Podwieczorek z filozofią
MDK Kazimierz zaprasza na kolejne spotkanie w ramach „Podwieczorku z filozofią”, które odbędzie się 22 lutego 2018 r. w Filii nr 10 MBP w Sosnowcu.
Początek spotkania godzina 15:30.
Prowadzenie: Tomasz Pawlik.
Wstęp wolny.
MDK Kazimierz zaprasza na kolejne spotkanie w ramach „Podwieczorku z filozofią”, które odbędzie się 22 lutego 2018 r. w Filii nr 10 MBP w Sosnowcu.
Początek spotkania godzina 15:30.
Prowadzenie: Tomasz Pawlik.
Wstęp wolny.
W jakich sytuacjach można kandydować jednocześnie na radnego i na wójta, burmistrza lub prezydenta miasta – wyjaśnia Państwowa Komisja Wyborcza.
Jak poinformowała PKW, można jednocześnie kandydować na radnego gminy i na wójta (burmistrza, prezydenta miasta), lecz jedynie w tej samej gminie i pod warunkiem zamieszkiwania na jej terenie.
„Niedopuszczalne jest natomiast jednoczesne kandydowanie na radnego powiatu lub radnego sejmiku województwa i na wójta (burmistrza, prezydenta miasta), a także kandydowanie na radnego gminy i wójta (burmistrza prezydenta miasta) w różnych gminach” – podkreśliła Komisja.
Jak zaznaczyła PKW, kandydat może ubiegać się o fotel wójta, burmistrza lub prezydenta miasta tylko w jednym miejscu.
Dotychczas można było kandydować jednocześnie na radnego i na wójta, burmistrza lub prezydenta miasta w tej samej, bądź innej gminie. Dopuszczalne było także jednoczesne kandydowanie na radnego powiatu lub radnego województwa i na wójta, burmistrza bądź prezydenta miasta. Zmiany wynikają z wejścia w życie nowelizacji Kodeks wyborczego.
kic/
Źródło: samorzad.pap.pl
Pierwszy zastępca prezydenta pan Krzysztof Haładus na dziewięć miesięcy przed końcem kadencji został decyzją pryncypała „skierowany na inny ważny odcinek”. Przyczyny zaskakującej dymisji są owiane tajemnicą. Jak wyznał sam zainteresowany, nie odbyło się to z jego inicjatywy. Uznał jednak decyzję prezydenta za jedynie słuszną i podczas ceremonii oficjalnego pożegnania złożył mu czołobitny hołd lenny. Taki rozwój wypadków wyraźnie ucieszył prezydenta Chęcińskiego. Z wyraźną dumą skonstatował, że to kolejny zastępca, który „nie odchodzi w atmosferze skandalu”, co napawa go dumą i przepełnia szczęściem. Faktycznie, jak na polskie standardy osiągnięcie to niepospolite.
A jednak nie wszyscy docenili przełomowy dla życia publicznego w Polsce charakter tego wydarzenia. Niezrównany felietonista i niedoceniany lokalny polityk Karol Winiarski podjął temat, choć wydaje się nie podzielać świątecznej atmosfery. Uczynił go przedmiotem artykułu rozważającego problem ulegania konformizmowi. W roli szwarccharakteru obsadził byłego wiceprezydenta, przedstawiając jego polityczną drogę, jako pełną zaskakujących politycznych zwrotów akcji. Swemu artykułowi nadał tytuł znamienny: „Co się z NAMI stało?”. Pyta dramatycznie, sugerując, że zjawisko politycznej mimikry ostatnio upowszechniło się nadmiernie i mało kto jest w stanie obronić się przed jego magnetyzmem. Czy istotnie tak jest, czy przez autora artykułu przemawia raczej rozczarowanie degrengoladą starszego kolegi?
Przedstawiając sylwetkę byłego wiceprezydenta, autor przypomniał, że przez lata znamionowała go wyjątkowa wierność przyjętym zasadom i światopoglądowi. Z nieukrywanym smutkiem odnotował, że z upływem lat ulegała ona systematycznej erozji. Jak daje do zrozumienia, miało to związek z nieodpartą potrzebą odgrywania przez pana K. Haładusa istotnej roli w życiu społecznym. Z czasem najlepiej zarazem znaczącej i lukratywnej. A tak szlachetny zamysł zazwyczaj dopuszcza stosowanie zasady, że cel uświęca środki. Czy należy jednak za znanym ze swej etycznej bezkompromisowości opozycyjnym radnym oceniająco stwierdzać, że postawa pana K. Haładusa jest ilustracją konformizmu łamiącego nawet szlachetne charaktery? I czy aby na pewno należy taka postawę piętnować?
Wielce użyteczna sztuka adaptacji stosowana udatnie przez sympatyczne skądinąd kameleony, przynosi więcej pożytku niż wstydu. Co więcej, w nieustannej walce o byt i rywalizacji między osobnikami w toku ewolucji może być niesłychanie przydatna. Trudno orzec, jaki jest stosunek byłego wiceprezydenta – konserwatysty do darwinowskiej teorii, ale niewątpliwie jako zapalony sportowiec zna zasadę jujutsu – ugiąć się, aby zwyciężyć.
Staropolskie powiedzenie drwi z krowy, która w przeciwieństwie do ludzi myślących pozostaje dozgonnie wierna swojej filozofii życia. I trudno zaprzeczyć ludowej mądrości. Bo i co przeżuwaczom po poglądach? Człowiek to co innego. Cywilizację zbudował na przejściu z gospodarki naturalnej do wymiennej. A światopogląd też może być towarem. Na przykład poparcie polityczne w zamian za niezłą pensję i trochę władzy. Jako rzekł protestancki król Nawarry przechodząc na katolicyzm: „Paryż wart jest mszy”. Wobec takiego przykładu czym jest zmiana poglądów gospodarczych czy politycznych?
Trudno zresztą kwestionować prawo człowieka do zmiany poglądów. Nie zawsze wynika ona z destrukcyjnego wpływu otoczenia. Może być dowodem refleksyjnego myślenia. Nawet św. Tomasz Akwinata przed śmiercią samokrytyczne skwitował dzieło swego życia słowami: „Wszystko, co napisałem, wydaje mi się być słomą” – „Mihi videtur ut palea” Na przeciwległym krańcu znajduje się przywołany w artykule polityczny bon vivant polskiej sceny politycznej – Ryszard Czarnecki. Wydawać by się mogło, że bezgranicznie utożsamia się z poglądami kolejnych partii i staje się ich twarzą. Niezmienna jednak pozostawała tylko potrzeba błyszczenia i osiągania stosownych profitów. Zawsze też wiedział, nie tylko kiedy do partii wstąpić, ale co ważniejsze, kiedy z niej odejść. I to, że nie ugiął się pod naporem opinii w Parlamencie Europejskim wieszczy rychły upadek tego gremium. Europoseł ma znakomite wyczucie polityczne i wie, kiedy opuścić tonący statek.
