Siły na zamiary czy zamiar podług sił
W wywiadzie dla Radia ZET Mariusz Błaszczak, były minister obrony narodowej, negatywnie odniósł się do ewentualnej pomocy polskiej armii dla państw nadbałtyckich w przypadku ich zaatakowania przez Rosję. Jego wypowiedź wzbudziła oburzenie i powszechną krytykę nie tylko polityków, ale także tzw. ekspertów, chociaż jednocześnie szybko została przykryta przez rozwijającą się (a w zasadzie rozwijaną przez koalicję rządową) aferę Zondacrypto. Tymczasem problem poruszony przez byłego ministra, w przeciwieństwie do afery o której za kilka tygodni nikt nie będzie pamiętał, jest kluczowy dla naszej przyszłości. A co najgorsze, Mariusz Błaszczak ma rację.
Art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego powołującego do życia Pakt Północnoatlantycki nie przewiduje automatycznej pomocy dla napadniętego członka sojuszu. Takie rozumienie tego zapisu od samego początku naszej akcesji do NATO forsowali jednak politycy wszystkich opcji politycznych. Oczywistym było dla nich, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, w którym artykuł znajdzie zastosowanie, będzie atak Rosji na nasz kraj – po naszej akcesji do sojuszu w 1999 roku poza niewielkim odcinkiem granicy z Norwegią na dalekiej północy kontynentu, tylko my bezpośrednio sąsiadowaliśmy z tym potężnym krajem. Tyle, że pięć lat później członkami NATO stały się kraje nadbałtyckie, czego jakoś w Polsce nikt nie chciał zauważyć, a co w zasadniczy sposób zmieniło sytuację.
„… dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”. Ta słynna wypowiedź Lecha Kaczyńskiego z Tbilisi wielokrotnie była przytaczana, zwłaszcza przez polityków Prawa i Sprawiedliwości, jako dowód na geniusz tragicznie zmarłego Prezydenta. Nikt jednak nie zwracał uwagę na jej praktyczne konsekwencje. Skoro bowiem Litwa, Łotwa i Estonia miałyby zostać zaatakowane przed Polską, to przecież zgodnie z naszą interpretacją art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego, to nie nam, a my powinniśmy przyjść z pomocą napadniętym. Tym bardziej, że tylko przez obszar Polski biegnie jedyna lądowa droga, którą można wykorzystać do wsparcia Bałtów. Na dodatek w ostatnich latach polscy politycy nieustannie chwalą się potęgą polskiej armii, która za kilka lat ma być najsilniejsza w Europie. Tym samym wpadliśmy w pułapkę własnej retoryki.
Próba realnego wsparcia państw bałtyckich skończyłaby się rzezią polskich oddziałów. Pomijając już fakt, że jej obecne wyposażenie nie daje im większych szans w starciu rosyjskimi dronami na linii frontu, to samo przemieszczanie się na pole walki odbywałoby się pod ciągłym flankowym ogniem z Białorusi i Obwodu Kaliningradzkiego/Królewieckiego. W efekcie nie tylko nie bylibyśmy w stanie udzielić Bałtom skutecznej pomocy, ale też radykalnie ograniczylibyśmy nasze własne możliwości obronne. To bardzo smutne, ale w razie pełnoskalowego rosyjskiego ataku los Litwy, Łotwy i Estonii jest przesądzony, a ich ostateczna przyszłość zależeć będzie od końcowych wyników wojny. Tak jak Polski w 1939 roku.
