Konstytucyjne zombie
W październikowy wieczór Donald Tusk i jego współpracownicy rozpoczęli realizację kolejnego etapu operacji odzyskiwania kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym. O ile same działania były spodziewane, to termin i uzasadnienie prawne podjętych działań stanowiły zaskoczenie. Obecna władza postanowiła wykorzystać wigilię weekendu, w którym miliony Polaków odwiedzają groby swoich krewnych, a właśnie Prezydent odleciał do Senegalu na uroczystość otwarcia Młodzieżowych Igrzysk Olimpijskich. Wykorzystywanie innych wydarzeń przyciągających uwagę opinii publicznej i polityków dla realizacji swoich politycznych interesów nie jest niczym nowym. I nie zawsze w dłuższej perspektywie kończy się sukcesem.
Autorzy operacji odbicia Trybunału Konstytucyjnego liczyli na stosunkowo ograniczoną siłę społecznego protestu. Poza wyborem odpowiedniego terminu przeprowadzono wcześniej rozpoznanie bojem. Temu służyło widowiskowe wejście do siedziby trybunału w połowie października zaraz po złożeniu ślubowania w Sejmie przez Macieja Berka. Zostało to poprzedzone akcją odblokowania przez policję wjazdu do budynku i przewiezieniem w rządowych pojazdach wszystkich wybranych w tym roku sędziów trybunału, po to tylko żeby nowy sędzia mógł przekazać Bogdanowi Święczkowskiemu podpisane przez siebie dokumenty. Kilka dni później ten sam Maciej Berek bez problemu wszedł do budynku trybunału i wypił kawę z jedną z sędzi. Cała akcja miała na celu zbadanie reakcji polityków i społeczeństwa na działania wobec Trybunału Konstytucyjnego podejmowane przy udziale policji. A ta była stosunkowo słaba. Pod trybunałem pojawili się co prawda dość ważni politycy opozycji (w tym sam Jarosław Kaczyński), a nawet wpadł na chwilę Karol Nawrocki, ale jakiejś szczególnej mobilizacji nie było, a zorganizowana na szybko kilka dni później manifestacja w obronie Trybunału Konstytucyjnego zgromadziła zaledwie kilka tysięcy ludzi. Wydawało się, że temat kontroli nad sądem konstytucyjnym mało kogo w Polsce porusza. A to minimalizowało polityczne skutki przeprowadzanej kluczowej z punktu widzenia całej sprawy operacji.
Poważnym problemem związanym z przejęciem kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym było sporządzenie prawnego uzasadnienia odsunięcia od władzy Bohdana Święczkowskiego. Jak twierdzi sędzia Anna Korwin-Piotrowska, która przejęła kontrolę nad Trybunałem Konstytucyjnym, pracowała nad nim od wielu miesięcy. Gdyby to była prawda, wybór Macieja Berka byłby całkowicie zbędny, a wcześniej wybrani sędziowie nie byli „ciotuleńkami” jak by to wynikało z wcześniejszej wypowiedzi Donalda Tuska. Oczywiście mało kto w to wierzy, a rola najbliższego współpracownika premiera była najprawdopodobniej kluczowa. Ostatecznie zdecydowano się na mocno karkołomne rozwiązanie, które na dodatek ma niemożliwe do sensownego wytłumaczenia luki. Problem polega bowiem na tym, że żaden z aktów prawnych regulujących funkcjonowanie Trybunału Konstytucyjnego nie przewiduje sytuacji, w której to sam prezes jest osobą, na której ciążą zarzuty, a tym samym nie wiadomo w jaki sposób można mu uchylić immunitet czy wszcząć wobec niego postępowanie dyscyplinarne, a tym samym dokonać „natychmiastowej przerwy w czynnościach służbowych sędziego”. Dlatego zastosowano nie tyle nawet piętrową, co kołową konstrukcję prawną.
Najpierw wykorzystano artykuł 19 ustawy o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego, który w sprawach nieuregulowanych odsyła do ustawy o Sądzie Najwyższym. Ponieważ tam również nie znaleziono stosowanych rozwiązań, posłużono się art.10 §1 tejże ustawy, która w sprawach nieuregulowanych w ustawie odsyła do prawa o ustroju sądów powszechnych. Tu z kolei znajduje się art. 130, który brzmi następująco:
Art. 130. § 1. Jeżeli sędziego zatrzymano z powodu schwytania na gorącym uczynku popełnienia przestępstwa umyślnego albo jeżeli ze względu na rodzaj czynu dokonanego przez sędziego powaga sądu lub istotne interesy służby wymagają natychmiastowego odsunięcia go od wykonywania obowiązków służbowych, prezes sądu albo Minister Sprawiedliwości mogą zarządzić natychmiastową przerwę w czynnościach służbowych sędziego aż do czasu wydania uchwały przez sąd dyscyplinarny, nie dłużej niż na miesiąc.
