Na Wschodzie bez zmian
Od kilku miesięcy media donoszą o sukcesach wojsk ukraińskich i pogarszającej się sytuacji zarówno militarnej, jak i gospodarczej, państwa rosyjskiego. Na tej podstawie snute są bardzo optymistyczne przewidywania co do dalszego przebiegu wojny. Nikt co prawda nie przewiduje wyparcia wojsk rosyjskich z okupowanych terenów, ale wymuszenie na Kremlu podjęcia rzeczywistych negocjacji pokojowych i wycofania się z niemożliwych do przyjęcia przez stronę ukraińską warunków, stało się zdaniem wielu polityków i komentatorów bardziej prawdopodobne. Ten nagły optymizm wpłynął też na politykę Kijowa i ożywienie ukraińskiego życia politycznego w przewidywaniu przeprowadzenia wyborów do różnych organów władzy zawieszonych na czas działań wojennych. W rzeczywistości jednak sytuacja na froncie jest bardziej zróżnicowana, a Rosja daleka od konieczności szukania zakończenia, czy nawet czasowego przerwania, konfliktu.
Próba zamrożenia Ukraińców poprzez zniszczenie systemu energetycznego i ciepłowniczego w trakcie ostatniej zimy poprzez zmasowane rosyjskie naloty, zakończyła się fiaskiem. Mimo bardzo ciężkiej zimy, Ukraińcy nie wyszli na ulicę domagając się jak najszybszego zakończenia wojny. Ale też podobna strategia drugiej strony zmierzająca do zniszczenia rosyjskich rafinerii, nie przyniosła na razie pożądanego efektu. Mimo poważnych trudności i konieczności zakupu produktów ropopochodnych od innych państw, Rosjanie zachowują spokój, a Putin nie zamierza zakończyć wojny. Chociaż zaufanie do niego w ostatnich tygodniach nieznacznie spadło, to nadal ufa mu ponad 70% rosyjskiego społeczeństwa. Nie widać więc na horyzoncie potencjału do wybuchu społecznego niezadowolenia, ani też ewentualnych potencjalnych następców rosyjskiego autokraty.
Spektakularne efekty przynoszą ukraińskie uderzenia na Krym. Nie tylko zniweczyło to plany wakacyjne wielu Rosjan, ale też na zmusiło tysiące mieszkańców półwyspu do czasowej ewakuacji w inne rejony Rosji. To oczywiście ogromna prestiżowa porażka Kremla – przecież od aneksji półwyspu w 2014 roku rozpoczęła się trwająca do dziś rosyjsko-ukraińska wojna. Ale też tym bardziej nie jest możliwa rezygnacja Rosji z tego niesłychanie ważnego dla historii Rosji od 250 lat terytorium. Rosjanie to nie ludzie cywilizowanego i nawykłego do wygód Zachodu. Są w stanie wytrzymać znacznie więcej niż Polacy, Niemcy czy Francuzi. A Putin nie odda Krymu nawet gdyby Ukraińcy zamienili go w jałową pustynię. I będzie miał w tym pełne poparcie swoich rodaków.
Ukraińska kontrofensywa w pierwszych miesiącach tego roku osiągnęła spore sukcesy. Miesiąc temu Ołeksandr Syrski, były już głównodowodzący wojsk ukraińskich, chwalił się odzyskaniem ponad 600 km² zajętego przez Rosjan terenu. Chociaż niezależni analitycy kwestionują te wyliczenia wskazując, że znaczna część tych obszarów znalazła się po prostu w strefie niczyjej, to faktem jest, że inicjatywę przejęli Ukraińcy. Tyle, że dotyczy to wyłącznie południowego odcinka frontu, a odbite tereny stanowią jedynie część obszaru zajętego przez Rosjan w trakcie ubiegłorocznej ofensywy. Na dodatek, co bardzo istotne, są to ziemie należące do obwodu dniepropietrowskiego, a ten nigdy formalnie nie był przedmiotem aneksjonistycznych żądań Kremla. Jesienno-zimowa ofensywa wojsk rosyjskich na tym terenie miała raczej ułatwić zajęcie północnej części obwodu zaporowskiego i ewentualnie uzyskać tereny, które mogłyby podlegać wymianie na inne obszary, których Rosji nie udało się do tej pory zdobyć. Sukcesów ukraińskich nie można więc całkowicie deprecjonować, ale nie dotyczą one kluczowych odcinków frontu. Podobnie jak odzyskanie w końcu ubiegłego roku kontroli nad Kupiańskiem położonym w obwodzie charkowskim, a więc również nie wchodzącym w skład ziem ukraińskich będących przedmiotem rosyjskich żądań terytorialnych.
