Pasek
Pismo Rzecznika Praw Dziecka, Moniki Horny-Cieślak, do właścicielki lodziarni w Pszczynie, krytykujące darmowe rozdawanie lodów uczniom w dniu zakończenia roku szkolnego po okazaniu świadectwa z wyróżnieniem, na chwilę rozbudziło dyskusję o sposobach oceniania i nagradzania uczniów. Krytyka rzeczniczki była dość powszechna, ale doprowadziła jedynie do jej dalszego brnięcia w obronę swojego stanowiska. Jak to zwykle bywa w naszym kraju, po kilku dniach co innego zajęło uwagę opinii publicznej (afera w Szpitalu Południowym oraz akcja oddawania orderów) i już nikt nie zajmował się problemem czerwonych (a w zasadzie biało-czerwonych) pasków na świadectwach. A szkoda, bo nie tylko one powinny stać się przedmiotem głębokiej refleksji, chociaż niekoniecznie z powodów, które kierowały panią rzecznik.
Monika Hornak-Cieślak reprezentuje dość modny w niektórych środowiskach pogląd, zgodnie z którym dzieci trzeba jak najdłużej chronić przed wszelkimi zagrożeniami ich dobrostanu psychicznego. A przecież takim może być brak świadectwa z wyróżnieniem. Ten absurdalny pogląd ma wielorakie i najczęściej skrajnie negatywne konsekwencje. Radykalne rozluźnienie dyscypliny w szkole, które w praktyce pozwala za zgodą rodziców wybierać lekcje na które uczęszcza uczeń (rodzic może usprawiedliwić każdą nieobecność bez podania przyczyny), praktycznie bezkarne korzystanie z możliwości, które daje sztuczna inteligencja (prace domowe tracą jakikolwiek sens) i obniżenie do minimum wymagań, powodują, że można przejść przez szkolną edukację w sposób prawie bezstresowy. Słabe oceny okazują się większym problemem dla nauczycieli niż dla uczniów.
Ale dorosłe życie bezstresowym nie jest. Trudno też całkowicie wyeliminować czynniki negatywnie oddziałujące na psychikę w okresie dzieciństwa – zwłaszcza w dobie mediów społecznościowych. Zamiast więc trzymać dzieci pod kloszem, co i tak w pełni nie jest możliwe do zrealizowania, należałoby przygotowywać je do sytuacji stresowych. Zderzenie z brutalną rzeczywistością realnego życia często okazuje się tragiczne w skutkach dla nieprzygotowanych do tego osób. I nie wystarczy wysyłanie do szkół kolejnych psychologów, wprowadzanie edukacji zdrowotnej czy nawet zakaz posiadania smartfonów i korzystania z mediów społecznościowych, które często są narzędziem hejtu, przez nastolatków. Mimo rozbudowy pomocy psychologiczno-pedagogicznej ilość prób samobójczych stopniowo rośnie, co pokazuje co najmniej ograniczoną skuteczność tego typu działań, które starają się likwidować skutki, a nie przyczyny, narastającego problemu.
Świadectwo z wyróżnieniem to nagroda za cały rok nauki. Oczywiście nie wszyscy mają takie same możliwości intelektualne i porównywalne warunki domowe. Ale niestety równość szans życiowych jest szlachetnym postulatem liberałów, tyle że w praktyce niemożliwym do spełnienia. Można, i trzeba, ograniczać wpływ przyczyn, które są niezależne od młodych ludzi, ale nigdy w pełni nie zrealizujemy tego szlachetnego celu. Zamiast więc na siłę wprowadzać urawniłowkę, należałoby się raczej zastanowić nad modyfikacją kryteriów otrzymywania tego wyróżnienia. Obecne są bowiem mocno kontrowersyjne i archaiczne, na co wskazuje wielu nauczycieli i ekspertów, w tym także tych, którzy generalnie akceptują taki sposób nagradzania najlepszych uczniów.