Autor artykułu „Co się z nami stało” sugeruje, że powszechnie zapadliśmy na konformizm – chorobę współczesnych czasów. W zapasie czekają pewnie jeszcze oportunizm, cynizm a nawet swojskie cwaniactwo. A przecież powyższe przykłady wskazują, że w zmienianiu poglądów nie ma nic złego. Jeśli poglądy się zmienia to oznacza, że się je w ogóle ma lub miewa, nawet jeśli są głęboko ukryte. Ewentualnie, jak w starym dowcipie, można je mieć, ale fundamentalnie się z nimi nie zgadzać.
Znacznie gorzej, gdy polityk jest programowo pozbawiony poglądów. A jednak są tacy, który z braku credo czynią cnotę i świetnie wykorzystują to dla budowania swoje pozycji. Na przykład wydaje się, że urzędujący prezydent miasta poglądów nie posiada w ogóle. Zależnie od okoliczności raz podkreśla, że jest dalekim od polityki samorządowcem, kiedy indziej zaś, że jest prominentnym działaczem PO na szczeblu wiceprzewodniczącego regionu partii. Zaiste proteuszowa to zdolność. Dobiera też sobie odpowiednich pierwszych zastępców – bez charakteru, bez poglądów, a jak pokazuje jego najnowsza decyzja – także bez klasy. Akolitów jednak wciąż mu nie brakuje. Jak słychać w kuluarach Urzędu, w nadchodzących wyborach jego zwolennicy (wyznawcy) popierać go będą na dwa sposoby – poprzez listę partyjną i listę obywatelską. On sam być może niczym Ossowiecki zastosuje sztukę bilokacji i będzie patronem obu list. Wszyscy przecież znają jego wybitną skłonność do robienia show na scenie (na koniu, na ringu itp.).
W przywoływanym artykule autor przede wszystkim atakuje bezideowość i konformizm współczesnych polskich polityków oraz ich elektoratu. Sięga przy tym do zgoła freudowskich analiz duszy, epatuje mglistym pojęciem umysłowej suwerenności. Z sentymentem przypomina lata dziewięćdziesiąte, czasy ludzi otwartych na dyskusję, skłonnych do koncyliacji. Zapewne ma na myśli Mazowieckiego, Kuronia, Geremka, Skubiszewskiego czy Chrzanowskiego lub Kwaśniewskiego. Ubolewa, że obecnie potrzebę dyskusji zastąpiła tęsknota za wodzem i rządami silnej ręki. I czemu się dziwić? Już Krasicki przewrotnie zauważył, że „mądry przedysputował, ale głupi pobił”. Wiadomo, że polską sprawą jest obracać szablą nie ozorem, bo czego jak czego, ale wrogów zewnętrznych i wewnętrznych ci u nas dostatek.
A przecież konformizm i koniunkturalizm w życiu politycznym są normą. Mało kogo dziwią, mało komu przeszkadzają. Jedni uważają, że w życiu „trzeba się pod kogoś podpiąć”, inni wybierają postmodernistyczny permisywizm, czyli rzec można zwykłe poglądactwo. I z tymi dwoma postawami naiwnie próbuje polemizować Karol Winiarski, wyciągając z naftaliny argumenty etyczne. Równie idealistycznie traktuje rolę motywacji finansowej, uznając ją za zbyt banalną. Nie od dziś i nie tylko u nas bardziej od stałości poglądów liczy się kasa. I ewentualnie władza. A obu tych beneficjów nie da się osiągnąć bez stosownej elastyczności kręgosłupa moralnego lub skwapliwego ukrywania swoich prawdziwych myśli. Najlepiej zaś prezentować się jako ideowa tabula rasa, gotowa przyjąć każdą treść, jeśli to może się opłacić. Zatem pytanie „co się z nami stało?” jest postawione niewłaściwe. Trafniej byłoby zapytać – jacy jesteśmy? Odpowiedz brzmi – tacy sami od zarania ewolucji. Owszem czasami mamy epizody głodu idei, ale bardziej pożądamy pełnego talerza. Gdyby przeprowadzić badanie opinii publicznej, co naprawdę przydaje się w życiu, to popierających taki styl życia byłoby co najmniej tylu, ilu dziś zwolenników ma rząd Prawa i Sprawiedliwości. Konformistów najbardziej przyciąga i uwodzi silna, najlepiej autorytarna władza. Rozdająca przywileje i stanowiska po uważaniu, tolerująca nepotyzm. Taka, której dziękuje się nawet za przedmiotowe traktowanie, bo nagrodą jest sama przynależność do grupy skupionej wokół silnego przywódcy. Nie musi on być osobowością czy, broń Boże, demokratą. W gruncie rzeczy nie musi nawet mieć poglądów lub zmieniać je wedle potrzeb. Liczy się chłodny pragmatyzm i umiejętności socjotechniczne. Czysty atawizm, prawo stada. To autokraci kreują konformistów, to konformiści tworzą autokratów. Tak kręci się świat. I o co tu mieć pretensje, że w jakimś mieście jakiś prominentny nawet samorządowiec, jak pisze Karol Winiarski, „nie był w stanie zatrzymać się przed przekroczeniem pewnej granicy. Granicy, po której człowiek staje się pionkiem przesuwanym na szachownicy bez krzty osobistej podmiotowości.”
A jednak pozostaje mieć nadzieję, że nadchodzące wybory samorządowe postawią na naszej miejskiej szachownicy zdecydowanie więcej figur niż pionków.
Janusz Szewczyk
Nie żyje 78-letnia kobieta, przysypana po zawaleniu się w kamienicy w Sosnowcu. Strażacy dotarli do niej około północy, po kilku godzinach akcji ratowniczej. Wcześniej uratowali jej męża. 80-letni mężczyzna trafił do szpitala.
Do katastrofy doszło w sobotę wieczorem – zawaliła się część dwukondygnacyjnej kamienicy przy ul. Tylnej. Według wstępnych ustaleń, doszło do wybuchu gazu z butli.