Niestety, zupełnie inna sytuacja panuje w obwodzie donieckim, w którym Rosjanom pozostała do opanowania zachodnia i północno-zachodnia część tego obszaru z kluczowymi i położonymi blisko siebie dwoma miastami – Słowiańskiem i Kramatorskiem. Rosyjska ofensywa, prowadzona zresztą z kilku kierunków, odnosi ograniczone sukcesy. Chociaż tempo posuwania się ich wojsk wydaje się ślamazarne (średnio 90 m dziennie) i jest okupione ogromnymi stratami ludzkimi, to do obydwu miast pozostało już jedynie kilkanaście kilometrów. A to oznacza, że jeżeli Ukraińcom nie uda się powstrzymać marszu wojsk rosyjskich, to najpóźniej pod koniec roku zaczną się już bezpośrednie walki o te miasta, przypominające ubiegłoroczne długotrwałe zmagania o Pokrowsk i tegoroczne o Konstantyniwkę, która prawie w pełni znajduje się już pod kontrolą armii Putina.
Fundamentalnym celem Putina w stosunku do Ukrainy jest pełne podporządkowanie polityczne tego kraju. Jest to zgodne z tradycyjnym poglądem panującym na Kremlu i wśród większości rosyjskiej klasy politycznej, że bez Ukrainy Rosja nie będzie imperium. To oczywiście mocno anachroniczny pogląd kompletnie abstrahujący od współczesnych realiów, w których o sile państwa decyduje jego potęga gospodarcza i technologiczne zaawansowanie oraz coraz bardziej nacjonalistycznego nastawienia Ukraińców, co paradoksalnie nie było rzeczywistą przyczyną rosyjskiej agresji, ale stało się jej dość przewidywalnym efektem. Nie ma to jednak większego znaczenia, ponieważ nawet Rosjanie o bardziej cywilizowanym sposobie myślenia, obawiają się Ukrainy związanej sojuszniczymi więzami z Zachodem. Niezależnie od powodów, większość z nich nie się pogodzić z w pełni suwerenną Ukrainą i to przynosi Putinowi wciąż bardzo duże społeczne poparcie.
Osiągniecie tego zasadniczego celu wydaje się obecnie mało realne. Dlatego też Putin może zadowolić się realizacją programu minimum. A ten polega na całkowitym opanowaniu Donbasu i zdobyciu lądowego dostępu do Krymu. Ten drugi cel został osiągnięty w pierwszych tygodniach wojny przy początkowo biernej postawie wojsk ukraińskich, które nie zdołały zablokować rosyjskiego ataku z Krymu. Dopiero po kilkunastu dniach wojska rosyjskie zostały zatrzymane już na prawym brzegu Dniepru (pod Mikołajowem), a następnie stopniowo wyparte za rzekę. Tym samym Ukraińcy zapobiegli całkowitemu odcięciu Ukrainy od Morza Czarnego, ale nie byli w stanie odzyskać południowej części Zaporoża. O wiele trudniejsze niż przewidywano na Kremlu okazało się opanowanie całego Donbasu. I właśnie przejęcie całkowitej kontroli nad pozostałą częścią obwodu donieckiego z Kramatorskiem i Słowiańskiem jest teraz najważniejszym celem rosyjskiej armii. Jeżeli to się uda, to Władymir Putin będzie gotowy do zawarcia rozejmu i rozpoczęcia rozmów pokojowych.
Ostateczne zakończenie wojny jest jednak mało prawdopodobne, ponieważ żadna ze stron nie będzie nim zainteresowana. Rosjanie nie zrezygnują z całkowitego podporządkowania Ukrainy licząc na wewnętrzny chaos po przerwaniu walk, natomiast Ukraińcy nie będą się chcieli pogodzić z utratą 1/5 swojego terytorium. Będzie to więc jedynie przerwa w działaniach wojennych, a dalszy rozwój sytuacji będzie zależał od tego kto będzie rządził w Moskwie i Kijowie. O ile w przypadku Rosji trudno jest przewidzieć ile jeszcze lat będzie rządził Władymir Putin, ponieważ nie wiemy kiedy przeniesie się na tamten świat, to większą niewiadomą jest kwestia rozwoju sytuacji politycznej w Ukrainie. Wynik wyborów prezydenckich, które odbędą się po przerwaniu działań wojennych pozostaje kwestią niewiadomą, a jeszcze większą zagadką jest rola wojskowych w powojennej Ukrainie. Trudno jednak oczekiwać, że po tak długotrwałej i brutalnej wojnie dojdą do władzy siły bardziej ugodowe w stosunku do Rosji. Tak się zapewne stanie, ale dopiero po wielu latach, na co wskazują przykłady Gruzji i Armenii. Większość Gruzinów już kilkanaście lat temu uznała, że siłowa próba odzyskania Osetii Płd. i Abchazji to szaleństwo i dlatego wybierają Gruzińskie Marzenie. Podobnie Ormianie, po wielu latach nieustających konfliktów z Azerami, doszli do wniosku, że nie ma sensu wykrwawiać się w walce o Górski Karabach i masowo poparli Nicola Paszyniana, chociaż ten dopuścił do ostatecznej utraty tej historycznie armeńskiej krainy.