§ 2. Jeżeli sędzia, o którym mowa w § 1, pełni funkcję prezesa sądu, zarządzenie przerwy w czynnościach służbowych należy do Ministra Sprawiedliwości.
§ 3. O wydaniu zarządzenia, o którym mowa w § 1, prezes sądu albo Minister Sprawiedliwości, w terminie trzech dni od dnia jego wydania, zawiadamia sąd dyscyplinarny, który niezwłocznie, nie później niż przed upływem terminu, na który przerwa została zarządzona, wydaje uchwałę o zawieszeniu sędziego w czynnościach służbowych albo uchyla zarządzenie o przerwie w wykonywaniu tych czynności. Sąd dyscyplinarny zawiadamia sędziego o posiedzeniu, jeżeli uzna to za celowe.
I gdy wydawało się, że sprawa jest załatwiona, pojawiły się dwa problemy. Po pierwsze, zgodnie z art. 130, ust. 2 prawa o ustroju sądów powszechnych natychmiastową przerwę w czynnościach służbowych sędziego zarządza Minister Sprawiedliwości. Tyle, że Trybunał Konstytucyjny w przeciwieństwie do sądów powszechnych, które pod względem nadzoru administracyjnego podlegają Ministrowi Sprawiedliwości, jest od władzy wykonawczej całkowicie niezależny. Dlatego uznano, że to Waldemar Żurek powinien wydać stosowne zarządzenie. Powstaje jednak pytanie czy w tej sytuacji można w ogóle stosować w stosunku do sędziów (w tym prezesa) Trybunału Konstytucyjnego te przepisy Prawa o ustroju sądów powszechnych, które dają ministrowi uprawnienia wobec sędziów tych sądów? Obrońcy tej decyzji powołują się wydane zaledwie kilka dni temu zarządzenie Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego zawieszające jednego z sędziów tego sądu, który mając cztery promile alkoholu we krwi wybił sobie dwa zęby na dworcu w Słupsku. Tyle, że wydał je Pierwszy Prezes SN, a nie Minister Sprawiedliwości i to na mocy ust. 1, a nie 2 art. 130. Gdyby sprawa dotyczyła samego Zbigniewa Kapińskiego, decyzję wobec niego podejmowały „wyznaczony przez niego Prezes Sądu Najwyższego, a w przypadku niemożności wyznaczenia – Prezes Sądu Najwyższego najstarszy służbą na stanowisku sędziego”. Sytuacja jest więc zupełnie nieporównywalna.
Wyjściem z sytuacji okazał się powrót do ustawodawstwa regulującego funkcjonowanie Trybunału Konstytucyjnego – tym razem jednak do ustawy o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym. Art. 11, ust. 2 przewiduje, że w przypadku powstania wakatu na stanowisku prezesa trybunału zastępuje go sędzia o najdłuższym stażu. Tyle, że i tu pojawiają się kolejne problemy. Po pierwsze, „natychmiastowa przerwa w czynnościach służbowych sędziego”, której to ustawy o Trybunale Konstytucyjnym w ogóle nie przewidują, to jednak nie to samo co wakat, które zwykle rozumiane jest ostateczne opróżnienie jakiegoś stanowiska. A po drugie, sędzia najstarszy stażem przejmuje władzę w trybunale dopiero wówczas, gdy taki wakat powstanie. W tym przypadku zaś Anna Korwin-Piotrowska podjęła decyzję o zawieszeniu Bohdana Święczkowskiego w momencie, gdy jeszcze zajmował swoje stanowisko i o żadnym wakacie mowy być nie mogło.
