Zamach
12 maja 1926 roku Józef Piłsudski na czele wiernych sobie oddziałów zajął warszawską Pragę i w dramatycznej rozmowie z Prezydentem Stanisławem Wojciechowskim na moście Poniatowskiego zażądał ustąpienia mającego większościowe poparcie w Sejmie tzw. drugiego rządu Chjeno-Piasta z Wincentym Witosem na czele. Odmowa legalnych władz Rzeczpospolitej ustąpienia przed militarną presją Marszałka doprowadziła do krótkotrwałej wojny domowej i śmierci prawie 400 osób – więcej niż we wszystkich wystąpień społecznych przeciw komunistycznej władzy w okresie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej począwszy od 1956 roku. Po trzech dniach walk ulicznych, w obawie przed rozszerzeniem się konfliktu na cały kraj oraz możliwością wykorzystania tej sytuacji przez Niemcy i ZSRR, zarówno Prezydent Wojciechowski, jak i premier Witos, ustąpili ze swoich urzędów. Wykazali większą odpowiedzialność za państwo niż człowiek, który uważał się za zbawcę narodu.
Po przejęciu władzy przez komunistów po II wojnie światowej, Józef Piłsudski był obiektem totalnej krytyki – podobnie zresztą jak i cały okres II Rzeczpospolitej. W późniejszym okresie raczej starano się o nim nie wspominać, a nieliczne publikacje historyczne przedstawiały go w negatywnym świetle. Radykalna i mocno szokująca zmiana nastąpiła po 1989 roku. W momencie, gdy Polska przywracała system demokratyczny, bohaterem narodowym stał się człowiek, który zdobył władzę siłą i ten system po zamachu majowym stopniowo demontował, wprowadzając łagodną wersję autorytaryzmu. Dlatego zapewne podkreślano niezaprzeczalne zasługi Marszałka w okresie odzyskiwania niepodległości, ale starano się przemilczać jego mniej chwalebne działania i wypowiedzi z lat późniejszych.
Obecne oceny zamachu majowego wśród historyków są zadziwiająco zróżnicowane. Jest szerokie grono miłośników Józefa Piłsudskiego, którzy w sposób bardziej lub mniej tendencyjny bronią całej polityki Marszałka, w tym także samego zamachu. Do bardziej absurdalnych argumentów należą te obciążające odpowiedzialności Wincentego Witosa, który nie chciał ustąpić, co zmusiło autorów zamachu do podjęcia walki zbrojnej, której chcieli uniknąć. Na dodatek lider ludowców, jako nowy premier, udzielił kilka dni wcześniej wywiadu, który był mocno prowokacyjny wobec Piłsudskiego. Tyle, że decyzja o zbrojnej akcji została już wówczas podjęta. Podobnie absurdalne są oskarżenia wobec endecji o planowanie zamachu stanu. To, że wśród bardziej radykalnych działaczy polskiej prawicy „marsz na Rzym” Mussoliniego wywołał entuzjazm jest prawdą, ale to nie znaczy, że istniały realne plany dokonania przewrotu. Zresztą po co endecja miałaby zdobywać władzę siłę, skoro od wielu lat współuczestniczyła w sprawowaniu władzy, a w maju 1926 roku utworzyła większościowy rząd, który miał szansę rządzić do kolejnych wyborów parlamentarnych. To Józef Piłsudski próbował naśladować włoskiego dyktatora, chociaż nigdy potem nie posunął się do takiej przebudowy systemu politycznego jak przywódca włoskich faszystów.
Pytanie o motywy działania Józefa Piłsudskiego siłą rzeczy muszą sięgać do psychologicznych aspektów osobowości Marszałka. Tak silne osobowości zwykle źle sobie radzą w systemach parlamentarno-gabinetowych, w których trzeba cierpliwie negocjować kolejne polityczne kompromisy, a zakres indywidualnej władzy zawsze jest mocno ograniczony. Autorytarne tendencje szczególnie silne są wśród wojskowych, ponieważ funkcjonowanie sił zbrojnych z reguły nie ma wiele wspólnego z demokracją. Jednym z powodów konfliktu z legalnymi władzami była zresztą kwestia cywilnej kontroli nad armią. Piłsudski stanowczo się temu przeciwstawiał, obawiając się upolitycznienia wojska. Nie były to obawy całkowicie bezpodstawne, ale całkowite wyłączenie armii spod kontroli rządu groziło powstaniem państwa w państwie, a najwyżsi dowódcy wojskowi zawsze mogli przejawić polityczne ambicje. Tak było przecież w przypadku samego Piłsudskiego, a jeszcze bardziej sztandarowym przykładem takiej postawy był Edward Rydz-Śmigły, który po śmierci Marszałka został jego następcą na stanowisku Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych i bardzo szybko włączył się do walki o władzę w Polsce. Gdyby nie wybuch II wojny światowej, najprawdopodobniej zostałby w 1940 roku Prezydentem Polski i w pełni wykorzystał autorytarne zapisy obowiązującej od 1935 roku Konstytucji Kwietniowej.
