Ćmy
Za rok o tej porze prawdopodobnie znane już będą wyniki wyborów parlamentarnych, o ile oczywiście odbędą się one w przewidzianym przez Konstytucję terminie. Istnieje oczywiście możliwość ich przesunięcia z powodu wprowadzenia któregoś ze stanów nadzwyczajnych. O ile w przypadku stanów wojennego i wyjątkowego konieczne jest porozumienie rządu (czyli w praktyce premiera) i Prezydenta, to już stan klęski żywiołowej wprowadza Rada Ministrów. Wystarczy, że obejmie on niewielki obszar polskiego państwa, a wybory zostaną odłożone na wiele miesięcy. O ile oczywiście w międzyczasie gdzieś nie wyleje rzeka, nie dojdzie do fali zachorowań czy nie nadejdzie fala mrozu.
Wszystko wskazuje na to, że podział mandatów pomiędzy poszczególne okręgi wyborcze w następnych wyborach nie ulegnie zmianie. Prezydent Karol Nawrocki zawetował bowiem ustawę, która ostatecznie regulowała problem zmian demograficznych powodujących, że liczba wybieranych posłów nie odpowiada rzeczywistej ilości wyborców w danym okręgu. Nowelizacja Kodeksu Wyborczego zakładała urealnienie liczby mandatów przez Państwową Komisję Wyborczą (a nie parlament jak dotychczas) do końca listopada roku poprzedzającego rok wyborczy w oparciu o jasne i oczywiste reguły matematyczne. Zarzut „kuglowania” i zbyt późnej zmiany jest w oczywisty sposób kuriozalny, zwłaszcza w świetle zmian granic okręgów i ilości wybieranych w nich radnych w wyborach samorządowych, co następuje między czwartym a szóstym miesiącem przed upływem kadencji poprzednio wybranych samorządów. Rzeczywistym powodem weta Prezydenta jest obawa przed zwiększeniem liczby mandatów w okręgach z przewagą elektoratu centro-lewicowego, chociaż w rzeczywistości wcale nie muszą one przypaść ugrupowaniom obecnej koalicji rządowej. Powód jest więc czysto polityczny i nie ma nic wspólnego z zaprezentowanym uzasadnieniem. Karol Nawrocki kłamie w żywe oczy.
Prawie wszystkie sondaże od wielu miesięcy wskazują niewielką przewagę ugrupowań prawicowej opozycji. Biorąc pod uwagę postępującą polaryzację i jej konsekwencję w postaci zabetonowania elektoratu dwóch plemiennych obozów, trudno oczekiwać poważniejszej zmiany w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. Możliwe są jednak przesunięcia pomiędzy poszczególnymi ugrupowaniami w ramach obydwu bloków i to może mieć kluczowe znaczenie dla ostatecznych wyników wyborów. Kluczową kwestią są bowiem progi wyborcze, które mogą wyeliminować część ugrupowań z Sejmu oraz system d`Hondta, który nie tylko preferuje najsilniejsze ugrupowania, ale co równie ważne, radykalnie ogranicza liczbę mandatów dla komitetów, które zdobyły poniżej 6-8% głosów.
Spośród ugrupowań obecnej koalicji tylko Koalicja Obywatelska może być pewna obecności w następnym Sejmie. W sytuacji gdyby wszystkie ugrupowania startowały samodzielnie, uzyska też ona najprawdopodobniej zdecydowanie najlepszy wynik wyborczy. Problemem partii Donalda Tuska może się jednak okazać brak koalicjantów – czyli to, co uniemożliwiło utrzymanie władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, które zwyciężyło w wyborach w 2023 roku. Notowania Nowej Lewicy regularnie sytuują się ponad progiem, ale nie jest to poziom, który można uznany za w pełni bezpieczny, a tym bardziej gwarantujący znaczącą ilość mandatów. Problemem ugrupowania Włodzimierza Czarzastego jest również lewicowa opozycja w postaci Partii Razem, która krytykuje udział swoich dawnych koalicjantów w rządzie za służalczość wobec Koalicji Obywatelskiej i brak realizacji wszystkich lewicowych postulatów, z którymi trzy lata temu wspólnie szli do wyborów..
O ile przekroczenie progu wyborczego przez Nową Lewicę jest raczej prawdopodobne, to w przypadku Polskiego Stronnictwa Ludowego, a tym bardziej Polski 2050 i Unii Centrum, graniczyłoby z cudem. Dlatego coraz bardziej realnym scenariuszem wydaje się wspólna lista ugrupowań obecnej koalicji rządowej. Chociaż prawdopodobnie wynik takiej listy byłby o kilka punktów procentowych niższy niż suma samodzielnie startujących ugrupowań, ale zrekompensowałby to system d`Hondta, a przede wszystkim brak zmarnowania się setek tysięcy głosów. Przyjęcie na listy Koalicji Wyborczej Polski 2050 i Unii Centrum jest już w zasadzie przesądzone, chociaż na miejsce na liście nie ma chyba co liczyć Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, która już chyba dla wszystkich (koalicji, rządu, ale i samej Polski 2050) stała się obciążeniem, którego należy się pozbyć. Gdyby jeszcze udało się Szymona Hołownię wysłać do Watykanu (oczywiście w charakterze ambasadora, a nie papieża – Leon XIV mimo choroby nowotworowej nie wybiera się tak szybko na tamten świat), to droga do zagospodarowania resztek po Polsce 2050 stanęłaby otworem.
