Histeria
Po kilkutygodniowym pobycie na afrykańskim safari mąż powrócił do domu. Żona od razu zauważyła ogromną zmianę w jego zachowaniu. Był smutny, rozkojarzony, nie wykazywał zainteresowania ani nią, ani dziećmi. Na powtarzające się pytania o powody takiego nastroju, odmawiał odpowiedzi. W końcu, gdy jego psychiczny stan coraz bardziej się pogarszał, a żona intensywniej nalegała, wydusił z siebie prawdę o tragicznych wydarzeniach, które miały miejsce na safari. Otóż w trakcie jednej z wypraw został on zgwałcony przez goryla. Przerażona żona zaczęła go zapewniać o pełnym wsparciu i nieustającej miłości oraz upływającym czasie, który leczy rany i spowoduje, że złe wspomnienia przeminą. Na to wyraźnie zirytowany mąż wyrzucił z siebie z płaczem: „Ty nic nie rozumiesz. Minął już miesiąc, a on nie pisze, nie dzwoni, nie przyjeżdża”. Ten dowcip idealnie oddaje zachowanie znacznej części polskiej klasy politycznej po informacji o wstrzymaniu relokacji jednej z brygad armii amerykańskiej do Polski.
Histeria jaką wśród polskich polityków różnych orientacji politycznej wywołały informacje amerykańskich mediów o niespodziewanej decyzji Pentagonu, pokazują ich poddańczą mentalność i psychologiczne uzależnienie od Wielkiego Brata. Płaczliwe biadolenia ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza o tym jak wiernym sojusznikiem jest nasz kraj, jak wiele pieniędzy wydajemy na zakup amerykańskiej broni i jak bardzo zawsze wspieraliśmy Amerykanów wszędzie tam, gdzie tego wsparcia oczekiwali, a w związku z tym takie ich działania nie są fair, nie są godne reprezentanta narodu polskiego. Jednocześnie zresztą nasz minister obrony narodowej zapewniał, że o żadnej redukcji amerykańskiej obecności w Polsce nie ma mowy i że cała sprawa nie dotyczy Polski. Najzabawniejsze zaś była jego wielka radość po tweecie Donalda Trumpa o wysłaniu „dodatkowych” pięciu tysięcy żołnierzy do Polski. Nagle okazało się, że jednak miała być reedukacja i tylko dzięki wspólnej akcji polskich polityków udało się zmienić decyzję Pentagonu. Decyzję, której rzekomo nie było.
Nikt nie wie jakie były powody wstrzymania relokacji 2. Pancernej Brygadowej Grupy Bojowej (2 ABCT) z 1. Dywizji Kawalerii (1st Cavalry Division) do Polski. Wyjaśnienia, że była to tymczasowa decyzja związana ze zmniejszeniem liczebności wojsk amerykańskich w Niemczech, jest mało prawdopodobna. Mimo, że w przeciwieństwie do Polski Amerykanie mają u naszego zachodniego sąsiada stałe bazy, to i tak personel podlega rotacji. Na dodatek nie wiadomo jakie konkretnie jednostki mają być z Niemiec wycofane. A przecież ciężkie brygady pancerne, które są w Polsce rotowane co dziewięć miesięcy (ostatnio była trzecia brygada tej samej dywizji) pozostawiają większość sprzętu na miejscu. Nawet więc, gdyby z Niemiec przemieszczona została podobna formacja wojskowa, to i tak sprzęt należący do stacjonujących do tej pory w Polsce brygad musiałby zostać przetransportowany do Stanów Zjednoczonych. Jedynym więc logicznym wyjaśnieniem decyzji Pentagonu byłaby więc rezygnacja ze zmniejszenia ilości wojsk amerykańskich w Niemczech na rzecz faktycznej ich redukcji w naszym kraju. Tyle, że byłoby to całkowicie sprzeczne z zapowiedziami amerykańskiego Prezydenta sprzed zaledwie kilku dni.