Informację o odnalezieniu kobiety przekazał PAP podinspektor Mariusz Łabędzki z sosnowieckiej policji, a potwierdziła rzeczniczka śląskiej straży pożarnej, Aneta Gołębiowska .
Źródło: TVP 3
Fot. PAP/Dominik Gajda
Członkowie partii reprezentowanych tylko we władzach samorządowych stanowili 22 proc. bazy członkowskiej, natomiast partii nie sprawujących władzy – 7 proc. – wynika z raportu GUS.
Na koniec 2016 r. z 86 zarejestrowanych partii politycznych aktywną działalność prowadziły 72 partie, tj. o 3 więcej niż w 2014 r. – wynika z danych GUS. Partie, które wzięły udział w badaniu, zadeklarowały łącznie blisko 251 tys. członków, o 16% mniej niż w 2014 r. Łączne przychody partii w 2016 r. wyniosły 127 mln zł, jednak tylko 9 partii dysponowało przychodami przekraczającymi 1 mln zł.
Liczba partii politycznych
Na dzień 31 grudnia 2016 r. wprowadzonych do ewidencji było 86 partii. W latach 2010-2013 dynamika liczby partii była niewielka (zmiana o 2-3 partie rocznie). W 2014 r. odnotowano spadek liczby partii o 4 z 77 do 73, jednak w kolejnym roku ich liczba zwiększyła się o 12, a w 2016 r. – o 1. W ciągu 2016 r. z ewidencji wykreślono 1 partię polityczną i zarejestrowano 2 nowe ugrupowania.
W 2017 r. GUS przeprowadził badanie statystyczne partii politycznych przy użyciu formularza SOF-3. W trakcie realizacji tego badania oraz w oparciu o dane Państwowej Komisji Wyborczej potwierdzono aktywną działalność 72 z 86 partii zarejestrowanych w ewidencji na koniec 2016 r., zaś wypełniony formularz złożyły 53 podmioty.
W 2016 r. przedstawiciele 11 partii uczestniczyli we władzy państwowej w parlamencie lub rządzie, przedstawiciele kolejnych 12 ugrupowań zasiadali tylko w organach władzy samorządowej. Pozostałych 30 partii nie uczestniczyło we władzach publicznych żadnego szczebla. Na scenie politycznej po wyborach w 2015 r. nastąpiły istotne zmiany – w parlamencie pojawiły się podmioty niebędące partiami politycznymi, a równocześnie poza nim znalazły się partie z wieloletnim stażem parlamentarnym, co ma istotne znaczenie dla zmian w grupie ugrupowań parlamentarnych widocznych między edycjami badania. Dalsza analiza obejmuje 53 partie, które złożyły sprawozdanie SOF-3 za 2016 r.
Formy działalności
Zgodnie z ustawą o partiach politycznych celem działania partii jest uczestnictwo w życiu publicznym poprzez kształtowanie polityki państwa lub sprawowanie władzy publicznej. Realizacja tych celów odbywa się w oparciu o statut partii politycznej i może przybierać różnorodne formy.
Najczęściej wskazywaną przez partie polityczne formą działalności, podobnie jak w 2014 r., był udział w debacie publicznej i edukacja społeczna. Ten rodzaj aktywności politycznej polegający m.in. na organizowaniu konferencji prasowych, udziale w programach telewizyjnych i radiowych oraz konferencjach i seminariach zadeklarowało 38 partii. Między 2014 r. a 2016 r. zwiększyła się liczba partii politycznych koncentrujących się na organizowaniu manifestacji i innych zgromadzeń publicznych (z 31 do 35 partii) oraz zaangażowanych w organizację innych form aktywności obywatelskiej – z 31 do 33 partii.
W ramach swojej działalności znaczna część partii podejmowała działania o charakterze interwencyjnym, prowadzone zarówno na rzecz osób indywidualnych, jak i w celu rozwiązywania problemów określonych grup osób (odpowiednio 29 i 27).
Również ponad połowa badanych partii politycznych zajmowała się publikacją materiałów merytorycznych i działalnością wydawniczą służącą popularyzacji swoich celów i aktywności w przestrzeni publicznej. Przygotowywaniem projektów aktów prawnych zajmowało się w 2016 r. 18 partii politycznych, natomiast najrzadziej podejmowaną formą aktywności była działalność badawcza prowadzona przez co 7 partię polityczną uczestniczącą w badaniu (w poprzedniej edycji badania liczba partii zaangażowanych w działalność badawczą była blisko dwukrotnie wyższa).
Partie, a rozmieszczenie terytorialne
Rozmieszczenie terytorialne, zasięg działania oraz struktury organizacyjne Większość partii politycznych – 35 spośród 53 zbadanych podmiotów – prowadziło działalność na terenie całej Polski, kolejnych 12 również poza granicami kraju. Dla pozostałych jednostek obszar prowadzenia działalności stanowiły maksymalnie – województwo (3), powiat (1) i gmina (2).
Ponad 3/4 zbadanych partii politycznych posiadało jednostki terenowe (41). W przypadku 21 partii zasięg działania najniższej terenowej jednostki organizacyjnej obejmował gminę lub jej część, kolejnych 6 – powiat, a 9 – województwo.
Działalność wykraczającą poza jedno województwo prowadziły jednostki terenowe najniższego szczebla 5 partii politycznych. Wśród ugrupowań posiadających w 2016 r. jednostki terenowe średnia liczba działających jednostek najniższego szczebla wyniosła 177, przy czym połowa partii posiadała nie więcej niż 16 jednostek. Dla porównania w 2014 r. wartości średniej i mediany wśród jednostek deklarujących posiadanie terenowych jednostek organizacyjnych były wyższe i wyniosły odpowiednio 269 i 19 jednostek.
Wielkości te różniły się znacząco dla partii reprezentowanych we władzach państwowych (parlamencie lub rządzie), gdzie przeciętna partia posiadała w 2016 r. ponad 0,6 tys. jednostek terenowych, zaś mediana wyniosła 76 jednostek.
Spośród 53 zbadanych w 2016 r. partii politycznych 34 posiadało główne siedziby w województwie mazowieckim, 5 – w województwie małopolskim, 3 – w województwie śląskim, po 2 – w województwach: lubelskim, podkarpackim i pomorskim, natomiast po 1 – w województwach: dolnośląskim, łódzkim, świętokrzyskim, wielkopolskim i zachodniopomorskim.