Biografowie Józefa Piłsudskiego zwracają uwagę na śmierć Gabriela Narutowicza jako przełomowy moment w życiu Marszałka. Pierwszy Prezydent niepodległej Rzeczpospolitej został zamordowany tydzień po swoim wyborze przez zwolennika endecji Eligiusza Niewiadomskiego. Trudno jednoznacznie przesądzić jaki wpływ na jego decyzję miała fala hejtu, która z inspiracji ugrupowań prawicowych wylała się na wybraną przez Zgromadzenie Narodowe głowę państwa. Niewiadomski planował wcześniej zamordowanie samego Piłsudskiego, a po jego odmowie kandydowania na urząd Prezydenta, postanowił zabić człowieka, którego uważał za człowieka Marszałka. To właśnie mord dokonany w warszawskiej Zachęcie miał ostatecznie zrazić przyszłego przywódcę zamachu majowego do demokracji parlamentarnej. Kilka miesięcy później Józef Piłsudski zrzekł się wszelkich pełnionych urzędów i zamieszkał w Sulejówku, w willi wybudowanej ze składek obywateli. Trudno jednak zakładać, że już wówczas planował zbrojne przejęcie władzy, chociaż myśl ta z pewnością narastała w jego głowie, a konflikty z kolejnymi ministrami spraw wojskowych – Władysławem Sikorskim i Stanisławem Szeptyckim oraz namowy ze strony legionowych oficerów, z pewnością wzmacniały jego przekonanie o konieczności przejścia od jałowej kontestacji i krytyki, do czynu.
Nie ma pewności, kiedy ostatecznie zapadła decyzja o zamachu. W listopadzie 1925 roku setki oficerów bez zgody swoich dowódców udało się do Sulejówka, oficjalnie aby złożyć Piłsudskiemu życzenia z okazji siódmej rocznicy powrotu z Magdeburga. W rzeczywistości liczyli, że Marszałek poprowadzi ich na Warszawę. Ale ukochany wódz się zawahał. Podziękował za poparcie, ale nie zdecydował się na działanie, co zresztą naraziło oficerów na odpowiedzialność dyscyplinarną za niesubordynację. Być może powodem niezdecydowania Marszałka były nadzieje, które wiązał z ustąpieniem dzień wcześniej rządu Władysława Grabskiego wskutek odmowy prezesa Banku Polskiego interwencji na rynku walutowym w celu obrony kursu złotówki i ogólnych trudności będących wynikiem wojny celnej rozpoczętej przez Niemcy po wygaśnięciu części gospodarczych postanowień traktatu wersalskiego. Rzeczywiście, kilka dni później powstał rząd Aleksandra Skrzyńskiego, do którego weszli przedstawiciele większości głównych polskich partii politycznych – od endecji do socjalistów. Jego członkami zostali również zdeklarowani piłsudczycy – ministrem spraw wojskowych został gen. Lucjan Żeligowski, a spraw wewnętrznych Władysław Raczkiewicz.
Dość szybko jednak okazało się, że nadzieje związane z nowym rządem okazały się w dużym stopniu płonne, a wycofanie się z niego socjalistów otwarło drogę do powstania drugiego rządu Chjeno-Piasta. Poprzednie rządy centroprawicowej koalicji (chociaż bez Narodowej Partii Robotniczej – lewicowego odłamu polskiej chadecji) zapisały się w historii jak najgorzej. Powstały w maju 1923 roku rząd nie był w stanie poradzić sobie z hiperinflacją, a starcia wojska z demonstrantami w Krakowie w listopadzie doprowadziły do śmierci 32 osób (w tym 14 żołnierzy). Pamięć o tych wydarzeniach była ciągle żywa i to właśnie starał się wykorzystać Józef Piłsudski, chociaż sytuacja gospodarcza była zupełnie inna niż trzy lata wcześniej i o prostej powtórce ówczesnych wydarzeń nie mogło być mowy. O wcześniejszych planach zamachu świadczy też rozkaz gen. Żeligowskiego koncentracji części wojsk pod Rembertowem – oficjalnie w celu przeprowadzenia manewrów. Co prawda, niektórzy historycy kwestionują wydanie takiego polecenia przez ustępującego ministra spraw wojskowych, ale nie są w stanie wyjaśnić w jaki sposób doszło do zebrania się oddziałów znanych z propiłsudczykowskich sympatii pod Warszawą.
