Gambit prezesa
Gambit to znane z gry w szachy posunięcie, które oznacza poświęcenie pionka lub nawet figury, aby uzyskać lepszą pozycję do ataku i tym samym zwiększyć szanse na zwycięstwo w całej rozgrywce. Próbę takiego zagrania podjął właśnie prezes Jarosław Kaczyński desygnując Przemysława Czarnka na przyszłego premiera prawicowego rządu tworzonego przez Prawo i Sprawiedliwość. Jak na wodzowską partię przystało decyzję podjął jednoosobowo, a dopiero po konwencji wyborczej została ona formalnie zatwierdzona przez Komitet Polityczny. Zaskakujące posunięcie Jarosława Kaczyńskiego w praktyce może jednak oznaczać zwiększenie szans Donalda Tuska na utrzymanie władzy po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.
Przemysław Czarnek był wymieniany w gronie faworytów do fotela premiera. Wydawał się jednak postacią zbyt radykalną w swoich poglądach i, chociażby ze względu na działania podejmowane w trakcie sprawowania funkcji Ministra Edukacji Narodowej, za zbyt kontrowersyjną, aby skutecznie zawalczyć o bardziej umiarkowany elektorat, który zgodnie z tradycyjnymi poglądami decyduje o wyborczym zwycięstwie. To właśnie dzięki strategii łagodzenia propagandowego przekazu, Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory w 2015 roku i na osiem lat przejęło władzę. Ale prawdą jest też, że w ostatnich latach niejednokrotnie wybory na świecie wygrywają kandydaci radykalni, którzy raczej mobilizują swoich zwolenników niż odwołują się do coraz bardziej mitycznego centrowego elektoratu. Tendencje te nie omijają i Polski, a najnowszym tego potwierdzeniem był wybór Karola Nawrockiego na Prezydenta Polski i duża popularność jaką dalej się cieszy, mimo skrajnie prawicowych poglądów, które reprezentuje i dalekich od szukania narodowej zgody działań, które podejmuje.
W ostatnich latach zakwestionowane zostało podstawowe założenie politycznej strategii Jarosława Kaczyńskiego – na prawo od Prawa i Sprawiedliwości nie może istnieć żadna znacząca siła polityczna. To dlatego prezes wybaczył niegdyś Zbigniewowi Ziobrze „zdradę” jaką było utworzenie Solidarnej Polski, a nawet jego późniejsze działania rozbijające jedność Zjednoczonej Prawicy. Pozwalało mu to zagospodarować prawie cały prawicowy elektorat i dawało możliwość łagodzenia propagandowego przekazu – brak konkurenta po prawej strony powodował, że skrajnie prawicowi wyborcy nie mając wyjścia i tak musieli głosować na Prawo i Sprawiedliwość. Ta strategia okazała się skuteczna, chociaż z czasem z jej realizacją były coraz większe problemy. Walcząc o wzmocnienie swojej pozycji w ramach Zjednoczonej Prawicy, Zbigniew Ziobro radykalizował swój przekaz, a to zmuszało Jarosława Kaczyńskiego do podążania tą samą drogą. Ogon zaczął machać psem. A prawdziwa katastrofa nastąpiła, gdy na prawicy pojawiła się realna konkurencja.
Powstanie Konfederacji mogło się okazać kolejną nieudaną próbą przekroczenia progu wyborczego przez skrajnie prawicowe formacje polityczne, które przez lata stanowiły swoisty polityczny folklor na polskiej scenie politycznej. Przywództwo Janusza Korwin-Mikkego „gwarantowało”, że tak się stanie. Gdy jednak Sławomir Mentzen dokonał politycznego ojcobójstwa, a Krzysztof Bosak zaakceptował radykalny liberalizm „Nowej Nadziei”, projekt okazał się nie tylko trwały, ale i rozwojowy. Co prawda, kolejne wybory parlamentarne przynosiły rozczarowujące wyniki (zwłaszcza te z 2023 roku), ale już kampania prezydencka w roku ubiegłym pozwoliła Konfederacji na trwale usadowić się na trzecim miejscu w sondażach z kilkunastoprocentowym poparciem. Bezpardonowy atak podjęty przez Jarosława Kaczyńskiego w połowie ubiegłego roku na Sławomira Mentzena (Krzysztof Bosak był raczej pomijany), nie przyniósł pełnego powodzenia. Chociaż notowania Konfederacji trochę się obniżyły, to jednak nie Prawo i Sprawiedliwość na tym skorzystało. Wręcz przeciwnie, całkiem realne jak się wówczas wydawało nadzieje, że partia Jarosława Kaczyńskiego może zdobyć samodzielną większość w przyszłym parlamencie, po kilku miesiącach okazały się chichotem historii. Zamiast walczyć o przekroczenie 40% poparcia, Prawo i Sprawiedliwość za wszelką cenę stara się obecnie uniknąć zejścia poniżej 20%. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. I nie jest to tylko Donald Tusk.