Źródło: GUS
Baza członkowska
W 2016 r. aktywne partie polityczne, uczestniczące w badaniu na formularzu SOF-3 wykazały łącznie 250,8 tys. członków, tj. o 16% mniej niż w 2014 r. Najwyższą liczbę członków posiadały partie mające swoje przedstawicielstwo w parlamencie – zrzeszały one 71% wszystkich członków, choć stanowiły jedynie 1/5 aktywnych partii. Członkowie partii reprezentowanych tylko we władzach samorządowych stanowili 22% bazy członkowskiej, natomiast partii nie sprawujących władzy – 7%. Przeciętna partia polityczna zrzeszała w 2016 r. 4,7 tys. członków, tj. o 0,8 tys. mniej niż w 2014 r. Jednocześnie połowa partii posiadała nie więcej niż 400 członków, co oznacza wzrost mediany o 85 członków w stosunku do poprzedniej edycji badania z 2014 r.
W 2016 r. struktura partii politycznych ze względu na liczbę członków nie zmieniła się znacząco w stosunku do 2014 r., przy zachowaniu występującego rozwarstwienia. Partie deklarujące posiadanie powyżej 10 tys. członków, stanowiąc tylko 1/10 zbadanej zbiorowości, zrzeszały 82% sumy wszystkich członków, podczas gdy partie z członkostwem do 100 osób gromadziły mniej niż 1% bazy członkowskiej, chociaż stanowiły ponad 1/3 wszystkich partii.
Ugrupowania zasiadające w parlamencie posiadały w 2016 r. przeciętnie 16,1 tys. członków przy medianie 10-krotnie niższej – wynoszącej 1,6 tys. członków. Obie wartości były jednak wyższe – odpowiednio ponad 3- i 4-krotnie od liczonych dla całej zbiorowości. Odsetek kobiet wśród zrzeszonych członków wzrósł między 2014 r. a 2016 r. o 3 p. proc. i wyniósł 32%.
Jednak ogólna liczba kobiet zmniejszyła się z 87,4 tys. w 2014 r. do 79,7 tys. w 2016 r., przy czym spadek ten był prawie dwukrotnie niższy niż w przypadku członkostwa ogółem (9% wobec 16%). Kobiety stanowiły 1/3 wśród członków partii zasiadających w parlamencie, 1/4 wyłącznie w samorządzie i 2/5 w partiach nie biorących udziału we władzy. Jedynie w trzech partiach kobiety stanowiły ponad połowę zrzeszonych członków, a w kolejnych dwóch stanowiły niemal połowę.
Przychody partii politycznych
Zgodnie z Konstytucją RP finansowanie partii politycznych jest jawne3 . Ustawa o partiach politycznych4 zobowiązuje partie do sporządzania i dostarczania do Państwowej Komisji Wyborczej (PKW) corocznych sprawozdań, w których wykazują źródła, z jakich pozyskiwały środki finansowe oraz przedstawiają informacje o kredytach bankowych i o wydatkach poniesionych z Funduszu Wyborczego. Sprawozdania te podawane są przez PKW do publicznej wiadomości w Internecie.
Działalność partii politycznych w Polsce finansowana jest z trzech głównych źródeł:
(1) dochodów uzyskiwanych przez partie z wykorzystaniem własnego majątku (np. z oprocentowania środków zgromadzonych na rachunkach bankowych i lokatach, ze zbycia należących do nich składników majątkowych itp.);
(2) dochodów od osób fizycznych w postaci składek członkowskich, darowizn, spadków oraz zapisów;
(3) subwencji oraz dotacji z budżetu państwa.
W 2016 r. suma przychodów 49 partii politycznych uzyskujących przychody, spośród ugrupowań zbadanych na formularzu SOF-3, wyniosła 127,5 mln zł i była niższa w stosunku do kwoty z 2014 r. o 19,3 mln zł. Partie, których reprezentanci zasiadali w parlamencie RP uzyskały przychody w wysokości 111,5 mln zł,, tj. ponad 87% łącznej kwoty przychodów, przy czym odsetek ten w 2014 r. wynosił aż 98%. Partie uczestniczące we władzy tylko na szczeblu samorządowym uzyskały ponad 5%, a nie biorące udziału we władzach – ponad 7% łącznej kwoty przychodów zbadanych podmiotów w 2016 r.
Dominującą grupą spośród partii mających przychody były, podobnie jak w 2014 r., partie polityczne deklarujące przychody nie przekraczające 10 tys. zł, które w 2016 r. stanowiły ponad połowę jednostek (53%). Jednak w tym okresie zwiększył się odsetek partii osiągających dochody wyższe niż 10 tys. zł w skali roku o 5 p. proc., w tym 9 partii politycznych osiągnęło w 2016 r. przychody przekraczające 1 mln zł.
Odmiennie niż w 2014 r. kształtowała się struktura przychodów partii politycznych w 2016 r.
Znaczącą część przychodów w 2016 r. stanowiły środki publiczne przekazane w ramach określonych ustawami dotacji i subwencji (88% wobec 37% w 2014 r.), przy czym 47% stanowiła jednorazowa dotacja dla partii zasiadających w parlamencie po wyborach parlamentarnych w 2015 r. Łącznie partie polityczne pozyskały w 2016 r. z budżetu państwa blisko 112,8 mln zł wobec 54,5 mln zł w 2014 r., kiedy nie przyznawano dotacji podmiotowej.
Przychody z przekazanych przez osoby fizyczne, w tym w formie darowizn, spadków i zapisów bądź składek członkowskich wyniosły 12,4 mln zł i stanowiły 10% sumy przychodów w 2016 r., podczas gdy w 2014 r., kiedy odbyły się wybory samorządowe wynosiły one 79,3 mln zł stanowiąc ponad połowę uzyskanych przychodów (54%). Podobnie jak w 2014 r. niewielką rolę odgrywały dochody z majątku partii (2%).
W partiach reprezentowanych w parlamencie dominowały środki z budżetu państwa, które stanowiły 90% ich rocznych przychodów w 2016 r. i wyniosły 100,8 mln zł. Partie reprezentowane we władzach tylko samorządowych, chociaż ponad połowę przychodów – 54% uzyskały również z budżetu państwa (3,7 mln zł), charakteryzowały się jednocześnie najwyższym udziałem środków przekazanych przez osoby fizyczne – 26% oraz dochodów z majątku – 20%, otrzymując z tych źródeł odpowiednio ponad 1,7 mln oraz 1,4 mln zł.