Można oczywiście argumentować, że podjęcie decyzji o zawieszeniu Bohdana Święczkowskiego oraz Bartłomieja Sochańskiego (wiceprezesa) i przejęcie pełni władzy w Trybunale Konstytucyjnych to działania oparte co prawda na tej samej podstawie prawnej, ale jednak dwie odmienne czynności. Najpierw w drodze jednostkowej czynności prawnej sędzia Korwin-Piotrowska zawiesiła obydwu prezesów, a następnie w wyniku powstania rzekomego wakatu na tym stanowisku przejęła na miesiąc władzę w trybunale. I tu pojawia się kolejny problem, ponieważ zgodnie z łacińską paremią „nemo iudex in causa sua” nikt nie może być sędzią we własnej sprawie. A w tym przypadku bezpośrednią beneficjentką decyzji o zawieszeniu Bohdana Święczkowskiego jest osoba, która tę decyzję podjęła. Sędzia Anna Korwin-Piotrowska. Dlatego powinna się wyłączyć z podejmowania tej decyzji i przekazać rozstrzygnięcie kolejnemu pod względem stażu sędziemu. Tyle, że mógł to być jeden ze starych sędziów.
Zawieszenie obu prezesów jest oczywiście tylko wstępem do pozbawienia ich immunitetów i pociągnięcia do odpowiedzialności karnej. Wymaga to jednak decyzji Zgromadzenia Ogólnego sędziów Trybunału Konstytucyjnego. I tu pojawia się kolejny problem. Zgodnie bowiem z art. 8, ust. 1 ustawy o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym Zgromadzenie Ogólne „podejmuje uchwały bezwzględną większością głosów, w obecności co najmniej 2/3 ogólnej liczby sędziów Trybunału”. Stosowna większość nie stanowi problemu – nowi sędziowie mają przewagę osiem do siedmiu nad starymi. Problemem jest kworum. Zgodnie z powszechną interpretacją ogólna liczba sędziów to ta, o której mówi Konstytucja RP, a więc piętnastu. A tej nominaci obecnej koalicji nie mają. Wydawało się, że jest szansa na pozyskanie kilku sędziów wybranych przez Prawo i Sprawiedliwość, ale sposób przejęcia kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym spowodował, że nawet najbardziej skłonni do przejścia na drugą stronę starzy sędziowie (nawet Jakub Stelina, który już uczestniczył w imprezach organizowanych przez rządzących – np. czterdziestolecia powstania Trybunału Konstytucyjnego) zapowiedzieli, że tego nie zrobią. Zawsze jednak można dokonać kreatywnej reinterpretacji pojęcia „ogólnej liczny sędziów”. Wystarczy uznać, że chodzi o liczbę sędziów, którzy w danej chwili są zdatni do orzekania. A po zawieszeniu dwóch prezesów i wobec nieuznawania sędziego dublera (sędzia Jarosław Wyrembak), ich liczba spada do dwunastu. Tym samym kworum zostaje obniżone do ośmiu sędziów czyli dokładnie do takiej ilości, którą nowy układ władzy w trybunale posiada. Ta akurat interpretacja byłaby zresztą znacznie bardziej sensowniejsza niż poprzednia.
Jeżeli jednak Anna Korwin-Piotrowska (a w zasadzie Maciej Berek, ponieważ to on jest głównym rozgrywającym w tej grze – po to został przecież wysłany do trybunału przez Donalda Tuska) nie zdecyduje się taki krok, pozostaje rozwiązanie awaryjne czyli postępowanie dyscyplinarne, które zakończy się złożeniem obydwu sędziów z urzędu. Jego zaletą jest brak konieczności angażowania Zgromadzenia Ogólnego sędziów oraz szybkość postępowania, które odbywa się w ramach samego Trybunału Konstytucyjnego. Wadą, losowanie składów orzekających i tym samym brak pełnej kontroli nad przebiegiem postępowania. Mimo bowiem przewagi nowych sędziów może się zdarzyć, że w wyniku losowania zarówno rzecznika dyscyplinarny jak i większość składu sądu dyscyplinarnego pierwszej instancji będzie pochodziła ze starego składu, a wtedy postępowanie ulegnie umorzeniu. Podobny skutek nastąpi, jeżeli w sądzie dyscyplinarnym drugiej instancji nowi sędziowie będą w mniejszości. Na dodatek Bogdana Święczkowskiego nie będzie można wsadzić do więzienia, o czym marzy większość rządowa.