Nie znamy też genezy tweeta Donalda Trumpa, który całkowicie zmienił sytuację. Powoływanie się przez niego na osobę Karola Nawrockiego jako powodu, dla którego postanowił jednak zwiększyć liczebność amerykańskich żołnierzy w naszym kraju, jest oczywiście propagandowym zagraniem Donalda Trumpa, który chciał podbudować swoje ego podkreślając rolę jaką odegrał w wyborze polskiego Prezydenta. Było to dla niego szczególnie istotne w kontekście ostatniej kompromitującej porażki na Węgrzech, gdzie Victor Orban, protegowany obecnej administracji, poniósł klęskę w wyborach parlamentarnych. Skądinąd wiadomo, że Karol Nawrocki nie był się w stanie się do Donalda Trumpa dodzwonić, a amerykański Prezydent nawet nie odpowiadał na wysyłane przez jego polskiego odpowiednika sms-y. Można więc raczej przypuszczać, że po powrocie Prezydenta z Chin oraz pod wpływem nacisku mediów i kongresmenów, nastąpiła radykalna zmiana decyzji, co zresztą kompletnie zaskoczyło Pentagon. Dlatego do dziś nie wiadomo, co oznacza zapowiedź przysłania „dodatkowych 5 tysięcy żołnierzy” do Polski. Dodatkowych w stosunku do czego? Do pierwotnej, czy też do zredukowanej liczby? I jakie to będę jednostki? Te, które miały być relokowane? Te z Niemiec? A może jeszcze inne? W dalszym ciągu nic nie wiadomo. A to pokazuje totalny chaos panujący w Waszyngtonie i całkowitą nieobliczalność obecnej administracji z Prezydentem na czele.
Niezależnie od interpretacji wpisu Donalda Trumpa (oczywiście, o ile można w ogóle brać poważnie wypowiedzi amerykańskiego Prezydenta – niespełnionymi obietnicami amerykańskiego Prezydenta można wytapetować cały Gabinet Owalny), liczebność wojsk amerykańskich w Polsce ma ulec zwiększeniu. Tyle, że nie ma to większego znaczenia. O wiele ważniejsze jest bowiem to, jakie to będą formacje i przede wszystkim gdzie będą stacjonowały. Ich zasadniczym zadaniem nie jest bowiem odparcie pełnoskalowego ataku Federacji Rosyjskiej. Nie jest to możliwe nawet przy zaangażowaniu wszystkich amerykańskich wojsk stacjonujących w Europie (niespełna 80 tys. żołnierzy), z których zresztą tylko część stanowią pełnowartościowe jednostki bojowe. Dlatego pełnią oni jedynie rolę zakładników – atak na kraj, w którym stacjonują ma zwiększyć prawdopodobieństwo przystąpienia Stanów Zjednoczonych do wojny. Ale to zagrożenie dla agresora radykalnie wzrasta w momencie, gdy ofiarami toczących się walk stają się amerykańscy żołnierze. A to zależy od miejsca ich stacjonowania.
W trakcie zimnej wojny, na terenie Niemiec Zachodnich stacjonowało około pół miliona amerykańskich żołnierzy – trzy razy więcej niż obecnie w całej Europie. W Berlinie Zachodnim było ich jedynie dziesięć tysięcy. Nie mieliby żadnych szans w starciu z wielokrotnie silniejszymi formacjami radzieckimi i wspomagającą ich armią Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Wiadomo jednak było, że w razie ataku część z nich zginie. A to wymusiłoby reakcję Stanów Zjednoczonych i uruchomienie wojsk stacjonujących za Łabą. Sowieci dobrze o tym wiedzieli i nigdy nie zdecydowali się na podjęcie próby likwidacji tej kapitalistycznej i demokratycznej enklawy na terenie ich strefy wpływów. Zakładnicy spełnili swoją rolę.
Przygniatająca większość wojsk amerykańskich w Polsce stacjonuje przy jej zachodniej granicy – w Poznaniu, Powidzu, Żaganiu, Skwierzynie, Świętoszowie, Drawsku Pomorskim i Bolesławcu. To oznacza, że atak rosyjski, przynajmniej w swojej pierwszej fazie, nie zagroziłbym im bezpośrednio. Wątpliwe jest w ogóle, żeby Rosjanie, o ile w ogóle zdecydowaliby się na bezpośrednią agresję na nasz kraj, dążyliby do zajęcia całego terytorium Polski. A to oznacza, że wojska amerykańskie nie poniosłyby żadnych strat i nie byłyby zmuszone do natychmiastowego podjęcia działań zbrojnych. Czy w tej sytuacji zaryzykowaliby zaangażowanie się w konflikt z nuklearnym mocarstwem jakim jest Rosja? Trzeba być wyjątkowo naiwnym, żeby w to uwierzyć. Bardziej prawdopodobne, że zostaliby w swoich bazach, albo wręcz na wszelki wypadek wycofaliby się do Niemiec.