Partie pozostające pozawładzą parlamentarną lub samorządową finansowały się w 2016 r. w 90% ze środków budżetowych (8,3 mln zł), a w 10% ze środków przekazanych przez osoby fizyczne (0,9 mln zł). Średnia kwota środków, które przypadły na jedną partię w 2016 r. wyniosła 2 602,6 tys. zł, jednak połowa badanych partii politycznych deklarujących posiadanie przychodów osiągnęła wpływy nie przekraczające 6,6 tys. zł.
W 2014 r. średnia i mediana wyniosły odpowiednio 3 060 tys. zł oraz 5,4 tys. zł. Utrzymująca się wyraźna różnica (blisko 400-krotna w 2016 r.) wielkości średniej i mediany przychodów wskazuje na znaczne zróżnicowanie sytuacji finansowej działających w Polsce partii politycznych.
mp/
Źródło: samorzad.pap.pl
PKW przygotowała szczegółowe wytyczne i wyjaśnienia dotyczące podziału jednostek samorządu terytorialnego na okręgi wyborcze.
PKW zaleciła przy tym, aby przed wniesieniem wniosku w sprawie podziału gminy na okręgi wyborcze pod obrady rady gminy wójt (burmistrz, prezydent miasta) przedstawił właściwemu komisarzowi wyborczemu, w trybie konsultacji, opracowany projekt.
W instrukcji Komisja zwróciła uwagę, że jeżeli w gminach dotychczasowy podział na okręgi wyborcze spełnia wymogi Kodeksu wyborczego, rada gminy może podjąć uchwałę w sprawie podziału gminy na okręgi wyborcze określającą takie same granice okręgów wyborczych jak obowiązujące dotychczas.
PKW podkresliła, że rada gminy dokonuje podziału gminy na okręgi wyborcze wyłącznie na wniosek właściwego wójta (burmistrza, prezydenta miasta). Jednakże podział zawarty we wniosku nie jest wiążący dla rady.
Zdaniem Komisji zmiany w podziale w stosunku do zaproponowanego we wniosku są zatem możliwe pod warunkiem, że ustalony podział na okręgi wyborcze odpowiadać będzie zasadom określonym w ustawy z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy, zwanej dalej „Kodeksem wyborczym”.
Pełna treść wytycznych PKW dotyczących podziału jednostek samorządu terytorialnego na okręgi wyborcze
Źródło: samorzad.pap.pl
fot.: pkw.gov.pl
Jeremiasz Świerzawski, dotychczasowy pełnomocnik prezydenta Sosnowca ds. inwestycji, został wiceprezydentem miasta. Będzie odpowiedzialny m.in. za pion inwestycyjny.
Nowy wiceprezydent miasta ukończył sosnowieckie Technikum Architektoniczno-Budowlane w Zagórzu, a następnie Wyższą Szkołę Techniczną w Katowicach. Pracując dla PKP odpowiadał za kilka dużych projektów m.in. budowę dworca Warszawa Zachodnia, wchodzącego w kompleks biurowy West Station, projekt budowy nowego budynku dworca Warszawa Główna oraz za dobrze znany sosnowiczanom projekt przebudowy zabytkowego dworca w Maczkach.
Z wykształcenia jest architektem. Pomysłodawcą oraz projektantem obiektów użyteczności publicznej, a także przestrzeni miejskiej.
Pracę na rzecz naszego miasta rozpoczął we wrześniu 2017 roku, kiedy to został doradcą prezydenta miasta. Współpracował z kluczowymi w Europie inwestorami przynosząc modele biznesowego zarządzania procesem inwestycyjnym do naszego miasta.
Nowy wiceprezydent będzie odpowiedzialny za pion inwestycji, planowania przestrzennego, architektury i urbanistyki, geodezji oraz drogowy. – Jeremiasz Świerzawski doskonale sprawdził się w roli doradcy, a także pełnomocnika. W Sosnowcu przeprowadzamy wiele inwestycji, jesteśmy w trakcie przygotowania następnych, stąd potrzeba, aby pieczę nad nimi sprawował fachowiec – mówi prezydent Sosnowca, Arkadiusz Chęciński.
I zastępca prezydenta Sosnowca został Zbigniew Byszewski.
Źródło i zdjęcie: UM
Nie widać końca burzy wywołanej przyjęciem przez polski parlament nowelizacji ustawy o IPN, która wprowadza do niej artykuł przewidujący kary, do pozbawienia wolności włącznie, za „przypisywanie państwu i narodowi polskiemu wbrew faktom odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy”. Chodzi tu oczywiście przede wszystkim o pojawiający się od czasu do czasu w zagranicznych mediach zwrot „polskie obozy śmierci”. W tym kontekście nowelizacja ma wymiar wyłącznie symboliczny, bo taki, dajmy na to, niemiecki publicysta używający wspomnianego zwrotu podlega prawu niemieckiemu, a nie polskiemu, toteż polska ustawa nie stanowi żadnej podstawy do podjęcia przeciw niemu środków prawnych. Ponadto penalizacja obejmuje wyłącznie oskarżenia pod adresem całego narodu lub państwa, a więc rozważania o odpowiedzialności pojedynczych obywateli polskich za zbrodnie na Żydach również nie byłyby karane. Wreszcie przypadki nazywania nazistowskich obozów zagłady „polskimi”, biorąc pod uwagę ogromną liczbę ukazujących się rokrocznie publikacji na temat holokaustu, nie były aż tak częste i z reguły ich następstwem były przeprosiny pod adresem strony polskiej. Przypuszczam zresztą, że zwrotu tego używano zazwyczaj nie w znaczeniu „obozów zbudowanych przez Polaków”, ale „obozów znajdujących się w Polsce”, wobec czego należałoby go uważać raczej za nieelegancki i krzywdzący skrót myślowy, a nie oskarżenie naszego państwa o czynny udział w zagładzie Żydów.
Mając to wszystko na uwadze, nie sposób było przewidzieć, że przyjęcie projektu nowelizacji przez Sejm otworzy istną puszkę Pandory. Izraelscy politycy jeden przez drugiego zaczęli miotać w naszym kierunku najróżniejsze inwektywy. W ich oczach zostaliśmy nagle (czy na pewno nagle?) współwinnymi holokaustu na równi z Niemcami, a właściwie to nawet w większej mierze niż Niemcy, gdyż oni mordowali Żydów z przymusu, z polecenia złowrogich nazistów, podczas gdy Polacy – z własnej woli, motywowani chęcią zarobku i uciechy. Wszystkich przelicytował niejaki Jair Lapid, który oświadczył, że „polskie obozy śmierci istniały i żadne prawo tego nie zmieni”. Ten sam osobnik napisał też, że jego babcię zabili Polacy, „nim jeszcze ujrzała na oczy niemiecki mundur”, mimo że, jak twierdził we wszystkich wcześniejszych wypowiedziach, obie jego babcie przeżyły wojnę, a w ogóle to jego rodzina wywodzi się z Serbii i Węgier. Nawet izraelski premier Netanjahu w rozmowie z Mateuszem Morawieckim powiedział, że zabijanie Żydów przez Polaków miało wymiar systemowy. Na domiar złego głos w sprawie zabrał także amerykański Departament Stanu, „zachęcając” polskie władze do ponownego pochylenia się nad tekstem ustawy.