Równie nieprzekonujące są twierdzenia, że to sytuacja międzynarodowa wymusiła na Józefie Piłsudskim tak gwałtowną reakcję, której celem było wzmocnienie państwa polskiego w obliczu czających się zagrożeń. Jest oczywiście prawdą, że większość sąsiadów II Rzeczpospolitej (poza Łotwą i Rumunią) była wobec niej wrogo nastawiona, a rzeczywiste niebezpieczeństwo groziło ze strony Niemiec i Związku Radzieckiego. Pozycja Niemiec dzięki skutecznej polityce Gustawa Stresemanna, najwybitniejszego polityka Republiki Weimarskiej, uległa znaczącemu wzmocnieniu po zawarciu kilka miesięcy wcześniej traktatów reńskich w Locarno, ale stutysięczna Reichswera pozbawiona broni pancernej i lotnictwa w żaden sposób nie mogła zagrozić znacznie silniejszej armii polskiej. Sowieci starali się destabilizować sytuację na Kresach Wschodnich, ale jest to akurat okres umacniania władzy w ZSRR przez Józefa Stalina, a upadek Lwa Trockiego zdezaktualizował, przynajmniej na pewien czas, przekonanie o konieczności eksportu rewolucji na Zachód. Armia Czerwona nie była też wówczas taką siłą jak kilkanaście lat później, a w Moskwie raczej się obawiano ataku Polski na Związek Radziecki, co oczywiście świadczy o paranoi sowieckiego kierownictwa, ale jednocześnie pokazuje, że planów ataku na Rzeczpospolitą w tym okresie na Kremlu nie było. Jeśli coś mogło zwiększyć zagrożenie ze strony naszych sąsiadów, to wojna domowa, a takie niebezpieczeństwo pojawiło się właśnie wskutek zamachu majowego.
Każdy, kto uważa demokrację parlamentarną za najlepszy z możliwych ustrojów, nie może jednocześnie wyrażać się pochwalnie o zamachu majowym. Siłowe przejęcie władzy nie mieści się w granicach tego systemu ustrojowego. Ci, którzy nie mitologizują wartości demokracji, mogą oczywiście inaczej oceniać działania podjęte przez Józefa Piłsudskiego. W ich przypadków pozytywna ocena zamachu powinna wynikać z jego następstw. Ale te, zwłaszcza gdy rozpatrujemy je w dłuższej perspektywie, są negatywne. O ile zaraz po zamachu majowym Marszałek starał się zalegalizować przewrót i nie wyciągać konsekwencji wobec politycznych przeciwników. Wyjątkiem była grupa kilku generałów, którzy znaleźli się w więzieniu, a jeden z nich, Włodzimierz Zagórski, zaginął w tajemniczych okolicznościach wkrótce po zwolnieniu. Józef Piłsudski dał się też wybrać na Prezydenta, po czym nie przyjął wyboru, co było zaskoczeniem nawet dla jego najbliższych współpracowników. Tym samym ośmieszył parlament, który przecież jeszcze miesiąc wcześniej zaakceptował rząd o zupełnie innej orientacji politycznej. Prezydentem RP został za to Ignacy Mościcki, który był marionetką w rękach Marszałka, a pewną samodzielność wykazał dopiero po jego śmierci.
Wydawało się również, że nowe władze będą starały się respektować demokrację parlamentarną po wyeliminowaniu tych postanowień Konstytucji Marcowej, które się nie sprawdziły. Służyć temu miała nowelizacja Konstytucji Marcowej (nowela sierpniowa) zwiększająca stabilność rządu i znacząco wzmacniająca pozycję Prezydenta, który otrzymał prawo wydawania dekretów w okresie między sesjami Sejmu i skracania kadencji parlamentu bez żadnej konkretnej przyczyny. Nie doszło jednak do rozwiązania istniejącego Sejmu i Senatu, ponieważ Józef Piłsudski zdawał sobie sprawę, że nie może nie wygrać wyborów, a parlament z odnowioną legitymizacją może być trudniejszy do kontrolowania niż ten, który właśnie został przez niego ośmieszony. Po prawie dwóch latach rządu odbyły się wybory, które co prawda ugrupowanie Piłsudskiego – Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem – wygrało (także dzięki wykorzystaniu pieniędzy z budżetu państwa), ale z poparciem niespełna ¼ wyborców. Co więcej, partie polityczne, wzmocnione dzięki wyborom odnowionym mandatem i coraz bardziej rozczarowane polityką Marszałka (socjaliści byli w szoku, gdy Piłsudski spotkał się z polską arystokracją w siedzibie Radziwiłłów w Nieświeżu), zaczęły ze sobą współdziałać zawiązując Centrolew. Gdy manipulowanie zapisami Konstytucji przez Stanisława Cara („carowanie”) przestało wystarczać, odpowiedzią Piłsudskiego było rozwiązanie parlamentu, aresztowanie przywódców sejmowej opozycji i ich brutalne traktowanie w twierdzy brzeskiej przez psychopatycznego komendanta Wacława Kostkę-Biernackiego. Zachowanie Józefa Piłsudskiego było typowe dla autorytarnego przywódcy, który zaczyna się obawiać utraty władzy i nie ma dla niego żadnego usprawiedliwienia, chociaż wyroki w późniejszym procesie były stosunkowo łagodne i w niczym nie przypominały krwawych czystek stalinowskich i mordów dokonanych przez zbirów Hitlera w trakcie Nocy Długich Noży,
