Manewry prezesa
Wakacje, nazywane często sezonem ogórkowym, dość powszechnie są uważane za martwy okres w polityce, w którym nic ciekawego się nie dzieje. Nigdy do końca nie było to prawdą, a ostatnie lata tym bardziej podważyły prawdziwość tego poglądu. Przecież w roku ubiegłym pod koniec lipca została dokonana rekonstrukcja rządu. Teraz, po krótkotrwałej burzy wywołanej oświadczeniem majątkowym Dawida Kacprzyka, dochodzi do poważnego przetasowania na polskiej sceny politycznej, co może mieć o wiele poważniejsze konsekwencje niż afera w Szpitalu Południowym Nawet sierpień, w którym posłowie wyjeżdżają na „zasłużony” wypoczynek korzystając z sejmowych wakacji, nie musi oznaczać politycznego wytchnienia. Jakież bowiem znaczenie ma polski parlament, który w coraz większym stopniu przypomina dość kosztowną atrapę. Podobnie jak większość tzw. organów przedstawicielskich na różnych poziomach władzy publicznej.
Zainteresowanie stanem polskiego systemu opieki zdrowotnej trwało zaledwie kilka tygodni. Zmiany w warszawskim magistracie, a także przyjęta w trybie ekspresowym ustawa umożliwiająca Narodowemu Funduszowi Zdrowia rozpoznanie rzeczywistych zarobków lekarzy oraz dość ogólne założenia kolejnych regulacji prawnych zapowiedziane przez Minister Zdrowia, w praktyce zakończyły dyskusję o reformie tej sfery działalności państwa. W ten sposób sytuacja wróciła do sytuacji sprzed wybuchu afery w Szpitalu Południowym, zgodnie zresztą z nadziejami Donalda Tuska, który chciałby utrzymać taki stan rzeczy do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych licząc, że opieka zdrowotna nie stanie się głównym tematem kampanii wyborczej. Dziura w budżecie NFZ (w tym roku co najmniej 14 mld zł) może jednak zniweczyć plany premiera, a brak jakichkolwiek planów radykalnej reformy systemu może mieć wpływ na ostateczny wynik wyborów. Po raz pierwszy w historii.
Afera w Szpitalu Południowym pogłębiła spadki notowań Koalicji Obywatelskiej. Pogłębiła, ponieważ trend spadkowy (po majowej stagnacji) – widoczny był już w czerwcu, a więc jeszcze przed ujawnieniem pełnej skali patologii, które tam miały miejsce. Średnia sondaży w lipcu wskazuje na stratę ponad 4 punktów procentowych przez ugrupowanie Donalda Tuska, chociaż w dalszym ciągu Koalicja Obywatelska jest zdecydowanym liderem wszelkich badań opinii publicznej, co zresztą w dużym stopniu wynika z fatalnych notowań Prawa i Sprawiedliwości. Dotychczasowe doświadczenia wskazują jednak, że takie poaferalne spadki trwają dwa, góra trzy miesiące, po czym notowania partii zamieszanych w całą sprawę stopniowo wracają do dawnych poziomów. Tak, wbrew zresztą powszechnemu mniemaniu, było w przypadku tzw. afery podsłuchowej w 2014 roku. Również afera wizowa, która została ujawniona na trzy miesiące przed wyborami w 2023 roku i doprowadziła do znaczącego poparcia spadku dla Prawa i Sprawiedliwości, w przeddzień wyborów powoli traciła już na znaczeniu. Podobnie będzie zapewne i tym razem, oczywiście o ile nie wypłyną nowe informacje albo nie dojdzie do gwałtownego załamania systemu opieki zdrowotnej. Paradoksalnie, to ostanie może nastąpić właśnie w wyniku reform, które zamierza przeforsować obecny rząd.
Problemem Donalda Tuska jest jednak nie tylko (być może chwilowy) spadek notowań, ale trwała słabość obecnych koalicjantów. Jedynie Nowa Lewica w zdecydowanej większości badań opinii publicznej bezpiecznie przekracza próg wyborczy (5%), ale obecna średnia sondażowa (7,5%) nie daje nadziei na poważniejszą liczbę mandatów. W przypadku Polskiego Stronnictwa Ludowego, tylko nieliczne sondaże pokazują na możliwość przekroczenia progu wyborczego przez tą partię. Oczywiście ludowcy mogą, podobnie jak w poprzednich latach, znaleźć koalicjanta, który pozwoli im znacząco poprawić notowania, ale jak na razie nie widać na horyzoncie żadnego ugrupowania, które mogłoby odegrać rolę Kukiza`15 z 2019 roku czy Polski 2050 z ostatnich wyborów. Nie spełni tej roli również nowa formacja pod nazwą Unia Centrum, która powstała z połączenia, a w zasadzie przyłączenia się, Stowarzyszenia Centrum powstałego po rozłamie Polski 2050 do Unii Europejskich Demokratów, która korzeniami sięga do Unii Demokratycznej (z formalnego punktu widzenia to kolejne wcielenie Unii Wolności), ale nie jest nawet uwzględniana w sondażach. Podobnie żadnych szans na wejście do następnego parlamentu nie ma partia Szymona Hołowni, od której zresztą ostatnio zaczyna się on dystansować. Rozpaczliwe próby zaistnienia w przestrzeni publicznej Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz nie tylko nie przynoszą pożądanych efektów, ale coraz bardziej irytują koalicjantów, a nawet do tej pory lojalnych wobec niej współpracowników, którzy widzą bezsens tej taktyki zdobywania poparcia.