Pierwszą reakcją komentatorów w Polsce było zdziwienie, czy wręcz zgoła niedowierzanie. Przywykliśmy do tego, że zachodnim politykom albo dziennikarzom coś się czasem „omsknie” w sprawie polskiego udziału w II wojnie światowej, ale uznawaliśmy to raczej za zjawisko marginalne. Tak było na przykład w roku 2015, kiedy to dyrektor FBI James Comey oznajmił, że winni zagłady Żydów są niemieccy naziści i ich poplecznicy z Polski, Węgier i innych krajów. Po proteście polskiej ambasady dyrektor przeprosił, chociaż w sposób dość wymijający, napisał bowiem, że owszem, Polacy byli ofiarami wojny, ale oskarżeń o udział naszych rodaków w holokauście jednoznacznie nie wycofał. Nieco wcześniej nasza telewizja wyemitowała niemiecki serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, w którym to znalazła się taka oto scena (przytaczam z pamięci): polscy partyzanci dokonali zasadzki na pociąg. Po akcji ich dowódca wybrał się na inspekcję unieruchomionych wagonów. Otwarłszy jeden z nich, zobaczył stłoczonych w nim Żydów, wiezionych najwyraźniej do któregoś z obozów w celu zagazowania. Dowódca natychmiast zamknął wrota wagonu i powiedział z obrzydzeniem: „To tylko Żydzi”. Oni są równie parszywi jak komuniści, lepsi martwi niż żywi.” Wtedy także resortowe media uspokajały nas, wmawiając opinii publicznej, że to tylko pomyłka, niegroźny bubel, że trwa historyczny dialog i tak naprawdę nikt nas żadną odpowiedzialnością nie chce obarczać.
Tymczasem może nie powinniśmy się tak bardzo dziwić oburzeniu izraelskich polityków. Niektórzy pewnie pamiętają, jak to w 2011 roku, podczas obchodów 70. rocznicy mordu w Jedwabnem odczytano oficjalny list prezydenta Komorowskiego do uczestników uroczystości. Znalazła się w nim opinia, że „naród polski musi przywyknąć do myśli, że on także bywał sprawcą”. Tak brzmiały słowa demokratycznie wybranej głowy państwa polskiego, człowieka, który przysięgał przed parlamentem i całym społeczeństwem, że będzie „strzegł niezłomnie godności Narodu”. Warto może przy okazji porównać wypowiedź polskiego prezydenta ze wspomnianymi słowami dyrektora FBI. James Comey stwierdził, że „polscy poplecznicy” jedynie pomagali Niemcom, byli zatem co najwyżej współsprawcami, a nie sprawcami samodzielnymi, tak jak ich nazwał Bronisław Komorowski. Poza tym amerykański urzędnik wspomniał tylko o pojedynczych poplecznikach nazistów, podczas gdy polski prezydent nie żałował sobie i mianem sprawcy zbrodni określił cały naród. Dlaczego mielibyśmy zatem mieć pretensje do zagranicznych polityków o to, że cytują polskiego prezydenta? Szczęśliwie dla nas zachodnie media w większości zajęły wobec sporu stanowisko neutralne, a w opiniach komentatorów można wyczuć niezrozumienie izraelskich intencji. Warto zachować zimną głowę i pamiętać, że na każdą polską rodzinę zabitą za ukrywanie Żydów przypadał Polak, który tą rodzinę wydał Niemcom. Nie brakowało też Polaków żerujących na tragedii Żydów; zachowały się na przykład relacje mówiące o tym, że podczas postojów „pociągów śmierci” na stacjach, Polacy ofiarowali wiezionym nimi, zmaltretowanym Żydom odrobinę wody w zamian za kosztowności. Jednak te niegodziwe praktyki, a nawet przypominane wciąż Jedwabne, absolutnie nie wyróżniają nas spośród innych narodów okupowanej Europy, a oskarżenia o systemowy udział w zbrodniach holokaustu są niczym więcej jak obelżywym kłamstwem, w które zresztą nie wierzy nawet większość Żydów.
Problem leży głębiej. Otóż patrząc na zagraniczne portale i czytając między wierszami, można wysnuć wniosek, że w głowach wielu zachodnich czytelników funkcjonuje pogląd, jakoby Polacy co prawda nie budowali obozów i nie mordowali Żydów, ale i tak byli (i są nadal) zgrają zacofanych, podłych antysemitów, którzy jeśli do holokaustu się nie przyłączyli, to chyba tylko z tchórzostwa. Tezy o „tradycyjnym polskim antysemityzmie” widać tam na każdym kroku. I może należy zadać sobie pytanie: kto za taki obraz Polaków odpowiada? Wyobraźmy sobie na chwilę, że jesteśmy, dla ustalenia uwagi, Hiszpanami. Niezbyt interesuje nas polityka, ale mimo to codziennie przeglądamy jakiś portal informacyjny. I cóż byśmy tam przeczytali? Wspomnienia Ireny Sendlerowej albo powstańców warszawskich, czy raczej artykuły o wzbierającej w Polsce fali faszyzmu, informacje o tysiącach nazistów maszerujących przez Warszawę i wołania o pomoc okrutnie prześladowanych przez tyranię „poprawnych” dziennikarzy? Potem może chcielibyśmy pójść do kina i obejrzeć jakiś polski film, w końcu nie mieliśmy dotąd styczności z tamtejszym kinem. Idziemy na „Idę” Pawła Pawlikowskiego i co tam widzimy: dwie Żydówki wędrują po polskiej prowincji w poszukiwaniu szczątków ich krewnych zabitych przez szmalcowników. Niezbyt orientujemy się w historii, myślimy, że takie zachowania były normą wśród tej nadwiślańskiej dziczy. A potem nagle polskie władze usiłują wprowadzić kary za wspominanie o udziale Polaków w holokauście – czy nie bylibyśmy skonfundowani? Niebywałe, jak wiele wysiłku niektóre media wkładają w udowodnienie Polakom – i przy okazji zagranicy – że drzemie w nas głęboko zakorzeniony, zwierzęcy antysemityzm, którego owe media straszliwie się w naszym imieniu wstydzą. I to zazwyczaj te same media, które w innych przypadkach pierwsze sprzeciwiają się generalizowaniu, ocenianiu czynów jednostek pod kątem ich narodowości i wyznania, czy wreszcie obarczania ich odpowiedzialnością za czyny ich przodków. Dla nas jednakże robią wyjątek.