Wyrzucenie Grzegorza Brauna z Konfederacji miało uwolnić formację Mentzena i Bosaka od kompromitującego ich szaleńca latającego z gaśnicą i zrywającego unijne flagi. I rzeczywiście notowania Konfederacji poszły w górę. Jednak wbrew powszechnym oczekiwaniom Grzegorz Braun nie tylko nie znalazł się na politycznym śmietniku, ale jego Konfederacja Korony Polskiej zanotowała spektakularny sukces sondażowy zbliżając się do ugrupowania, z którego kilka miesięcy wcześniej został wyrzucony, gdy wbrew wcześniejszym ustaleniom postanowił kandydować w wyborach prezydenckich. Zsumowane wyniki obydwu Konfederacji coraz częściej przewyższają notowania Prawa i Sprawiedliwości. A co najgorsze z punktu widzenia polityków tej partii, ich koalicja z Grzegorzem Braunem jest niemożliwa. I to nie z powodu fundamentalnego sprzeciwu wobec poglądów głoszonych przez niego i jego współpracowników. Jarosław Kaczyński uznawał Andrzeja Leppera za politycznego szkodnika, z którym żadne układy nie są możliwe, a jednak w roku 2006 powołał go na stanowisko wicepremiera we własnym rządzie. Tym razem jednak sprawa jest poważniejsza, a problem leży poza Polską.
W trakcie swojego wystąpienia na konwencji w hali krakowskiego Sokoła, Przemysław Czarnek, używając kolejowej metafory, przedstawił siebie jako maszynistę, a Jarosława Kaczyńskiego jako kierownika pociągu. Tyle, że w całym systemie transportu szynowego kluczową rolę odgrywa dyżurny ruchu. A ten w przypadku pociągu Prawa i Sprawiedliwości znajduje się w Waszyngtonie i jest bardzo wyczulony na głosy płynące z Jerozolimy. Dla Donalda Trumpa, ale i dla każdego innego polityka amerykańskiego, osoba, która składa kondolencje ambasadorowi Iranu z powodu zabicia przez izraelskie rakiety religijnego przywódcy tego kraju, kwestionuje komory gazowe w Auschwitz i neguje odpowiedzialność polskich mieszkańców Jedwabnego za wymordowanie żydowskich sąsiadów, jest traktowana jak trędowaty. A przecież Prawo i Sprawiedliwość to ugrupowanie bezrefleksyjnie i bezkrytycznie popierające politykę amerykańską. Dlatego Jarosław Kaczyński znalazł się w politycznej pułapce. Sondaże wskazują, że bez Grzegorza Brauna utworzenie większościowej koalicji po przyszłorocznych wyborach będzie niemożliwe. Nawet gdyby Jarosław Kaczyński postanowił sprzeciwić się Amerykanom, Karol Nawrocki nie powoła rządu, który popsułby jego stosunki z „przyjacielem” z Białego Domu. Dlatego prezes uznał, że trzeba Konfederację Korony Polskiej zepchnąć pod wyborczy próg, a najlepiej całkowicie zmarginalizować. I taki jest zasadniczy cel wyboru Przemysława Czarnka, człowieka uwielbianego przez skrajnie prawicowy elektorat, jako kandydata na przyszłego premiera.
Gambit prezesa obarczony jest jednak sporym ryzykiem. Przemysław Czarnek reprezentuje frakcję „maślarzy”, a to oznacza zepchnięcie na boczny tor „harcerzy” Mateusza Morawieckiego. Chociaż do tej pory stosunki między obydwoma politykami były zadziwiająco poprawne, to jednak reprezentują oni zupełnie odmienne poglądy dotyczące kierunku, w którym ma zmierzać Prawo i Sprawiedliwość. A do tego dochodzą osobiste ambicje samego byłego premiera i polityczne interesy jego zwolenników. Zapewne Mateusz Morawiecki nie będzie w najbliższych tygodniach otwarcie atakował nominata Jarosława Kaczyńskiego, ale to nie znaczy, że zrezygnuje z prób powrotu do gry o fotel premiera. Jeśli notowania Prawa i Sprawiedliwości nie wzrosną, a Konfederacji Korony Polskiej nie spadną, to „harcerze” otwarcie wystąpią przeciw nominatowi Kaczyńskiego.