Świadectwo z wyróżnieniem pojawiło się w 1977 roku. To zresztą dość ciekawe, że wprowadzili go komuniści kojarzący się z dążeniem do pełnego egalitaryzmu, a głosy za likwidacją tej nagrody powszechne są w czasach kapitalizmu, który promuje konkurencyjność i elitarność. Oczywiście możemy próbować ograniczać czy nawet eliminować przysłowiowy „wyścig szczurów”, ale efekty takiego działania są właśnie widoczne w Europie – nasz kontynent przegrywa rywalizację gospodarczą ze Stanami Zjednoczonymi i krajami Dalekiego Wschodu, gdzie ceni się wyrastanie ponad przeciętność i czasami dość bezwzględnie („segregacja” uczniów na podstawie ich zdolności już w szkołach podstawowych czy mordercze egzaminy kwalifikujące) promuje się najlepszych. Niestety, ale od początku życia na ziemi wygrywają najsilniejsi i ci, którzy potrafią się najlepiej dostosować do zmieniających warunków. Państwa europejskie zdobyły dominującą pozycję na świecie dopiero w okresie rewolucji przemysłowej, gdy postawiły na rozwój nowoczesnych gałęzi gospodarki, a prawa pracownicze nie istniały. Jeżeli nie chcemy jej bezpowrotnie utracić (co zresztą w dużym stopniu już się stało), to musimy zmienić swój sposób życia i wychowania młodego pokolenia. Oczywiście możemy wybrać inną drogę, ale musimy być wówczas świadomi, że staniemy się peryferyjnym obszarem współczesnego świata.
O ile nagradzanie najlepszych nie powinno budzić wątpliwości, to już poważniejszym problemem są kryteria, które obowiązują. Średnia 4,75, zwłaszcza przy klasyfikacji końcowej (ostatnie klasy szkół podstawowych i średnich), okazuje się często niezbyt wysokim progiem do pokonania. Ponieważ oceny końcowe z kilku przedmiotów odgrywają znaczącą rolę przy rekrutacji do szkół średnich (za sam pasek jest 7 punktów), to nagle okazuje się, że mamy zadziwiająco dużo wyjątkowo zdolnych uczniów. Stało się tak zwłaszcza po wprowadzeniu na początku lat 90-tych XX wieku oceny celującej, która początkowo przysługiwała za wybitne osiągnięcia z danego przedmiotu wykraczające ponad podstawę programową, a z czasem stała się zwykłą oceną. W efekcie rzeczywiście zdarza się, że świadectwo z wyróżnieniem otrzymuje większość klasy, a tym samym staje się ono bardziej karą dla tych, którzy go nie dostali, niż nagrodą dla pozostałych. Być może należałoby pomyśleć o bardzie zróżnicowanym systemie nagradzania, który bardziej stopniuje osiągnięcia uczniów w zależności od uzyskanej średniej (przykładem są złote, srebrne i brązowe tarcze przyznawane w rankingu „Perspektyw” najlepszym szkołom średnim.
Najpoważniejszy jednak problem dotyczy czegoś innego i związany jest bezpośrednio z całym programem nauczania od czasów likwidacji gimnazjów. Ich wprowadzenie w 1999 roku było poważnym wyzwaniem organizacyjnym, ale początkowo niewiele zmieniło jeżeli chodzi o zakres programowy. Wielu przedmiotów uczono w sposób coraz bardziej poszerzony w trzech kolejnych cyklach – podstawówkach, gimnazjach i szkołach średnich. Dopiero reforma programowa wprowadzona kilka lat później przez Katarzynę Hall była prawdziwą rewolucją, zwłaszcza jeżeli chodzi o dwie ostatnie klasy liceów i trzy ostatnie klasy techników. Zamiast uczyć się wszystkiego, uczniowie koncentrowali się na wybieranych przez siebie przedmiotach, oczywiście z wyłączeniem języka polskiego, matematyki i języków obcych, które były dla wszystkich. Była to pierwsza, dość nieśmiała zresztą próba wprowadzenia wstępnej specjalizacji w szkołach średnich. Kontrreforma minister Anny Zalewskiej cofnęła polska szkołę do czasów późnego PRL-u, czyli do czasów młodości Jarosława Kaczyńskiego.
