W tym szaleństwie jest metoda
Mijający właśnie pierwszy rok drugiej kadencji Donalda Trumpa sprawia wrażenie końca świata, który znamy. W rzeczywistości jest to nagłe przyśpieszenie procesów, które od lat miały miejsce. Nie dla wszystkich były one widoczne i dlatego działania obecnego Prezydenta USA wywołują szok i niedowierzanie. Tymczasem Donald Trump tylko odsłonił kurtynę, która skrywała zakulisowe działania poprzednich amerykańskich administracji. Nagłe przebudzenie europejskich polityków świadczy o ich wyjątkowo niskich kwalifikacjach politycznych, braku umiejętności dostrzegania toczących się na świecie procesów i braniu własnych wyobrażeń za rzeczywistość.
Mit dobrej Ameryki, która wspiera wszystkich walczących o demokrację i prawa człowieka ukształtował się w Polsce w końcowych latach PRL-u, gdy Stany Zjednoczone wspierały polską opozycję walczącą z komunistyczną władzą. Starano się nie dostrzegać rzeczywistych intencji Waszyngtonu, który w innych rejonach świata bezwarunkowo wspierał krwawe dyktatury, o ile tylko respektowały interesy Stanów Zjednoczonych. Amerykanie walczyli bowiem ze Związkiem Radzieckim jako swoim zasadniczym rywalem na scenie międzynarodowej i nie próbowali odgrywać roli misjonarzy wolności i dobrobytu. I pod tym kątem oceniali rządy innych krajów nie przejmując się metodami za pomocą których ich sojuszniczy zdobywali i utrzymywali władzę.
W końcowych latach zimnej wojny to nie Stany Zjednoczone się zmieniły. Zmienił się świat. Głęboki kryzys w państwach bloku radzieckiego zmniejszył niebezpieczeństwo komunistycznej rebelii w państwach latynoamerykańskich, co otwarło drogę do demokratyzacji całego regionu – zwolennicy twardych rządów wojskowych stracili jeden z argumentów, którymi posługiwali się przy przejmowaniu władzy (często z pomocą CIA), a na dodatek nie radzili sobie z problemami gospodarczymi. Nowe, demokratyczne władze najczęściej nie były antyamerykańskie, co stwarzało wrażenie, że Waszyngton popiera demokratycznych przywódców. W tym samym jednak czasie w wielu krajach arabskich rządzili autokraci nietolerujący jakiejkolwiek opozycji, którzy w sposób bezwarunkowy wspierani byli przez amerykańskich protektorów.
Stany Zjednoczone zawsze realizowały swoje własne interesy. I trudno mieć do nich o to pretensje – w końcu to amerykańscy obywatele powierzali im stery rządów i żądali zaspokajania ich potrzeb życiowych. Jednak przynajmniej od czasów prezydentury Johna Fitzgeralda Kennedy`ego starano się realizować te interesy nie tylko za pomocą twardej militarnej i gospodarczej siły, ale także za pomocą tzw. soft power, czego przejawem było powołanie w 1961 roku USAID – Agencji Stanów Zjednoczonych do spraw Rozwoju Międzynarodowego. Wzmacniało to wpływy Stanów Zjednoczonych w wielu rejonach świata, chociaż koszty tej polityki stale rosły stawiając pod znakiem zapytania wartość uzyskiwanych dzięki temu korzyści.
Donald Trump uznał, że soft power nic nie daje i praktycznie zlikwidował działalność tej instytucji. Jak każda osoba z wyraźnymi deficytami mentalnymi nie akceptuje miękkich metod, które nie przynoszą zwykle spektakularnych efektów. Amerykański Prezydent (i niemała część jego doradców) uważa, że skoro jakieś państwo dysponuje realną siłą, to może, a nawet powinno, jej używać. I to właśnie robi realizując amerykańskie interesy w sposób, który uważa za najlepszy. Nie zawsze jest to siła militarna, którą zresztą stosuje w sposób częsty, ale jednocześnie ograniczony – Amerykanie nie angażują się długotrwałe interwencje pochłaniające olbrzymie pieniądze i kosztujące życie wielu żołnierzy. W znacznie większym stopniu wykorzystuje za to gospodarczą potęgę Stanów Zjednoczonych nakładając, zawieszając i znosząc cła importowe. To czy dane państwo było do tej pory sojusznikiem, czy rywalem USA, nie ma większego znaczenia. Liczy się aktualny interes Stanów Zjednoczonych. A często także Donalda Trumpa i jego rodziny.
