Sądokracja
W minionym tygodniu premier Donald Tusk entuzjastycznie ogłosił, że zobowiązał swoich ministrów (Krzysztofa Gawkowskiego i Marcina Kierwińskiego) do niezwłocznego wydania rozporządzenia wdrażającego wyroki TSUE i polskich sądów administracyjnych nakazujących transkrypcję aktów jednopłciowych małżeństw zawieranych w innych krajach UE. Tyle, że stało się to pół roku po decyzji luksemburskiego sądu i dwa miesiące po wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego zobowiązujących władze Warszawy do wydania polskiego aktu stanu cywilnego dla dwóch mężczyzn, którzy w Berlinie zawarli akt małżeństwa. Przez cały ten okres politycy Koalicji Obywatelskiej unikali jednoznacznego określenia swojego stanowiska, a niektóre wypowiedzi Donalda Tuska można było odczytać jako kwestionowanie obowiązywalności wyroków TSUE w naszym kraju.
Powodem zmiany stanowiska premiera była narastająca krytyka ze strony Nowej Lewicy i środowisk LGBT, a zapewne i wyniki badań opinii publicznej (większość opowiada się za jakąś formą formalizacji związków jednopłciowych), które dla Donalda Tuska, jako klasycznego populisty, są najważniejszym motywatorem podejmowanych przez niego decyzji. W sytuacji, gdy wyniki przyszłorocznych wyborów parlamentarnych nie są przesądzone, a obecne sondaże wskazują na wyrównane szanse obydwu politycznych obozów (przy czym ten prawicowy jest coraz bardziej podzielony), zrażanie sobie każdej grupy wyborców może się okazać katastrofalne w skutkach. Na dodatek, kolejne wyroki sądów administracyjnych powielających stanowisko NSA już bez zwracania się z pytaniem prejudycjalnym do TSUE (marcowy wyrok NSA był konsekwencją odpowiedzi na pytanie prawne zadane sądowi unijnemu) i nakazujących bezwarunkowe dokonywanie transkrypcji aktów małżeńskich uświadomiło Donaldowi Tuskowi, że sprawy nie da się zamieść pod dywan.
Wykonanie wyroków sądów administracyjnych, a nawet wydanie rozporządzenia regulującego te sprawy, nie rozwiązuje jednak problemu formalizacji związków jednopłciowych i wynikających z tego konsekwencji prawnych. Ustawa „o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu”, która w końcu po jej „wypatroszeniu” z niemożliwych do zaakceptowania przez Polskie Stronnictwo Ludowego postanowień, zapewne zostanie uchwalona w polskim parlamencie, trafi najpewniej do kosza w wyniku weta Karola Nawrockiego. W efekcie pozostaniemy z polskimi przepisami, które nie przyznają związkom jednopłciowym żadnych praw i wyrokami sądowymi, które nakazują uznawać je za formalne małżeństwa. Czym bowiem są akta stanu cywilnego jak nie potwierdzeniem istniejącego stanu prawnego?
Samo wpisanie osób, które zawarły małżeństwo poza granicami Polski, do polskich aktów stanu cywilnego, poza satysfakcją nic bezpośrednio zainteresowanym nie daje. Trudno nawet mieć pewność, że wszystkie takie związki będą w Polsce transkrybowane. W uzasadnienie swojego orzeczenia TSUE powołał się na unijną zasadę swobody przepływu osób i konieczność respektowania nabytych przez nich w innych krajach UE praw. To oznacza, że małżeństwa zawarte poza granicami Unii Europejskiej nie muszą być transkrybowane, a i co do wielu związków formalizowanych w krajach unijnych nie jest to takie oczywiste. TSUE bowiem uznał, że orzeczenie dotyczy par z polskim obywatelstwem, które wzięły ślub i „stworzyły lub umocniły życie rodzinne” w innym kraju Unii Europejskiej. Interpretacja pojęcia „życie rodzinne” może być różna. Jeżeli potraktujemy to jako konieczność długotrwałego pożycia, to daje to podstawę do badania okoliczności i trwałości każdego związku, a tym samym wydawania negatywnych decyzji. Jeżeli jednak uznamy, że samo zawarcie związku jest wystarczającym warunkiem spełnienia tego wymogu, to otwiera to drogę do transkrypcji aktów małżeńskich uzyskanych dzięki ślubom zawartym nawet w trakcie jednodniowego wyjazdu z Polski bez możliwości wchodzenia w szczegóły relacji między partnerami. Jeden z niedawnych wyroków WSA dotyczy właśnie takiego przypadku (ślub został zawarty na Maderze).
O wiele poważniejszym problemem są praktyczne skutki transkrypcji. Skoro ktoś został uznany za małżonka, to powinien mieć z tego tytułu te same prawa co małżonkowie w związkach heteroseksualnych. Ale to oznaczałoby wprowadzenie do Polski tylnymi drzwiami (poprzez wyroki sądowe) nie tylko związków partnerskich, ale i małżeństw jednopłciowych. Narusza to nawet dość wątpliwą interpretację art. 18 naszej Konstytucji – „Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej” – przyjmowaną dość powszechnie przez osoby sprzyjające postulatom środowisk LGBT. Zgodnie bowiem z nią, zapis ten nie uniemożliwia zawierania małżeństw jednopłciowych, a jedynie nie gwarantuje im ochrony i opieki ze strony polskiego państwa. Tyle, że jeżeli korzystałyby one dokładnie z tych samych uprawnień, co związki heteroseksualne, to niczym nie różniłyby się od tradycyjnych małżeństw.
Informacje przekazywane przez rządzących co do praktycznych skutków transkrypcji aktów małżeńskich są niejasne i świadczą jedynie o ich kompletnym zagubieniu. Podlegające minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Agnieszce Dziemianowicz-Bąk władze ZUS-u, zadeklarowały objęcie par jednopłciowych obowiązującymi przepisami, co oznacza wypłacanie im wszelkich istniejących świadczeń – np. renty wdowiej, zasiłku opiekuńczego czy zasiłków rodzinnych. Takiej deklaracji nie złożył Andrzej Domański stojący na czele Ministerstwa Finansów w stosunku do wspólnego rozliczania małżonków, a przecież obie instytucje obowiązują te same przepisy. Na dodatek będą to decyzje urzędników wynikające wyłącznie z przyjętej przez nich interpretacji prawa. A co się stanie, jeżeli za półtora roku władzę obejmie inna ekipa rządowa?
Karol Winiarski
