Most vagy soha
„Most vagy soha”, czyli „Teraz albo nigdy”, to wezwanie rzucone w marcu 1848 roku przez młodego romantycznego poetę Sandora Petöfiego w momencie rozpoczęcia Wiosny Ludów na Węgrzech. Słowa sprzed prawie 180 lat stały się jednym z najważniejszych haseł Tiszy – opozycyjnego ugrupowania, które kierowane przez Petera Magyara zdobyło pełnię władzy w tegorocznych wyborach parlamentarnych. Mimo korzystnych sondaży przedwyborczych, skala zwycięstwa zaskoczyła wszystkich. Zdobycie większości konstytucyjnej po szesnastu latach rządów Fideszu, który wprowadził do systemu wyborczego wiele bezpieczników, wydawał się całkowicie nierealny. Stąd ogromny entuzjazm, który wybuchł po ogłoszeniu wyników wyborów w środowiskach liberalno-lewicowych i proeuropejskich. Ale czy naprawdę mają się z czego cieszyć?
Zwycięstwo Tiszy wygląda imponująco. 142 mandaty w 199-osobowym parlamencie to najlepszy wynik jakiegokolwiek ugrupowania w najnowszej historii Węgier. Najlepszy, ale nie aż tak bardzo różniący się od osiągnięć Fideszu w latach 2010, 2014, 2018 i 2022, w których partia Victora Orbana również zdobywała większość konstytucyjną. Sukces Petera Magyara blednie też, gdy spojrzymy na procentowe poparcie dla pokonanego konkurenta. Strata ponad 15 punktów procentowych w porównaniu z wyborami w roku 2022 robi wrażenie, ale w dalszym ciągu partię Victora Orbana popiera ponad 38% wyborców. O takim wyniku polskie partie polityczne mogą tylko pomarzyć.
Victor Orban padł ofiarą ordynacji wyborczej, którą sam stworzył i która przez lata zapewniała mu osiąganie spektakularnych zwycięstw. Mieszany system wyborczy z ponad połową jednomandatowych okręgów wyborczych, w których zwycięstwo zapewniała względna większość głosów (jedna tura wyborów), przynosiła szczególnie spektakularne sukcesy w rywalizacji z podzieloną opozycją. Victor Orban nie wymyślił tego stosowanego w wielu krajach systemu od podstaw, ale znacząco go zmodyfikował – radykalnie zmniejszył iloś
wybieranych posłów (z 386 do 199), zlikwidował drugą turę wyborów i manipulował granicami okręgów wyborczych (gerrymandering) zwiększając szanse Fideszu na dodatkowe mandaty, a na dodatek kontrolował przestrzeń medialną poprzez związane z rządem firmy i instytucje (rosyjskie wzorce), co miało zapewnić mu „wieczne” rządy. I przez długi czas zapewniało.
Przekonanie Victora Orbana o nieprzegrywalności umocniły wybory sprzed czterech lat. Już wówczas większość opozycji, przezwyciężając wewnętrzne podziały, potrafiła się zjednoczyć wystawiając wspólną listę i wspólnych kandydatów pod nazwą Zjednoczeni dla Węgier. Sondaże wskazywały na możliwość sukcesu opozycji, a jednak zwycięstwo Fideszu było najbardziej spektakularne w historii – 54,13%, to więcej niż poparcie uzyskane przez Tiszę w tegorocznej elekcji. Tyle, że wówczas sytuacja była szczególna – wybory odbywały się niedługo po rosyjskiej agresji na Ukrainę, gdy groźba szybkiego upadku sąsiada była jeszcze realna, a zagrożenie rozszerzeniem konfliktu poważne. Victor Orban wykorzystał wówczas strach rodaków przed wojną i eksponując swoje dobre stosunki z Władymirem Putinem oraz niechęć do Kijowa, zdołał wytworzyć falę poparcia dla swojego ugrupowania. W tym roku starał się ponownie grać tą kartą, ale stabilizacja frontu i brak większych szans Rosji na całkowite podporządkowanie Ukrainy, spowodowały, że straszak znacząco stracił na znaczeniu.
Falę poparcia udało się natomiast wzbudzić Peterowi Magyarowi. Prawdopodobnie rolę trzęsienia ziemi wzbudzającego polityczne tsunami odegrały taśmy z nagraniami rozmów Victora Orbana i ministra spraw zagranicznych Pétera Szijjártó z Władymirem Putinem i Siergiejem Ławrowem. Wiernopoddańcze hołdy i obietnice realizacji życzeń rosyjskich przywódców mogły zszokować mniej zaangażowanych emocjonalnie wyborców. Co innego bowiem uznawać pewne zasady Realpolitik, a co innego w tak żenujący i uwłaczający godności narodu sposób podlizywać się zbrodniarzowi wojennemu. Ciekawe jednak, że politycy i media sympatyzujące z węgierską opozycją nie zainteresowały się źródłem pochodzenia tych nagrań. Wiele wskazuje, że był to wywiad jednego z państw zachodnich, a ich ujawnienie w tygodniu przed wyborami było bezpośrednią ingerencją w proces wyborczy. Podsłuchiwanie polityków innego państwa zawsze jest skandalem, niezależnie od intencji, która przyświeca podsłuchującym i jak bardzo negatywny jest nasz stosunek do inwigilowanych.