Całkowitemu upadkowi uległo prawo międzynarodowe. W przeciwieństwie do krajowych regulacji prawnych, które zawsze można wyegzekwować poprzez współdziałanie wymiaru sprawiedliwości i sił porządkowych, normy międzynarodowe wymagają powszechnego konsensusu. Jeżeli niektóre państwa, a zwłaszcza mocarstwa, zaczynają je kwestionować, tracą rację bytu. Przestrzeganie prawa międzynarodowego nigdy nie było powszechne i w pełni skuteczne. Mimo wszystko jednak starano się nie łamać go w sposób otwarty, a jeżeli nie dało się tego ukryć, używano różnych uzasadnień moralnych dla podejmowanych pozaprawnych działań. Donald Trump nie bawi się w tego typu tłumaczenia. Zgodne z prawem jest to, co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, a jedynym kryterium oceny jest jego własna moralność.
Po roku prezydentury Donalda Trumpa sondaże nie wskazują na większościowe poparcie dla jego polityki. W zasadzie wszystkie jego działania spotykają się z negatywną opinią większości Amerykanów. Szczególnie krytycznie oceniane są kolejne jego posunięcia w polityce zagranicznej i to nawet te, które kończą się spektakularnymi sukcesami. Oczywiście o wynikach kolejnych wyborów decydować będzie sytuacja wewnętrzna, a zwłaszcza gospodarka. A tu na razie dane są często zaskakująco sprzeczne z oczekiwaniami. Z jednej strony cła nałożone na praktycznie wszystkie państwa świata przyniosły ogromny wzrost wpływów budżetowych i nie zaowocowały wzrostem inflacji, czego się obawiano. Z drugiej, nie doprowadziły do znaczącego wzrostu ilości miejsc pracy z powodu oczekiwanego przenoszenia produkcji do Stanów Zjednoczonych. Wręcz przeciwnie, przyrost jest mniejszy niż w poprzednich latach, a bezrobocie mimo wyrzucenia prawie miliona nielegalnych emigrantów (znacznie więcej wyjechało dobrowolnie), zaczęło niebezpiecznie rosnąć. Grozi to Republikanom utratą większości w obu izbach Kongresu w wyborach połówkowych, które odbędą się za niespełna dziesięć miesięcy. Tyle, że amerykański parlament nie będzie w stanie powstrzymać działań swojego Prezydenta, a w razie oporu jest on w stanie go po prostu zignorować. Za trzy lata, przy okazji wyboru nowego Prezydenta, sytuacja gospodarcza może już wyglądać zupełnie inaczej, a wtedy J. D. Vance będzie faworytem wyborów.
Polityka Donalda Trumpa zszokowała państwa europejskie. Początkowa reakcja polegała na ustępstwach, które miały udobruchać amerykańskiego Prezydenta. Stąd przyjmowanie Donalda Trumpa z iście królewskim ceremoniałem w czasie szczytu NATO w Hadze, całkowita kapitulacja Komisji Europejskiej w sprawie ceł i żenujące wasalne hołdy składane w trakcie wrześniowej wizyty przywódców europejskich w Waszyngtonie. Efekt okazał się łatwy do przewidzenia. Zamiast ustępliwości Donald Trump słusznie uznał, że ma do czynienia z miękiszonami, których on nigdy nie szanował. Trudno zresztą szanować kogoś, kto sam się nie szanuje. Efektem są obecne brutalne (na razie pozostające w sferze retoryki) żądania Stanów Zjednoczonych wobec Grenlandii. Żałosna reakcja europejskich liderów polegająca na wydawaniu kolejnych oświadczeń i wysłaniu kilkudziesięciu wojskowych na zagrożoną wyspę (kilkunastu żołnierzy niemieckich wróciło po dwóch dniach, gdy Donald Trump zapowiedział nałożenie karnych ceł na kraje, które wysłały tam wojska), potwierdza jedynie ich całkowitą bezsilność i czysto pozorowane działania.
Każdy kolejny sukces – nawet jeżeli pozorny – wzmacnia egocentryczną determinację Donalda Trumpa i potrzebę odnoszenia kolejnych zwycięstw. Dlatego polityka ustępstw przynosi dokładnie przeciwne do zamierzonych efekty. Europa nie jest w stanie militarnie przeciwstawić się Stanom Zjednoczonym i zapobiec przejęcia Grenlandii. Nawet jeżeli Donald Trump zdecyduje się na siłowe rozwiązanie, większość krajów europejskich nie zmieni swojej dotychczasowej polityki. Zachowują się jak maltretowane przez męża żony, które nie mając własnych źródeł dochodów nie są w stanie zdecydować się na zerwanie toksycznego związku i zaryzykowanie rozpoczęcia nowego, samodzielnego życia. Naiwna wiara, że polityka Stanów Zjednoczonych powróci do dawnych, dobrych czasów, a nawet, że Donald Trump w razie zagrożenia przyjdzie z pomocą, uniemożliwia zmierzenia się z rzeczywistością. I dlatego amerykański Prezydent i jego współpracownicy mogą w tak arogancki sposób traktować europejskich wasali. W tym szaleństwie jest metoda.
Karol Winiarski