Przekonanie, że wystarczy wprowadzić jakiś zakres wiedzy do podstawy programowej, a wszyscy do końca swojego życia będą ją posiadali i twórczo wykorzystywali, jest dość powszechnie pokutującym przekonaniem – przynajmniej wśród polityków. A wystarczyłoby zrobić test dla uczniów kończących konkretny poziom edukacji, aby przekonać się że jest zupełnie inaczej. Większość z nich nie pamięta prawie nic – megabity wiedzy nie zapisały się na mózgowych twardych dyskach, nie mówiąc o umiejętności wykorzystania tych informacji w procesach bardziej kreatywnego czy refleksyjnego myślenia. Polski system edukacji to w dużym stopniu marnotrawienie czasu, pieniędzy i nerwów zarówno uczniów, jak i nauczycieli. Absurd tego sposobu myślenia pogłębiło dążenie do zwiększenia współczynnika scholaryzacji – czyli powiększenia ilości absolwentów szkół średnich i wyższych. Musiało to skutkować stopniowym obniżaniem poziomu wymagań, ponieważ jedynie niewielka część populacji posiada zdolności pozwalające opanować większość programu nauczania w polskich szkołach. Dlatego szkoła coraz częściej przypomina to teatr, w którym wszyscy odgrywają przydzielone im role, byle tylko wszystko zgadzało się w papierach, ponieważ to jedynie interesuje różnej maści kontrolerów, którzy tabunami nawiedzają placówki oświatowe. Tyle, że życie boleśnie weryfikuje szkolną rzeczywistość.
Najłatwiej i najtrwalej zapamiętuje się to, co człowieka najbardziej interesuje. Pozostała wiedza, nawet jeżeli zostanie przyswojona, to bardzo szybko „wyparowuje”. Jeżeli dalej będziemy uczyli wszystkich wszystkiego, to coraz bardziej będziemy tracili dystans do uciekającego nam świata i marnowali talenty, których jest wiele. Zaczyna się to zresztą już w podstawówkach, w których wdrożono edukację włączającą. W efekcie dzieci, które powinny trafić do szkół specjalnych, męczą się placówkach edukacji powszechnej, a państwo płaci ogromne pieniądze na zatrudnianie nauczycieli wspomagających. Jednocześnie zdolniejsze dzieci nie mogą w pełni rozwinąć swoich możliwości, ponieważ te najsłabsze nie były w stanie temu sprostać. Przepychane z klasy do klasy słabeusze trafiają często do liceów, gdzie kontynuują swoje i nauczycieli męczarnie. W efekcie kończą edukację w szkołach średnich bez żadnych praktycznych zdolności i aplikują do szkół wyższych. Matura, licencjat, a nawet magisterium czy doktorat tracą powoli jakąkolwiek wartość. Narastający niż demograficzny będzie pogłębiał ten problem. Nie ma uczniów, nie ma kasy, nie ma godzin dydaktycznych. Pozbycie się słabego ucznia czy studenta oznacza finansową stratę i zagrożenie istnienia szkoły czy uczelni.
Polska oświata jest kolejną usługą publiczną przezywającą głęboki kryzys. Próba jej radykalnej zmiany (inna sprawa, że pomysły idą niekiedy w całkowicie przeciwstawnych kierunkach, czego przykładem może być chociażby nieustająca kłótnia o kanon szkolnych lektur), naruszyłaby interesy i przyzwyczajenia tysięcy ludzi – czyli elektoratu. A ponieważ ludzie zmian nie lubią i godzą się na nie tylko w warunkach ostatecznej katastrofy, to szanse na jakąkolwiek poważną reformę, niezależnie od tego, kto będzie w naszym kraju sprawował władzę po kolejnych wyborach, są znikome. Dlatego zapewne wolimy się emocjonować aferami, o których po wakacjach mało kto będzie pamiętał, a nie poszukiwać rozwiązań najbardziej istotnych problemów naszego życia publicznego, które zajmują nas tylko chwilowo np. w przypadku pszczyńskich lodów. Zawsze będzie można zrzucić odpowiedzialność na polityków, którzy nie „dowożą”. Ale przecież to my ich wybieramy. I to ciągle tych samych.
Karol Winiarski