Brak wystarczającej liczby silnych koalicjantów jest z pewnością poważnym problemem dla Donalda Tuska. Jednak jeszcze większym kłopotem byłoby pojawienie się nowej formacji politycznej o liberalno-demokratycznej orientacji, która mogłaby odebrać znaczącą część dotychczasowych zwolenników Koalicji Obywatelskiej. Jej polityczna siła jest bowiem dość pozorna i opiera się bardziej na obawach przed dojściem do władzy skrajnej prawicy, niż na rzeczywistym przywiązania do ugrupowania Donalda Tuska, którego rządy coraz bardziej rozczarowują dotychczasowych wyborców. Dlatego wielu z nich, a zwłaszcza tych, którzy zastanawiają się nad sensem udziału w kolejnych wyborach, z nadzieją powitałoby nowe ugrupowanie, które w przeciwieństwie do Koalicji Obywatelskiej nie próbowałoby się nieudolnie przymilać do prawicowego elektoratu i w praktyce realizować program Prawa i Sprawiedliwości sprzed kilku lat. Warunkami sukcesu nowego politycznego projektu jest brak w jego składzie dotychczasowych działaczy innych ugrupowań i przede wszystkim charyzmatyczny lider. Dlatego żadnych szans nie ma ani Unia Centrum, ani coraz bardziej dziwaczne próby zorganizowania czegokolwiek przez Ryszarda Petru. Co ciekawe, wszystkie mniejsze ugrupowania koalicyjne (PSL, Polska 2050, Unia Centrum, „konfederacja-light” Ryszarda Petru) chcą przede wszystkim reprezentować polskich przedsiębiorców i ograniczać ich obciążenia podatkowo-składkowe. Pomijając już fakt, że aktywnych przedstawicieli tej grupy zawodowej jest poniżej trzech milionów (a więc około 10% wszystkich wyborców w porównaniu na przykład z ponad trzykrotnie większą liczbą emerytów i rencistów), a ich interesy nie zawsze są tożsame, to pomysły dalszego ograniczania dochodów budżetu państwa, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych czy Narodowego Funduszu Zdrowia, w sytuacji lawinowo narastającego zadłużenia państwa, są skrajną nieodpowiedzialnością, żeby nie powiedzieć niebezpieczną dla państwa głupotą.
Znacznie ważniejsze wydarzenia, oczywiście z czysto politycznego punktu widzenia, zachodzą po prawej stronie sceny politycznej. Jeszcze niedawno wydawało się, że zawieszenie broni między „harcerzami” a „maślarzami” przetrwa co najmniej do jesieni, a tymczasem zupełnie niespodziewanie Jarosław Kaczyński postanowił postawić Mateuszowi Morawieckiemu ultimatum. Było to tym większe zaskoczenie, że dzień przed decyzją o nakazie dla członków Prawa i Sprawiedliwości zaprzestania działalności w stowarzyszeniach, prezes ostro skrytykował Przemysława Czarnka za pomysł zaprzestania wspierania militarnego Ukrainy, co z pewnością z radością zostałoby powitane na Kremlu. Ta ostra reakcja Jarosława Kaczyńskiego, jak wieść gminna niesie, była spowodowana interwencją amerykańskiego ambasadora (a może raczej należałoby powiedzieć namiestnika) w Polsce. Trudno się temu dziwić, ponieważ znaczna część pomocy militarnej płynącej do Ukrainy to amerykańska broń kupowana z europejskie pieniądze, a więc jej wstrzymanie uderzałoby w interesy wielkich koncernów zbrojeniowych. Jak widać Przemysław Czarnek najpierw mówi, a potem dopiero myśli.