Smutna prawda o braku szans na przekroczenie progu wyborczego dociera też powoli do liderów Polskiego Stronnictwa Ludowego. Prawdopodobnie więc i ludowcy znajdą się na wspólnej liście, mimo jeszcze niedawnych zapewnień o samodzielnym starcie. W sumie pozwoliłoby to Koalicji Obywatelskiej na uzyskanie wyniku przekraczającego 35%. To za mało by uzyskać większość w Sejmie, ale przy korzystnym rozkładzie głosów po drugiej stronie sceny politycznej i niezłym wyniku Nowej Lewicy, mogłoby wystarczyć na utrzymanie władzy.
Pozornie w lepszej sytuacji jest obóz prawicowy. Sumując mandaty, które według sondaży mogą uzyskać poszczególne ugrupowania z tej strony sceny politycznej, widać stabilną większość. Tyle, że w przeciwieństwie do obozu rządowego są to partie nie tylko ze sobą rywalizujące, ale najczęściej pozostające w ostrym konflikcie. Co więcej, spory dzielą je także od wewnątrz. W przypadku Prawa i Sprawiedliwości personalny spór o to kto ma zostać premierem po zwycięskich wyborach doprowadził kilka miesięcy temu do podziału, a ponieważ Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego ma coraz mniejsze szanse na przekroczenie progu wyborczego, to może to skutkować utratą kilku procent głosów po stronie prawicowej. Na lojalność swoich kolegów i koleżanek były premier w pełni liczyć nie może. Dlatego jeżeli notowania partii Mateusza Morawieckiego zaczną spadać, to na wiosnę zacznie się proces powrotu jej działaczy do Prawa i Sprawiedliwości. Wątpliwym jest natomiast, żeby Jarosław Kaczyński chciał negocjować z samym Mateuszem Morawieckim, do którego całkowicie utracił zaufanie. Z drugiej strony, nie takie już powroty do Prawa Sprawiedliwości miały miejsce.
Podobny konflikt doprowadził ponad rok temu do rozłamu w Konfederacji i usamodzielnienia się Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Chociaż we wszystkich sondażach jego ugrupowanie znacząco przekracza próg wyborczy, to trudno przewidzieć ostateczne losy tej formacji, która nie ma rozbudowanych struktur lokalnych. Gdyby jednak ugrupowanie Grzegorza Brauna utrzymało swoje poparcie i przede wszystkim zarejestrowało listy wyborcze, to i tak jej wejście do prawicowej koalicji wydaje się bardzo wątpliwe. Z jednej strony wywołałoby to gwałtowny sprzeciw Stanów Zjednoczonych z powodu jawnego antysemityzmu lidera Konfederacji Korony Polskiej. Z drugiej, obecność Grzegorza Brauna w rządzie kompromitowałaby cały prawicowy obóz – w jednej z ujawnionych ostatnio jego wypowiedzi nazwał urzędników Kancelarii Prezydenta judenratem, co zresztą nie przeszkodziło Karolowi Nawrockiemu pozytywnie wyrażać się o jego formacji. Po trzecie w końcu, sam Grzegorz Braun może nie być zainteresowany udziałem we władzy, ponieważ zaprzeczyłoby to jego antysystemowości. Problemem mogą się jednak okazać jego posłowie, którzy mogą nie podzielać ambicji swojego lidera i jak najszybciej będą chcieli dorwać się do koryta.
Mimo odejścia Grzegorza Brauna narasta też podział w „głównej” Konfederacji. Krzysztof Bosak i działacze Ruchu Narodowego już wręcz ostentacyjnie dystansują się od coraz bardziej kontrowersyjnych pomysłów i wypowiedzi Sławomira Mentzena, a do gry ze swoim Ruchem Biało-Czerwoni weszła też Ewa Zajączkowska-Hernik, której ambicje zdecydowanie wykraczają poza bycie przystawką dwóch samców-alfa. Do wyborów Konfederacja zapewne utrzyma jedność, ale wkrótce po nich drogi jej liderów mogą się ostatecznie rozejść. A to może uniemożliwić powstania większościowej koalicji. W tej sytuacji decydującą rolę będzie odgrywał Karol Nawrocki, który zgodnie z Konstytucją po wyborach desygnuje kandydata na premiera i powołuje rząd przez niego skonstruowany. Wydaje się, że to właśnie jest celem Prezydenta i spełnienie jego osobistych ambicji i ideologicznych zamierzeń.
Sukces w przyszłorocznych wyborach może się jednak okazać pyrrusowym zwycięstwem. Do tej pory Prawo i Sprawiedliwość przejmowało władzę w momencie wychodzenia Polski z okresu spowolnienia gospodarczego i w sytuacji w miarę dobrego stanu finansów publicznych. Obecnie sytuacja budżetu jest fatalna, a prognozy gospodarcze przewidują raczej pogorszenie gospodarczej koniunktury. Do tego dochodzi coraz bardziej skomplikowana sytuacja międzynarodowa i całkowita niezdolność polskich polityków do wyjścia poza utarte polityczne schematy, które przeszły już do historii. Dlatego każdy rząd bardzo szybko znajdzie się pod ogromną presją kumulujących się problemów, którym nie będzie w stanie stawić czoła bez poważnych kosztów politycznych. Zwycięstwo dotychczasowej koalicji doprowadzi do ostatecznego upadku Koalicji Obywatelskiej i jej lidera oraz wyjścia na jaw hochsztaplerskiej polityki Andrzeja Domańskiego. Sukces wyborczy prawicy będzie skutkował szybką kompromitacją całego politycznego obozu i zminimalizuje szanse Karola Nawrockiego na reelekcję. Wyobraźnia polityczna polskich polityków tak daleko jednak nie sięga i dlatego będą uparcie dążyli do zdobycia władzy. Jak ćmy lecące ognia.
Karol Winiarski