Błędem Victora Orbana okazało się szukanie poparcia obcych polityków. Nawet jawne przedwyborcze wsparcie z zagranicy zawsze wzbudza wątpliwości i pytania, na ile wynika ono z sympatii osobistych czy ideologicznych, a na ile z własnych interesów politycznych. W przypadku Orbana szczególne znaczenie miało mieć poparcie amerykańskiego Prezydenta. Donald Trump specjalnie wysłał do Budapesztu J.D. Vance`a, a nawet osobiście telefonicznie poparł węgierskiego premiera. Efekt mógł być jednak całkowity inny niż oczekiwano, zwłaszcza po ostatnich działaniach, wypowiedziach i generowanych przez sztuczną inteligencję grafikach utożsamiających go z Jezusem. Donald Trump stał się tym samym toksycznym politykiem, od którego należy się trzymać jak najdalej. To raczej asertywna postawa wobec amerykańskiego przywódcy przynosi wzrost poparcia wyborców, o czym przekonali się już rok temu Kanadyjczycy. Zaczynają to chyba nawet rozumieć polscy politycy, tradycyjnie pielgrzymujący do Waszyngtonu po amerykański jarłyk.
Wszystkie te okoliczności nie tłumaczą jednak tak znaczącego spadku poparcia dla partii Victora Orbana i poparcia dla jego rywala. Politycy Fideszu nie zaczęli przecież kraść dopiero w ostatnich latach. Korupcyjny i kleptokratyczny system tworzony był od początku powrotu do władzy Orbana w 2010 roku. Dlaczego coś, co nie przeszkadzało Węgrom przez tyle lat, nagle dla części z nich okazało się nie do zaakceptowania? Odpowiedź jest prosta i niezbyt optymistyczna z punktu widzenia Petera Magyara. Fidesz kradł, ale się dzielił. W ostatnich latach kradł, ale już się nie dzielił. Nie dlatego, że nie chciał. Nie miał czym. Węgry wpadły w długotrwałą stagnację gospodarczą, a dystans wobec innych państw regionu znacząco się powiększył. I jest to właśnie największe zagrożenie dla nowej władzy, ponieważ nie będzie ona w stanie szybko poprawić sytuacji swoich własnych wyborców. Prawie 6-procentowy deficyt budżetowy, oficjalne zadłużenie na poziomie 76% PKB, znaczący wzrost bezrobocia oraz rentowność obligacji przekraczająca 6% (jeszcze kilka tygodni temu zbliżała się nawet do 8%), nie dają większego pola manewru. Rozczarowanie nową władzą może szybko zredukować wyborcze poparcie Tiszy, które nie wynika z nagłego entuzjazmu Węgrów do systemu liberalnej demokracji, tylko niezadowolenia z własnej sytuacji materialnej i poziomu usług publicznych. A jeśli Peter Magyar będzie chciał wprowadzić konieczne działania oszczędnościowe, niezadowolenie wzrośnie szybciej niż można by się dzisiaj spodziewać.
Szansą dla nowego rządu może być napływ funduszy unijnych zablokowanych w ostatnich latach przez Komisję Europejską. To jedna z przyczyn kryzysu gospodarki węgierskiej. Przez wiele lat, należący do Europejskiej Partii Ludowej Fidesz, cieszył się poparcie niemieckich chadeków z Angelą Merkel na czele, którzy powstrzymywali dalej idące działania przeciw łamiącym unijne zasady Węgrom. Orban zresztą często częściowo wycofywał się z niektórych swoich posunięć – np. wobec wymiaru sprawiedliwości – ale dopiero po osiągnięciu zamierzonych celów. Pozwalało to jego kolegom z EPL powstrzymywać pomysły nałożenia sankcji na Budapeszt. Był wśród nich i Donald Tusk, który zanim został przewodniczącym Rady Europejskiej, wielokrotnie bronił Orbana przed krytyką ze strony socjalistów i liberałów. W końcu jednak nawet w Europejskiej Partii Ludowej górę wzięli krytycy Orbana, co zmusiło go do opuszczenia swojej dotychczasowej frakcji i ostatecznie pozbawiło jej ochrony. Fundamentalnym błędem była jednak zgoda na mechanizm warunkowości wpisany do pocovidowego Planu Odbudowy UE (NextGenerationUE). Dało to prawną podstawę (choć mocno wątpliwą) zablokowania wypłaty Węgrom środków unijnych nie tylko zresztą z tego nadzwyczajnego funduszu, ale i zwykłego budżetu UE. Po zmianie władzy środki zostaną odblokowane. Problem polega jednak na tym, że w przypadku funduszu pocovidowego trzeba je wydać w ciągu kilku najbliższych miesięcy, a zagospodarowanie pozostałych przyniesie efekty dopiero za jakiś czas. Dla Petera Magyara może być jednak już za późno.