Pozostają oczywiście konsekwencje polityczne akcji Donalda Tuska wykonywanej rękami sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Koalicjanci Koalicji Obywatelskiej zamilkli. Negatywną opinię wyraził Szymon Hołownia, ale nim akurat Donald Tusk nie musi się przejmować – były lider Polski 2050 reprezentuje wyłącznie siebie. Poparcia dla podjętych działań nie wyraził jednak też Władysław Kosiniak-Kamysz, który nawet udał się na konsultacje do Pałacu Prezydenckiego odpowiadając pozytywnie na zaproszenie Karola Nawrockiego, a następnie opowiedział się za resetem konstytucyjnym. Nowa Lewica co prawda odrzuciła zaproszenia Prezydenta, ale entuzjazmu wobec działań podjętych w trybunale nie wykazała. To oczywiście nie znaczy, że koalicjanci są gotowi stanąć po drugiej stronie politycznej barykady, ale Donald Tusk przekonał się, że na ich pełną lojalność w sytuacjach kryzysowych liczyć nie może. Inna sprawa, że pewnie byli zaskoczeni wydarzeniami podobnie jak inni politycy. Donald Tusk nie ma w zwyczaju informowania koalicjantów o swoich planach, nie mówiąc już o uzgadniania podejmowanych działań.
Zupełnie inna sytuacja zapanowała po prawicowej stronie sceny politycznej, na której doszło do pełnej fraternizacji dotychczas skłóconych liderów. Niektórzy zaczęli już nawet mówić o liście do Sejmu nowej Zjednoczonej Prawicy, co oczywiście jest grubą przesadą – Kaczyński, Morawiecki, Mentzen, Bosak i Braun zdążą się jeszcze dwadzieścia razy pokłócić i poobrażać w ciągu roku, który czeka nas do dnia wyborów parlamentarnych. Gdyby jednak rzeczywiście partie prawicowe zwarły szeregi pod hasłem odsunięcia Donalda Tuska od władzy, to i tak nie musiałby to być dla niego zła wiadomość. Obecność na wspólnych listach kandydatów Konfederacji Korony Polskiej dałaby partiom obecnej koalicji doskonałą okazję do atakowania całej Zjednoczonej Prawicy, co mogłoby doprowadzić spektakularnej klęski całego obozu politycznego i odniesienia pyrrusowego zwycięstwa przez Donalda Tuska. Pyrrusowego, ponieważ każda ekipa, która będzie rządziła po przyszłorocznych wyborach polegnie pod ciężarem katastrofy finansów publicznych i komplikacji sytuacji międzynarodowej. Ale o tak odległych i z punktu widzenia doraźnej politycznej nawalanki mało istotnych sprawach nikt oczywiście nie myśli.
A co z Trybunałem Konstytucyjnym? Jedynym rozwiązaniem jest radykalny reset i całkowite wyeliminowanie polityków z procesu wyborczego. Oczywiście nie takiego nie będzie miało miejsca. W 2024 roku Platforma Obywatelska i jej koalicjanci uchwalili ustawę, którą chociaż dalece niedoskonała, to jednak była próbą wyjścia z patowej sytuacji. Prawo i Sprawiedliwość wspierane przez Prezydenta Andrzeja Dudę nie było jednak zainteresowane zaproponowanym kompromisem, ponieważ w pełni kontrolowało sąd konstytucyjny. Odesłana do Trybunału Konstytucyjnego ustawa została uznana za niekonstytucyjną i tym samym proponowany kompromis został pogrzebany. Teraz z dokładnie z tych samych powodów nie jest zainteresowana żadnym porozumieniem Koalicja Obywatelska. Co ciekawe, w dalszym ciągu przeciw jest też Prawo i Sprawiedliwość licząc zapewne, że po wygranych za rok wyborach po prostu pozbędzie się sędziów, od których Karol Nawrocki nie przyjął ślubowania, wybierze swoich i odzyska kontrolę nad tym organem. Od dawna o resecie mówiła Konfederacja, chociaż jej pomysły z pewnością nie uzdrowiłyby Trybunału Konstytucyjnego. Dość niespodziewanie za takim rozwiązanie, chociaż bez określenia szczegółów, opowiedziały się Rozwój Plus i Polskie Stronnictwo Ludowe. Ich rola jednak jest i będzie marginalna, a tym samym do zmian konstytucyjnych doprowadzić nie zdołają. Dlatego na co najmniej kilka lat możemy Trybunał Konstytucyjny złożyć do grobu i najlepiej przebić osikowym kołkiem, aby w tym kształcie już nigdy się nie odrodził. Oczywiście nie zniechęcimy Prawa i Sprawiedliwości oraz Koalicji Obywatelskiej do nieustających prób wyciągania trupa z grobu. To konstytucyjne zombie jeszcze długo będzie nas straszyło.
Karol Winiarski