Niezależnie od dalszego rozwoju wydarzeń na scenie politycznej obydwu państw, Rosję i Ukrainę czekają po zakończeniu działań wojennych poważne wyzwania w polityce wewnętrznej. Demobilizacja części armii spowoduje, że na ulicach miast i wsi tych krajów pojawi się masa zdemobilizowanych i w dużym stopniu zdemoralizowanych weteranów. Będą oni mieli nie tylko problem ze znalezieniem pracy (o podobnych wynagrodzeniach jak w armii mogą zapomnieć), ale nawet z przystosowaniem się do życia w cywilu. Szczególnie w Ukrainie zetkną się dekownikami, którym udało się uniknąć służby wojskowej i którzy po wojnie znajdą się w o wiele lepszej sytuacji zawodowej, a co za tym idzie materialnej. To będzie musiało powodować frustrację i wściekłość podobną do tej jaka była udziałem zdemobilizowanych po I wojnie św. żołnierzy – zwłaszcza w Niemczech i we Włoszech. I podobnie jak wówczas w tych krajach mogą się oni okazać poważnym problemem i czynnikiem destabilizującym państwo.
Wyzwaniem będzie również przestawienie produkcji wojennej na pokojową. Już obecnie poważne problemy gospodarcze Rosji pogłębią się w pierwszych miesiącach po zakończeniu wojny. Ale to nic w porównaniu z sytuacją w Ukrainie. Odbudowa gospodarki i infrastruktury zajmie lata, tym bardziej że obiecywana pomoc okaże się znacznie mniejsza niż potrzeby. Już w tej chwili widać, że słabnie wola wspierania walczącego z rosyjską agresją kraju, a po zakończeniu aktywnej fazy działań wojennych, będzie ona jeszcze mniejsza. Oczywiście, wiele firm chętnie brałoby udział w procesie odbudowy Ukrainy, ale ktoś musi im za to zapłacić. A zbyt wielu chętnych nie będzie. Kraje Zachodu będą miały dość własnych problemów gospodarczych i społecznych, żeby wspierać w znaczący sposób daleki kraj na wschodzie kontynentu. A gdy jeszcze we Francji, Wielkiej Brytanii czy w Niemczech dojdą do władzy siły prorosyjskie, o jakichkolwiek pieniądzach Kijów może zapomnieć.
Z pewnością zaś na żadne wsparcie Ukraina nie może liczyć ze strony Polski. Niezależnie kto będzie rządził po przyszłorocznych wyborach, nie będzie skłonny wspomagać naszego wschodniego sąsiada zarówno z powodów finansowych, jak i politycznych. Katastrofa finansów publicznych zbliża się wielkimi krokami i nie widać nikogo, kto miałby odwagę i determinację zmierzyć się z tym problemem. Odsuwanie w czasie koniecznych działań jedynie powiększy problem w przyszłości i sprawi, że sanacja budżetu będzie trudniejsza, dłuższa, a przede wszystkim bardziej bolesna dla społeczeństwa. W tej sytuacji wspomaganie Ukrainy będzie ostatnią rzeczą, o której pomyśli polski rząd. Do tego dojdzie narastający konflikt polityczny, który na razie dotyczy głównie kwestii historycznych, ale już wkrótce skupi się na sprawach bieżących. Mamy bowiem do czynienia z daleko idącą sprzecznością interesów gospodarczych związanych z dostępem Ukrainy do unijnego rynku, co dla polskich rolników i przedsiębiorców oznaczałoby poważną konkurencję. Eskalacja polsko-ukraińskiego konfliktu jest więc nieunikniona. Pytanie jedynie, do jakiego stopnia. A to już w dużym stopniu zależy od tego kto będzie rządził w Kijowie i Warszawie.
Karol Winiarski