Krytycy wypowiedzi Mariusza Błaszczaka twierdzą, że realizacja jego poglądu byłaby dogodnym pretekstem dla Stanów Zjednoczonych i państw Europy Zachodniej nieudzielenia nam wsparcia w razie rosyjskiego ataku. Charakterystyczne, że mówią o pretekście, a nie o powodzie. Czyli, że tak naprawdę wiedzą, że nie ma woli udzielenia nam pomocy. A skoro nie ma woli, to szuka się pretekstu, żeby się wykręcić od spełnienia obietnicy. I zawsze taki mniej lub bardziej wiarygodny pretekst się znajdzie. A jak się nie znajdzie, to i tak można nic nie zrobić. Ci co twierdzą, że NATO, a zwłaszcza nasz sojusz z USA to najlepsza polisa bezpieczeństwa, powinni wyjaśnić do jakiego to sądu czy trybunału się udamy, jeżeli nasz ubezpieczyciel nie wypełni warunków zawartych w traktacie. Dotyczy to zresztą też sytuacji, gdy i my odmówimy pełnej realizacji naszego sojuszniczego zobowiązania. Art. 5, jak zresztą zdecydowana większość międzynarodowych układów, to wyłącznie moralne i prawnie nieegzekwowalne zobowiązanie, co chyba większość naszych polityków nie przyjmuje do wiadomości.
Decyzjami polityków nie rządzą sentymenty ani nawet krótkotrwałe wzmożenia opinii publicznej – dobrze wiedzą, że widok czarnych worków ze zwłokami żołnierzy szybko przytłumiłby uczucia podziwu i wdzięczności dla bohaterskiego narodu, który ruszył na pomoc napadniętym sąsiadom. Co więcej, widok potężnych strat wojsk polskich i osłabienie zdolności obronnych naszego państwa mogą jedynie osłabić chęć udzielenia wsparcia. Nie znaczy to oczywiście, że na żadną pomoc nie możemy liczyć. Stany Zjednoczone zapewne udostępniłyby nam dane wywiadowcze i pozwoliłyby zakupić uzbrojenie (o ile w ogóle mieliby jakieś rezerwy), okręty niektórych krajów europejskich zabezpieczyłyby szlaki transportowe do naszych portów, a ich samoloty współuczestniczyły w zestrzeliwaniu rakiet i dronów atakujących obiekty w głębi Polski. I zapewne nic więcej. Niepewna jest nawet możliwość zaatakowania obiektów militarnych znajdujących się na terytorium agresora, zwłaszcza jeżeli rosyjska agresja zostanie ograniczona do krajów nadbałtyckich. Obawa przed eskalacją konfliktu może skutecznie powstrzymać naszych sojuszników przez poważniejszym zaangażowaniem w działania wojenne.
Historyczne doświadczenia i racjonalna analiza politycznych realiów współczesnego świata jednoznacznie wskazują, że w razie ataku możemy liczyć jedynie na ograniczoną pomoc naszych sojuszników. Czy w takim razie jesteśmy w stanie sami stawić czoło zagrożeniu? To kluczowe pytanie, które nie tylko nie pada w debacie publicznej, ale wątpię, żeby nawet zaprzątało umysły naszych przywódców politycznych zaangażowanych w wewnętrzną nawalankę z radością przyjmowaną na Kremlu i w we wszystkich gabinetach przywódców wrogich nam państw. Ale odpowiedź na nie zależy od tego jaką formę przyjmie ewentualna rosyjska agresja. I kiedy nastąpi.
W chwili obecnej nie jesteśmy w stanie samodzielnie się obronić przed pełnoskalowym atakiem strony rosyjskiej. Ale taki rodzaj agresji nie grozi nam dopóki trwa wojna w Ukrainie, a i później jest mało prawdopodobny. W Polsce, w przeciwieństwie do państw nadbałtyckich nie ma znaczącej mniejszości rosyjskiej. Opanowanie kraju zajmującego powierzchnię ponad 300 tys. km² i liczącego prawie 40 mln mieszkańców nie byłoby proste, a utrzymanie nad nim pełnej kontroli jest w zasadzie niemożliwe. Wywołałoby też reakcję Niemiec i innych krajów z tej części Europy, które poczułyby się bezpośrednio zagrożone, a to nie leży w interesie Moskwy. Dlatego maksymalistycznym celem Kremla w stosunku do naszego kraju mogłoby być co najwyżej uzyskanie bezpośredniego połączenia z Obwodem Kaliningradzkim/Królewieckim (możliwym jednak również przez terytorium Litwy), a przede wszystkim wyrwanie nas z zachodniej strefy wpływów czyli swoista finlandyzacja w dawnym znaczeniu tego pojęcia. Gdyby zaś polscy dowódcy i przywódcy polityczni w końcu zrozumieli, że setki czołgów, bojowych wozów piechoty, śmigłowców i dziesiątki samolotów nie są w stanie sprostać zmasowanemu atakowi milionów dronów różnego typu, napędu i zasięgu, to być może udałoby się w ciągu kilku lat zbudować w miarę skuteczną obronę przed agresorem. O ile starczy nam pieniędzy. Paradoks bowiem intensywnych zbrojeń w ostatnich latach polega na tym, że nie wzmocniły one, a osłabiły nasze bezpieczeństwo. Wydaliśmy i wydamy jeszcze (na spłatę zaciągniętych kredytów, na uzbrojenie, na utrzymanie i na modernizację zakupionego sprzętu) setki miliardów zł, co może uniemożliwić nam pozyskanie odpowiedniej ilości sprzętu, który rzeczywiście mógłby się okazać przydatny na współczesnym polu walki.