Entuzjazm sił liberalno-lewicowych dość szybko może wyparować, gdy nowy węgierski przywódca zacznie realnie sprawować władzę, co powinno nastąpić w połowie maja. Jednym ze źródeł jego sukcesu było przecież przejęcie części narracji politycznej Fideszu, do którego jeszcze niedawno należał. Jego umiarkowany konserwatyzm może szybko rozczarować część zwolenników, którzy głosowali raczej przeciw Victorowi Orbanowi, niż na Petera Magyara. Już pierwsze powyborcze zapowiedzi przyszłego premiera wskazują, że jego kampanijne zapowiedzi nie miały na celu wyłącznie pozyskanie części elektoratu Fideszu. Zwłaszcza deklaracje w stosunku do Ukrainy dalekie są od oczekiwań Kijowa i większości europejskich elit. Można się spodziewać, że Budapeszt wycofa się z blokowania środków, które UE przeznaczyła dla walczącego z Rosją kraju (skorzysta też Polska, która czeka na 2 mld zł za przekazaną broń), ale żadnych własnych środków przekazywać nie zamierza, a szybkiej ścieżce akcesji Ukrainy do wspólnoty europejskiej jest zdecydowanie przeciwny. Peter Magyar dobrze zna poglądy swoich rodaków i niezależnie od swoich własnych, nie zamierza im się przeciwstawiać.
Wielką niewiadomą pozostają posłowie, którzy weszli do parlamentu z list Tiszy. Każde ugrupowanie, które jest tworzone w krótkim okresie przed wyborami nie jest w stanie w pełni zweryfikować ludzi, którzy angażują się w jego działalność. Trudno też oczekiwać, że mają takie same poglądy we wszystkich najważniejszych sprawach, nad którymi przyjdzie im debatować. Zapewne początkowo lojalnie będą wspierali swojego lidera, ale jeżeli notowania Tiszy zaczną spadać, to mogą się pojawić w klubie parlamentarnym ruchy odśrodkowe. Nie ma też pewności, że Peter Magyar będzie w pełni chciał rozmontować system, który stworzył jego poprzednik. Widać to chociażby po naszym kraju, gdzie zwycięzcy ostatnich wyborach pozostawili wiele wprowadzonych przez Prawo i Sprawiedliwość zmian – po ich przejęciu okazały się bardzo przydatne, czego przykładem jest chociażby nowy sposób wyboru Państwowej Komisji Wyborczej. Wątpliwości mogą budzić zapowiedzi skrócenia kadencji wielu urzędników (w tym Prezydenta) mianowanych przez Fidesz, co zawsze jest działaniem kontrowersyjnym i na przyszłość niebezpiecznym precedensem. Prawdopodobnie zostanie to poprzedzone uchwaleniem nowej, a przynajmniej głęboką nowelizacją dotychczasowej, konstytucji, co stanie się pretekstem do dokonywanych zmian. Tego typu działania przypominają jednak wschodnie, a nie zachodnie, wzorce działania.
Zwycięstwo Tiszy z pewnością jest jednym z nielicznych pozytywnych wydarzeń w ostatnich latach. Pokazuje, że nawet 16-letnie rządy jednej partii, podporządkowanie mediów i zabetonowanie całego układu politycznego nie gwarantuje jeszcze utrzymania władzy, a wybory wciąż mogą zadecydować o zmianie rządzących. Czymś, co najbardziej chyba zdziwiło obserwatorów, to szybkie i bezwarunkowe uznanie porażki przez Victora Orbana. To jednak zasadniczo różni sytuację na Węgrzech od tej, z którą mieliśmy do czynienia na Białorusi w 2020 roku czy w Wenezueli dwa lata temu. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z radykalnym odwróceniem populistycznego trendu, który od lat jest widoczny na Starym Kontynencie. Sondażowa dominacja Zjednoczenia Narodowego we Francji, Reform UK w Wielkiej Brytanii czy AfD w Niemczech oraz zwycięstwo Postępowej Bułgarii pokazują, że dominuje powszechna potrzeba zmiany niż powrót zaufania do liberalnej demokracji i dotychczasowych elit politycznych. A to idealne środowisko dla populistycznych ugrupowań, które jeszcze nie zdążyły opatrzyć się wyborcom.
Karol Winiarski