I oto na naszych oczach, w dniach kiedy Polacy nie znajdują słów oburzenia na dotykające ich kraj potwarze, Tomasz Lis na okładce „Newsweeka” umieszcza Jana Tomasza Grossa, autora bulwersującej książki „Sąsiedzi”, w której twierdził, że Polacy widłami i siekierami zarąbali bez mała 70 tysięcy Żydów. „Gazeta Wyborcza” swego czasu oklaskiwała autora za to, jak wspaniale dopiekł tym wstrętnym Polakom, obwołała go przy okazji „światowej sławy historykiem”. To bzdura, Gross z wykształcenia jest socjologiem, a elementarne błędy warsztatowe jego książki wytykali mu wszyscy historycy od Los Angeles po Władywostok; również liczba 70 tys. zabitych Żydów jest wyssana z palca. Mamy posła PO Marcina Święcickiego, który powiedział na antenie Polsatu, że „mordowaliśmy, tylko nie zakładaliśmy obozów śmierci” i że „takich miejscowości jak Jedwabne były dziesiątki”. Mamy TVN, które publikuje materiał z kilkoma wyrostkami obchodzącymi w lesie urodziny Hitlera i na tej podstawie wszczyna kampanię piętnującą kiełkujący w Polsce neonazizm, pomimo że w Niemczech co rusz odbywają się publiczne przemarsze nazistów, w których bierze udział po kilkaset osób. Mamy Marcina Gołaszewskiego, lidera łódzkiej Nowoczesnej, mówiącego, chyba niestety na trzeźwo, że Polska jest na drodze do powtórzenia holokaustu. Oni sieją wiatr, my wszyscy zbieramy burzę.
Na koniec przykład z innej beczki: w ostatnim czasie polscy himalaiści po brawurowej akcji uratowali uwięzioną na stokach Himalajów francuską wspinaczkę, nie podejmując próby ocalenia jej polskiego towarzysza. Myślicie może państwo, że nie stanowi to okazji do oplucia Polaków i pokazania nam wszystkim, gdzie nasze miejsce? Nic bardziej mylnego! Na stronie gazeta.pl ukazał się niedawno tekst zatytułowany „Przykro mi, Elisabeth. Nie wybaczymy ci, że przeżyłaś w górach.” Nie trzeba zagłębiać się w ten paszkwil, aby domyślić się, jak powstał. Otóż publicystka weszła w sekcję komentarzy na jednym z informacyjnych portali (kto do tych sekcji zagląda, ten sam sobie szkodzi), tam przeczytała wypociny jakiegoś trolla albo idioty, przed oczyma stanął jej tłum śmierdzących cebulą Polaków z widłami i pochodniami, wskutek czego postanowiła napisać oszczerczy artykuł. Ale zamiast udowodnić, że wszyscy Polacy trzęsąc się od gniewu życzyli Francuzce śmierci, wykazała tylko, że taki rodzaj publicystyki jest doprawdy jedyną rzeczą gorszą od ciągłego ukazywania Polaków jako prześladowanych przez historię męczenników.
Łukasz Marczak
Fot. germandeathcamps.org
Kandydat na radnego nie musi mieszkać na obszarze okręgu wyborczego, w którym zostanie zgłoszony – przypomina PKW. Kandydat musi jednak stale mieszkać w gminie, na terenie której leży okręg wyborczy.
Mimo braku oficjalnego terminu jesiennych wyborów samorządowych Państwowa Komisja Wyborcza opublikowała zestaw przydatnych informacji dla osób, które zamierzają wystartować w jesiennych wyborach do rad gmin i rad miejskich w gminach niebędących miastami na prawach powiatu.
Instrukcja uwzględnia zmiany wprowadzone znowelizowanym Kodeksem wyborczym.
KTO MOŻE KANDYDOWAĆ NA RADNEGO?
Kandydatem na radnego może być obywatel polski i obywatel Unii Europejskiej niebędący obywatelem polskim, który najpóźniej w dniu głosowania kończy 18 lat, mieszka stale w gminie, w której kandyduje, i jest wpisany do stałego rejestru wyborców, właściwego dla danej gminy.
Nie może kandydować na radnego:
– osoba pozbawiona praw publicznych prawomocnym orzeczeniem sądu;
Listę musi poprzeć co najmniej 25 wyborców stale mieszkających w gminie, gdzie leży okręg wyborczy, w którym zgłaszana jest lista. Wyborcy ci nie muszą natomiast stale mieszkać na obszarze tego konkretnego okręgu wyborczego, w którym zgłaszana jest popierana przez nich lista.
CZY MOŻNA UDZIELIĆ POPARCIA WIĘCEJ NIŻ JEDNEJ LIŚCIE KANDYDATÓW NA RADNYCH?
Tak. Można udzielić poparcia dowolnej liczbie list kandydatów. Udzielonego poparcia nie można jednak wycofać.
KTO MOŻE ZGŁASZAĆ LISTY KANDYDATÓW NA RADNYCH?
Prawo do zgłaszania list kandydatów na radnych w wyborach do rad gmin mają komitety wyborcze, które uzyskały od Państwowej Komisji Wyborczej lub od właściwego komisarza wyborczego odpowiednio uchwałę lub postanowienie o przyjęciu zawiadomienia o utworzeniu komitetu wyborczego.
Komitety wyborcze, które uzyskały postanowienie od komisarza wyborczego, mogą zgłaszać listy kandydatów tylko na obszarze wskazanym w tym postanowieniu.
Listy kandydatów w imieniu komitetu wyborczego zgłasza pełnomocnik wyborczy komitetu lub osoba imiennie przez niego upoważniona. Osoba upoważniona nie może upoważniać innych osób do zgłaszania list kandydatów na radnych.
GDZIE NALEŻY ZGŁOSIĆ LISTY KANDYDATÓW NA RADNYCH?