Agresja Rosji nie musi jednak polegać na pełnoskalowej inwazji. Nie musi się też jednak ograniczać się do aktów sabotażu, prowokacji i cyberataków. Wojna w Ukrainie pokazuje, że można atakami dronowymi i rakietowymi powodować znaczące szkody na zapleczu wroga stopniowo niszcząc jego zasoby, a przede wszystkim morale ludności cywilnej. Wojny w ten sposób w tradycyjny sposób wygrać nie można – powietrznymi atakami nie zajmuje się wrogiego terytorium – ale można zmusić przeciwnika do negocjacji i przyjęcia stawianych żądań. A to w przypadku Rosjan może im w pełni wystarczyć. Co gorsza, przed takimi atakami nigdy nie będziemy się w stanie w pełni obronić, a możliwości skutecznego odwetu będą bardzo ograniczone. Rosja jest wielka, a przykład znacznie mniejszego Iranu pokazuje, że nawet takie mocarstwo jak Stany Zjednoczone nie jest w stanie w pełni wyeliminować całego potencjału rakietowego przeciwnika, o dronowym nie wspominając. W takiej sytuacji kluczową sprawą jest psychiczna odporność narodu czyli wytrzymałość na stałe zagrożenie, nieustające alarmy lotnicze, straty materialne i ludzkie. Każdy naród ma określoną granicę wytrzymałości, którą trudno zresztą zawczasu precyzyjnie określić i która może ulegać przesunięciu w trakcie działań wojennych. W przypadku Polaków, żyjących od wielu pokoleń w pokoju, a od niedawna również we względnym dobrobycie, może się okazać, że nie jest ona zbyt wysoko zawieszona. I to polskie władze powinny brać pod uwagę, gdy tradycyjnie wymachują szabelką.
Powtarzane jak mantra zapewnienia o pełnym bezpieczeństwie polskiej ludności nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Prawda jest brutalna – żaden kraj nie jest w stanie zapewnić całkowitego bezpieczeństwa swoim obywatelom. Nie ma takiej ilości na tyle niezawodnych systemów antyrakietowych i antydronowych, a zwłaszcza efektorów (czyli pocisków) do tych pierwszych, aby można było w pełni zabezpieczyć terytorium przed atakami powietrznymi. Nawet niewielki Izrael nie potrafił zestrzelić wszystkich rakiet wystrzeliwanych przez Iran w jego kierunku. Rosja może prowadzić miesiącami, a nawet latami nękające nas naloty bez żadnych poważniejszych konsekwencji dla siebie. Można oczywiście zrozumieć rządzących, że nie chcą straszyć swoich obywateli i demobilizować ich woli oporu, ale czy godzi się okłamywać rodaków? Czy nie byłoby uczciwiej przedstawić jak wygląda nasza sytuacja? I czy nie lepiej dostosować prowadzoną politykę do posiadanych możliwości? Może w końcu mickiewiczowskie zawołanie z „Pieśni filaretów” „mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił” przestanie być fundamentem polskiej polityki zagranicznej. Tyle razy przecież zapłaciliśmy już za to najwyższą cenę.
Karol Winiarski