Najbardziej zagrożonym rosyjskim atakiem jest obszar północno-wschodniej Polski. Na tym terenie jest tylko jedna baza (w Orzyszu obok Bemowa Piskiego), w której stacjonuje wielonarodowy batalion, w skład którego wchodzą także żołnierze amerykańscy – nie więcej niż tysiąc osób. To około 100 kilometrów od granicy z Białorusią i około 80 od Obwodu Kaliningradzkiego. Gdyby więc Rosjanie zamierzali zając teren między dolną Wisłą a dolnym Bugiem (lub Narwią), czyli całą północno-wschodnią Polskę, istniałoby duże prawdopodobieństwo, że Amerykanie znaleźliby się na linii frontu (o ile oczywiście wcześniej nie zostaliby wycofani). I dlatego ten stosunkowo niewielki oddział ma o wiele większe znaczenie niż wielokrotnie liczniejsze jednostki stacjonujące 500-600 kilometrów od polsko-rosyjskiej granicy.
Najbardziej prawdopodobnym celem ataku Rosji może być jednak Przesmyk Suwalski – po to, aby uzyskać lądowe połączenie Obwodu Kaliningradzkiego z Białorusią i przy okazji odciąć od Polski republiki nadbałtyckie. Z Orzysza do Suwałk jest około 80 km, a do Augustowa około 70 km. Możliwe jest więc prowadzenie działań wojennych w bezpiecznej odległości od miejsca stacjonowania tej wielonarodowej brygady. A wówczas Amerykanie tam przebywający (a także ich jednostki rozmieszczone na Litwie) nie znaleźliby się w strefie działań wojennych. I tym samym mogliby biernie obserwować przebieg toczących się działań wojennych – zawsze przecież można powiedzieć, że ochraniają ewentualny kierunek natarcia wojsk rosyjskich na Warszawę. Tym samym pozostalibyśmy bez realnej pomocy ze strony naszego „sojusznika”, a rzekoma najważniejsza polisa bezpieczeństwa, za którą słono płacimy, okazałaby się bezwartościowym świstkiem papieru. W przypadku zwykłej, gdy ubezpieczyciel nie wywiązuje się ze swoich zobowiązań, zawsze możemy skorzystać z drogi sądowej. A do kogo ze skargą pójdziemy w tej sytuacji? Płaczliwe biadolenie Kosiniaka-Kamysza i innych polskich polityków nikogo w Waszyngtonie nie wzruszą.
Być może jednak do bezpośredniej agresji rosyjskiej nigdy nie dojdzie, a Moskwa ograniczy się do działań hybrydowych. Gdyby tak się stało, lądowe wojska amerykańskie do niczego nam się nie przydadzą. Podobnie jak większość kupowanego od nich sprzętu, który był skuteczny w wojnach należących już do przyszłości (paradoksalnie najbardziej przydatne mogą się okazać się Apacze, które można wykorzystać do zestrzeliwania dronów, chociaż kupowane były do realizacji zupełnie innych celów). A wtedy pozostaniemy z ogromną ilością sprzętu, na którego zakup zaciągnęliśmy wysokooprocentowane kredyty. Tyle, że to tylko część kosztów, które będziemy musieli ponieść. W przypadku mniej zaawansowanej technologicznie broni, cena zakupu to mniej więcej 1/3 ogólnych, koniecznych do poniesienia nakładów – 2/3 to koszty utrzymania, eksploatacji, remontów i modernizacji. W przypadku naszych najnowszych inwestycji proporcje są jeszcze bardziej niekorzystne. A przecież w ubiegłym roku nasze zadłużenie zwiększyło się o ponad 320 mld zł. Przez pierwsze cztery miesiące tego roku wygenerowaliśmy już prawie 140 mld zł. długu przekraczając granicę 60% jego wielkości w stosunku do PKB. Być może już wkrótce na obsługę naszego zadłużenia będziemy musieli wydawać więcej niż na obronę narodową.
Starając się za wszelką cenę zabezpieczyć przed popadnięciem w zależność od Rosji, całkowicie uzależniliśmy się od Stanów Zjednoczonych. Część polskich polityków zdaje sobie z tego sprawę, ale mentalnie nie jest w stanie wybić się na suwerenność. W przypadku innych, zrozumienie tego stanu rzeczy, przekracza ich możliwości intelektualne. A są też tacy, którzy podobnie jak niegdyś komuniści, przedkładają kwestie ideologiczne nad interesy państwa. Nic też nie wskazuje, żeby w ciągu najbliższych lat mogło coś się zmienić. Widocznie większości Polaków nie przeszkadza status klienta w pełni uzależnionego od możnego protektora. Suwerenna polityka kosztuje i niesie różne niebezpieczeństwa. Widocznie, wbrew powszechnej opinii o bezgranicznym umiłowaniu wolności, wolimy bezpieczną klatkę. Tyle, że ona wcale nie jest taka bezpieczna, a już na pewno nie jest tania. I wkrótce możemy się o tym boleśnie przekonać.
Karol Winiarski