Przemysław Czarnek jest kandydatem do zaakceptowania i przez Konfederację, i przez Karola Nawrockiego. Zwłaszcza ta druga okoliczność ma dla prezesa duże znaczenie, ponieważ to Prezydent wskaże przyszłego premiera po wyborach parlamentarnych. W ostatnich miesiącach pozycja Karola Nawrockiego względem Jarosława Kaczyńskiego niesłychanie się wzmocniła. Dlatego prezes Prawa i Sprawiedliwości postanowił postawić swojego wybrańca pod ścianą i zaszantażował go stanowiskiem partii wobec programu SAFE. Histeryczny atak przypuszczony przez Prawo i Sprawiedliwość wspierany przez Konfederację postawił Karola Nawrockiego w sytuacji jak się wydawało bez wyjścia. Podpisując ustawę okazałby się zdrajcą i straciłby szansę na zdobycie pozycji przywódcy prawicy. Wetując, podporządkowałby się oficjalnej linii partii i tym samym potwierdził przywództwo Jarosława Kaczyńskiego. Niespodziewanie jednak Karol Nawrocki znalazł wyjście w sytuacji. Pomijając ekonomiczny sens samego pomysłu, projekt SAFE 0% pozwolił mu wydostać się z politycznej pułapki zastawionej przez prezesa na Prezydenta i przejść do politycznej ofensywy. Teraz został jednak po raz kolejny sprowadzony do roli wykonawcy poleceń Jarosława Kaczyńskiego. Bo przecież nie może otwarcie zakwestionować kandydatury Przemysława Czarnka. I nie chodzi o to, że jest tej kandydaturze przeciwny. Wręcz przeciwnie, obaj reprezentują skrajnie prawicowe poglądy. Kluczowe jest jednak to, że to nie on desygnował go na premiera.
Ostry atak Przemysława Czarnka na Władysława Kosiniaka-Kamysza i jego ugrupowanie oznacza, że kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości straciło nadzieję na oderwanie ludowców od jego obecnych koalicjantów i dąży, podobnie jak w przypadku Konfederacji Korony Polskiej, do zepchnięcia Polskiego Stronnictwa Ludowego pod próg wyborczy, co pozbawiłoby Donalda Tuska głosów lojalnego koalicjanta. Może się jednak okazać, że część bardziej umiarkowanego elektoratu prawicy uzna, że radykalizm Przemysława Czarnka jest dla nich nie do przyjęcia i paradoksalnie pozwoli to ludowcom poprawić notowania. Być może zresztą celem ataku na Polskie Stronnictwo Ludowe jest zmuszenie działaczy tej partii do wzmocnienia jej konserwatywnego przekazu i tym samym zwiększenie wewnątrzkoalicyjnych napięć z Nową Lewicą. Obie partie (a zwłaszcza działacze i ich rodziny) miałyby jednak zbyt dużo do stracenia, żeby zrywać koalicję czy też odmawiać jej kontynuacji w przyszłości.
Radykalizm Przemysława Czarnka może też zwiększyć szanse Donalda Tuska na utrzymanie się u władzy. Mimo postępującej polaryzacji wciąż istnieje kurczący się elektorat centrowy, który może uznać, że skrajna prawica to jednak nie jego bajka i pozostać w dniu wyborów w domu. Z pewnością też skłoni przynajmniej część zdegustowanego elektoratu Koalicji Obywatelskiej do zagłosowania na partię, która rozczarowała swoimi rządami, ale jednak nie bredzi o nadzwyczajnych zaletach polskiego węgla i nie widzi na każdym kroku niemieckiego zagrożenia. Z tego punktu widzenia wybór Przemysława Czarnka to dobra wiadomość dla Donalda Tuska. O ile oczywiście Jarosław Kaczyński wytrwa przy swoim wyborze. W czerwcu przyszłego roku Przemysław Czarnek skończy pięćdziesiąt lat. A przecież zgodnie z zapowiedziami prezesa przyszły premier nie powinien tej granicy wieku przekroczyć. Jeżeli Czarnek nie spełni pokładanych w nim nadziei, będzie musiał pogodzić się ze zmianą decyzji partii-matki. Tak jak kiedyś premier z tabletu czyli Piotr Gliński.
Karol Winiarski
