia sankcji nakładanych na Rosję od 2014 roku. Stąd nasilenie prowokacji wobec krajów, które w największym stopniu wspierają napadnięty kraj – kraje nadbałtyckie, Polskę, Rumunię, ale też Niemcy, które prawdopodobnie są traktowane przez Rosję jako najsłabsze ogniwo. Rosnąca siła AfD i Lewicy daje mu nadzieję na zmianę polityki zagranicznej tego kraju. Podobnie w Polsce zwycięstwo sił prawicowych w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych nie tyle może oznaczałoby dojście do władzy miłośników Putina, ale z pewnością wzrost znaczenia sił mówiąc eufemistycznie ukrainosceptycznych. Na dodatek prawie oczywisty byłby również konflikt Warszawy z Brukselą. A to dla Moskwy wspaniała wiadomość. Dlatego Rosja grozi Niemcom i nam eskalacją hybrydowych, a także realnych ataków. Brak zapewnienia bezpieczeństwa społeczeństwu zawsze uderza w aktualny rząd. Być może zresztą wystarczą nieustające alarmy i poczucie ciągłego zagrożenia, żeby ludzie zaczęli żądać wstrzymania pomocy dla walczącej Ukrainy.
Sporadyczne ataki dronowe i rakietowe na terytorium Polski jesteśmy w stanie odpierać, chociaż pewności zestrzelenia wszystkich nadlatujących obiektów mieć nie możemy. Gdyby jednak Rosjanie zdecydowali się na zmasowany atak, nie będziemy w stanie w pełni się obronić. Posiadana ilość pocisków do Patriotów (około dwustu) pozwala na strącenie najwyżej stu rakiet wroga. Większość kraju nie jest zresztą objęta zasięgiem ich działania, co oznacza, że pozostają jedynie mniej skuteczne samoloty. A już zupełnie nie będziemy w stanie poradzić sobie ze zmasowanymi nalotami dronowymi. Ich celem początkowo nie będą zapewne osiedla ludzkie. Podobnie jak w przypadku aktów sabotażu obiektem ataków będą elementy infrastruktury handlowej, energetycznej i transportowej. Potem jednak sytuacja może ulec zmianie. Na tym przecież polega drabinka eskalacyjna, czego w ostatnich miesiącach doświadcza Ukraina.
Współczesna wojna rzadko polega na błyskawicznym zdobywaniu terytorium i wymuszaniu na przeciwniku całkowitej kapitulacji. Najczęściej to gra na wyniszczenie przeciwnika. Materialne i psychiczne. Na to w obecnej fazie wojny liczą zarówno Rosja, jak i Ukraina. W ich przypadku odporność okazała się znacznie większa od tej, jakiej można było oczekiwać przed wybuchem konfliktu. To z jednej strony efekt kształtowanej przez wieki mentalności obydwu narodów (samodzierżawie połączone z prawosławiem) oraz niskiego poziomu życia (zwłaszcza na prowincji), ale też stopniowego nasilania się okropności wojny – poza początkowym okresem, ataki na większe miasta centralnej i zachodniej Ukrainy nie były zbyt intensywne. Dla polskiego społeczeństwa nieustające naloty i związane z nimi permanentne alarmy bombowe byłyby totalnym szokiem. Nie trzeba być miłośnikiem Putina, żeby dojść do wniosku, że wspieranie Ukrainy naraża nas na konsekwencje, które mogą się okazać nie do zaakceptowania przez polskie społeczeństwo.
Paradoksalnie, nadzieją dla Polski może się okazać ostateczne zajęcie Donbasu przez Rosję. Oczywiście zgodnie z powszechnym przekonaniem Putin po zrealizowaniu tego celu pójdzie dalej. Nie jest to jednak takie oczywiste. Rosja daleka jest od ostatecznego upadku, a rosyjskie społeczeństwo od buntu. Ale kontynuacja wojny po zajęciu Donbasu może się okazać o jednym krokiem za daleko. Putin boi się okresu powojennego i związanych z tym konsekwencji – gospodarczych, społecznych i politycznych. Ale zdaje sobie sprawę, że kiedyś będzie to musiało nastąpić, a im później to nastąpi, tym bardziej będzie to ryzykowne dla kremlowskiego reżimu. Dlatego przerwanie działań wojennych i deeskalacja sytuacji politycznej nie jest czymś nierealnym.
Czy zajęcie Donbasy oznaczałoby zwycięstwo Putina? Tak. Niepełne, ale tak. Niestety, w historii rzadko kiedy zwyciężało dobro. Czy w tym przypadku możliwy jest inny rozwój sytuacji? Tak, ale jest to mało prawdopodobne. Rosjanie powoli posuwają się do przodu. Czasami Ukraińcom udaje się odnosić lokalne sukcesy (południowy odcinek działań wojennych na początku roku, teraz przedpola Łymania), ale inicjatywa na froncie od kilku lat jest po stronie rosyjskiej. Przy dotychczasowym tempie zajmowania terenu opanowanie brakującej części obwodu donieckiego (około 20%) może zająć kilka lat. Ale już zdobycie pasma miast-twierdz (od Konstantyniwki do Słowiańska) to prawdopodobnie kwestia kilku, góra kilkunastu miesięcy. A po ich upadku dalsza obrona resztek Donbasu straci większy sens. Tyle, że do tego czasu zginie co najmniej kilkadziesiąt tysięcy Ukraińców i Rosjan.
Szkoła realistycznego myślenia nigdy nie cieszyła się w Polsce większą popularnością. Cechą charakterystyczną naszego społeczeństwa objawiającą się co jakiś czas przez ostatnie ćwierć tysiąclecia jest liczenie na cud. Czasami rzeczywiście do niego dochodzi, czego przykładem jest odzyskanie niepodległości w wyniku I wojny św. czy bezkrwawy upadek komunizmu. Częściej jednak doprowadza to do narodowych katastrof. Podobnie jak nieuleczalna wiara w pomoc innych, którzy przecież muszą docenić naszą niewinność i zasługi dla świata. Ale w polityce decydują interesy, a nie sentymenty. Na dodatek obecnie nawet w przypadku rzeczywistej chęci udzielenia nam wsparcia, nasi sojusznicy nie są w stanie zapewnić nam bezpieczeństwa, ponieważ nie dysponują technologią adekwatną do najbardziej prawdopodobnej formy rosyjskiego ataku. Nie ma też politycznej woli udzielenia bardziej zdecydowanej odpowiedzi w postaci zaatakowania celów militarnych na terytorium Rosji. A gdyby nawet do czegoś takiego doszło, to groziłoby to eskalacją konfliktu i jeszcze poważniejszymi atakami na nasz kraj. Taka jest logika drabinki eskalacyjnej. Czy jesteśmy na to gotowi? I w jaki sposób wówczas odpowiemy? Bo przecież drabinka eskalacyjna nas też obowiązuje.
Karol Winiarski