Dopełnieniem autorytaryzacji systemu władzy stało się otwarcie obozu w Berezie Kartuskiej, do którego na mocy decyzji administracyjnej, a nie sądowego wyroku, trafiali wrogowie polskiego państwa (Ukraińcy i komuniści), ale także polityczni przeciwnicy obozu piłsudczykowskiego. Rządy sanacji nie zapobiegły też – bo zapobiec nie mogły – kryzysowi gospodarczemu, który zaczął się w roku 1929. Wątpliwości ekonomistów budzą natomiast metody stosowane przez kolejne rządy, które ich zdaniem pogłębiły i przedłużyły jedynie gospodarczy regres. Nie zostały też zrealizowane szczytne hasła sanacji, które miały oznaczać moralne uzdrowienie polskiego życia politycznego i społecznego. Karierowiczostwo, korupcja i wykorzystywanie stanowisk do własnych celów w dalszym ciągu były patologią polskiego życia publicznego, a jednym z czołowych aferzystów okazał się Bogusław Miedziński – jeden z głównych ideologów obozu sanacyjnego.
Po śmierci Józefa Piłsudskiego jego najbliżsi współpracownicy stoczyli walkę o władzę, z której zwycięsko wyszedł Edward Rydz-Śmigły. W listopadzie 1936 roku został on przez Prezydenta Ignacego Mościckiego mianowany marszałkiem Polski. Spotkało się to z oburzeniem starej, sanacyjnej gwardii, dla której marszałek był tylko jeden. Z jeszcze większych przerażeniem postrzegali widoczne sympatie Rydza-Śmigłego do najbardziej skrajnych odłamów ruchu narodowego i praktyczne przejęcie większości endeckich haseł programowych. Skutkowała ona ograniczeniem praw żydowskich studentów i nasileniem antyukraińskiej polityki, która objęła również prawosławnych Ukraińców na Wołyniu, a która przejawiała się też masowym burzeniem prawosławnych cerkwi na Chełmszczyźnie. Z drugiej strony, nowy Generalny Inspektor Sił Zbrojnych rozpoczął proces modernizacji polskiego wojska, które silne liczebnie, było jednocześnie archaiczne pod względem uzbrojenia, za co pełną odpowiedzialność ponosi Józef Piłsudski. Poprawie tej sytuacji miało służyć powstanie licznych zakładów zbrojeniowych w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego, których budowa niestety najczęściej nie zakończyła się przed wybuchem II wojny światowej i przysłużyła się jedynie do wzmocnienia potencjału militarnego III Rzeszy.
Moralny upadek klasy politycznej jest obecnie być może nawet większy niż był w początkach II RP, a zagrożenie zewnętrzną agresją jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się realnym scenariuszem – na szczęście ostatnie sukcesy armii ukraińskiej przynajmniej czasowo zminimalizowały niebezpieczeństwo rosyjskiego zwycięstwa, a tym samym groźbę kontynuowania agresywnej polityki przez Władymira Putina. Przede wszystkim jednak nie ma żadnego niebezpieczeństwa wojskowego zamachu stanu. W przeciwieństwie do okresu międzywojennego armia nie miesza się do polityki, a jej przywódcy nie są zdolni do odegrania roli Józefa Piłsudskiego. Sławomir Mentzen nie miał racji nazywając gen. Wiesława Kukułę „nienormalnym”. To raczej niekompetentny karierowicz, który słusznie przez niektórych nazywany jest „Dyzmą” polskiego wojska i dziwić tylko może jego obrona ze strony ludzi, którzy przed przejęciem władzy poddawali go ostrej, ale uzasadnionej, krytyce. Nieudolność polskich dowódców, czego dowodem były wydarzenia z września ubiegłego roku, źle wróży w razie ewentualnego konfliktu zbrojnego, ale nie grozi za to wojskowym przewrotem podobnym do tego sprzed stu lat. I to jedyne pocieszający wniosek z tej sytuacji.
Karol Winiarski