Forsując na posiedzeniu Rady Politycznej PiS zakaz działalności członków partii w stowarzyszeniach, Jarosław Kaczyński musiał zdawać sobie sprawę, że stawia Mateusza Morawieckiego pod ścianą. Były premier, jeżeli chce zachować wiarygodność wobec swoich zwolenników, nie może wypełnić polecenia gremia kierowniczego swojej partii. A to może oznaczać, że wraz z innymi „buntownikami” zostanie wydalony z szeregów Prawa i Sprawiedliwości. Tym samym po prawej stronie sceny politycznej pojawiłoby się czwarte ugrupowanie, które może walczyć o poselskie mandaty z niewielką zresztą szansą ich uzyskania. Jeżeli przyjmiemy, że za decyzją Jarosława Kaczyńskiego stoi racjonalna analiza sytuacji, a nie emocjonalny impuls, to prawdopodobnie dysponuje on badaniami opinii publicznej, które pokazują na niewielkie poparcie dla potencjalnego ugrupowania byłego premiera. To z kolei oznaczałoby, że straty dla Prawa i Sprawiedliwości nie były zbyt duże i tym samym groźba mijanki z Konfederacją Mentzena i Bosaka nie stanowiłaby realnego zagrożenia. Na dodatek w dniu wyborów przynajmniej część potencjalnych wyborców partii Morawieckiego zrezygnowałaby z głosowania na jego ugrupowanie nie chcąc marnować głosu. Być może nawet marne notowania skłoniłyby część skruszonych „buntowników” do skorzystania z prawa łaski prezesa i ponownego przyjęta do partii-matki. Tym samym Jarosław Kaczyński odzyskałby kontrolę nad swoim ugrupowaniem, co wzmocniłoby jego pozycję negocjacyjną po przyszłorocznych wyborach. Co więcej, pozbycie się Mateusza Morawieckiego, który na konfederatów różnych odmian działa jak czerwona płachta na byka, bardzo ułatwiłoby przyszłe rozmowy koalicyjne.
To oczywiście optymistyczny scenariusz z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego. Życie pokazuje jednak, że nie zawsze najbardziej pożądane przewidywania stają się rzeczywistością. Mateusz Morawiecki może jednak zyskać większe poparcie niż obecnie wskazują – rzeczywiście mało dla niego korzystne – sondaże. Wśród jego zwolenników jest sporo dość znanych polityków, którzy mogą się stać mocnymi lokomotywami list wyborczych. Reprezentują oni również dość umiarkowane poglądy, bliższe europejskiemu konserwatyzmowi niż coraz bardziej narodowo-katolicka orientacja, która zdaje się dominować w głównym nurcie Prawa i Sprawiedliwości. To zaś może im zapewnić poparcie części konserwatywnych think tanków (np. Klubu Jagiellońskiego) i mniej wzmożonych prawicowych dziennikarzy. Nie można też wykluczyć pojedynczych transferów z innych ugrupowań (np. z Polski 2050), a przede wszystkim poparcia wyborców niezdecydowanych i rozczarowanych kierunkiem ewolucji politycznej Jarosława Kaczyńskiego. W końcu, chociaż wydaje się to obecnie bardzo mało prawdopodobne, nie może dojść do zawarcia koalicji z Polskim Stronnictwem Ludowym. Działacze tej partii często pozytywnie wypowiadają się o byłym premierze i niekoniecznie muszą to być jedynie taktyczne zagrania zmierzające do pogłębienia kryzysu na polskiej prawicy. W końcu PSL to też prawica, a wypowiedzi Kosiniaka-Kamysza w sprawach historii stosunków polsko-ukraińskich coraz mniej się różnią od tych, które słychać w Prawie i Sprawiedliwości czy Konfederacji.
Jest jednak jeszcze inny scenariusz rozwoju wydarzeń. Jarosław Kaczyński może szukać jakiejś kompromisowej formuły, która zapobiegnie opuszczeniu Prawa i Sprawiedliwości przez Mateusza Morawieckiego i lojalnych wobec niego polityków. To byłoby tym bardziej prawdopodobne, jeżeli grupa zagrożona wykluczeniem z partii byłaby na tyle duża, że jej odejście znacząco osłabiłoby partię i klub parlamentarny. Oczywiście byłoby to wyłącznie chwilowe zawieszenie broni, ale pozwoliłoby prezesowi dalej utrzymać równowagę między wewnątrzpartyjnymi frakcjami, co przecież lider Prawa i Sprawiedliwości tak bardzo lubi. Rozczarowanie „maślarzy” nie za bardzo by go zmartwiło, ponieważ i tak nie mieliby dokąd odejść, a dopóki Jarosław Kaczyński jest szefem partii, zawsze będą posłuszni prezesowi. To oczywiście byłoby jedynie odwleczenie w czasie nieuchronnego rozstania, które kiedyś nastąpi. Ale ten moment chce wyznaczyć sam Jarosław Kaczyński. Nawet jeżeli Prawo i Sprawiedliwość będzie wówczas tylko jedną z kilku w miarę równorzędnych sił po prawej stronie sceny politycznej, co zresztą wzmocniłoby rolę Karola Nawrockiego. Ale odejście Mateusza Morawieckiego tylko przyśpieszyłoby ten proces, a Jarosław Kaczyński otoczony grupą radykalnych (i na dodatek najczęściej miernych polityków) pozbawiony zostałby możliwości poważniejszego politycznego manewru. A tego z pewnością by nie chciał.
Karol Winiarski