Listy kandydatów na radnych zgłasza się do właściwej gminnej komisji wyborczej.
ILE LIST KANDYDATÓW NA RADNYCH MOŻE ZGŁOSIĆ KOMITET WYBORCZY?
Komitet wyborczy może zgłosić w każdym okręgu wyborczym tylko jednego kandydata. W przypadku koalicji wyborczej, która zgłosiła wspólnych kandydatów, komitet wyborczy partii politycznej, który wchodzi w skład takiej koalicji, nie może zgłosić własnych, odrębnych kandydatów do danej rady.
CZY OSOBA WCHODZĄCA W SKŁAD KOMITETU WYBORCZEGO MOŻE BYĆ KANDYDATEM NA RADNEGO?
Tak. Osoba wchodząca w skład komitetu wyborczego może być kandydatem na radnego. Kandydatem na radnego może być także pełnomocnik wyborczy i pełnomocnik finansowy komitetu wyborczego.
CZY JEDEN KANDYDAT NA RADNEGO MOŻE ZOSTAĆ ZGŁOSZONY W WIELU OKRĘGACH Z WIELU LIST KANDYDATÓW?
Nie. Kandydat na radnego może kandydować w wyborach tylko do jednej rady lub sejmiku i może być zgłoszony tylko w jednym okręgu i tylko z jednej listy kandydatów.
CZY MOŻNA KANDYDOWAĆ JEDNOCZEŚNIE NA RADNEGO I WÓJTA, BURMISTRZA, PREZYDENTA MIASTA?
Tak. Można jednocześnie kandydować na radnego gminy i na wójta (burmistrza, prezydenta miasta), lecz jedynie w tej samej gminie. Nie można natomiast jednocześnie kandydować na wójta (burmistrza, prezydenta miasta) i na radnego powiatu lub radnego sejmiku województwa, a także na wójta (burmistrza prezydenta miasta) i radnego gminy w różnych gminach.
Źródło: PKW
mp/
Z powodu groźby wystąpienia smogu w środę (7.02) Koleje Śląskie wprowadziły bezpłatne przejazdy pociągami. Skorzystać z nich mogą kierowcy, którzy wybiorą podróż koleją zamiast samochodem. Za darmo może też pojechać osoba towarzysząca kierowcy.
– Aby skorzystać z bezpłatnego przejazdu Kolejami Śląskimi, wystarczy podczas kontroli biletów okazać ważny dowód rejestracyjny. W przeciwieństwie do poprzedniej edycji akcji, w tym roku nie trzeba być właścicielem pojazdu. Każdy kierowca może zabrać w podróż jedną osobę towarzyszącą” – podał we wtorek samorząd woj. śląskiego.
Bezpłatne przejazdy w dni smogowe obowiązują w całej sieci Kolei Śląskich, z wyłączeniem odcinka przygranicznego Chałupki-Bohumin oraz pociągów „Ornak” na odcinku Żywiec-Zakopane. Możliwość bezpłatnych przejazdów będzie obowiązywać przez cały poniedziałek, od godziny 00:01 do 24:00. O ewentualnym przedłużeniu akcji na kolejne dni przewoźnik będzie każdorazowo informował oddzielnym komunikatem.
Dotąd informacji, czy bezpłatne przejazdy dla kierowców zostaną wprowadzone w środę także w innych środkach komunikacji publicznej w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (GZM): autobusach, tramwajach i tyskich trolejbusach, nie przekazały władze tej organizacji.
W połowie stycznia br. zarząd GZM uzgodnił z organizatorami komunikacji miejskiej na swoim terenie oraz z Kolejami Śląskimi zasady ogłaszania bezpłatnej komunikacji miejskiej w dni szczególnie wysokich stężeń smogu. Zgodnie z tym porozumieniem Koleje Śląskie wprowadzają prawo do bezpłatnych przejazdów w razie prognozowanych przekroczeń norm zanieczyszczeń powietrza przynajmniej na jednym z siedmiu obszarów, wyodrębnionych w prognozach Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Katowicach (WIOŚ).
Na obszarze Metropolii bezpłatne przejazdy mają być ogłaszane, gdy prognozy przekroczenia norm będą dotyczyły przynajmniej jednego z dwóch wyznaczonych przez WIOŚ obszarów, obejmujących gminy i miasta GZM (chodzi o obszar centralny i/lub rybnicko-pszczyński).
Z wtorkowego komunikatu opublikowanego przez WIOŚ na stronie katowice.pios.gov.pl wynika, że ze względu na poziom pyłu zawieszonego jakość powietrza będzie w środę bardzo zła na obszarze rybnicko-pszczyńskim oraz w dolinach beskidzkich.
Ponieważ Metropolia nie jest jeszcze organizatorem transportu publicznego, decyzja o wprowadzeniu bezpłatnych przejazdów każdorazowo musi być sankcjonowana wewnętrznymi decyzjami poszczególnych organizatorów, którzy działają na jej obszarze: KZK GOP, MZK Tychy oraz MZKP Tarnowskie Góry. Każdorazowo decyzja o wprowadzeniu bezpłatnych przejazdów ma być podejmowana do godz. 15. dnia poprzedzającego.
Prawo do bezpłatnych przejazdów w dni smogowe na terenie Metropolii będzie honorowane na podstawie dowodu rejestracyjnego pojazdu, z którego tego dnia jego użytkownik nie skorzysta, wybierając pociąg. Z bezpłatnego przejazdu może skorzystać jeszcze jedna towarzysząca mu osoba. W tegorocznym budżecie Metropolii na pokrycie kosztów związanych z wprowadzeniem bezpłatnych przejazdów w dni smogowe zaplanowano 1 mln zł.
Dopuszczalny poziom pyłu PM10 w powietrzu to 50 mikrogramów na metr sześc. w ujęciu dobowym. Indeks jakości powietrza wyszczególnia sześć stopni: przy stężeniu poniżej 20 mikrogramów jakość jest bardzo dobra, między 21 a 60 mikrogramów – dobra, 61-100 mikrogramów – umiarkowana, 101-140 mikrogramów – dostateczna, 141-200 mikrogramów – zła, a powyżej 200 – bardzo zła. Przekroczenie 300 mikrogramów pyłu na m sześc. oznacza alarm smogowy.
Bieżące informacje o jakości powietrza w regionie dostępne są na stronie internetowej powietrze.katowice.wios.gov.pl.
Koleje Śląskie są spółką należącą do samorządu woj. śląskiego.
Źródło: portalsamorzadowy.pl
Fot. slaskie.pl