Droga do podległości
Seria ataków w szkołach i poza nimi dokonywana przez młodych ludzi, których zachowanie trudno racjonalnie wytłumaczyć, przysłoniła w naszym kraju decyzję Donalda Trumpa czasowego zawieszenia sankcji na rosyjską ropę i zakupu milionów ton oleju napędowego od tego państwa. Jednocześnie Wołodymyr Zełeński po raz kolejny stał się obiektem bezpardonowych ataków ze strony amerykańskiego Prezydenta, który za wszelką cenę stara się zrzucić z siebie odpowiedzialność za rekordowe ceny ropy na świecie. Stało się to w trakcie trwającej od pewnego czasu debaty na temat stałej bazy wojsk amerykańskich w Polsce, która zdaniem przytłaczającej większości polityków i komentatorów zapewni nam pełne bezpieczeństwo przez ewentualną rosyjską agresją. To po raz kolejny pokazuje, że cechą szczególną polskiej debaty politycznej jest kompletne ignorowanie faktów i kreowanie polityki na podstawie własnych oczekiwań i pobożnych życzeń. Romantyczna dusza Polaka trzyma się dobrze.
Decyzja Prezydenta Trumpa nie oznacza, że Stany Zjednoczone przeszły na stronę Rosji w jej konflikcie z Ukrainą. Świadczy jedynie o tym, że kraj uważany za naszego największego sojusznika, realizuje wyłącznie własne interesy i traktuje wszystkie pozostałe kraje w sposób czysto instrumentalny. Nie jest to tak naprawdę nic nadzwyczajnego, a zaskoczenie polityką amerykańskiego Prezydenta pokazuje jak bardzo nasi rodacy są oderwani od realnej polityki. Dlatego kilka tygodni temu taki entuzjazm wzbudziło uchwalenie przez Kongres i podpisanie przez Donalda Trumpa ustawy pozwalającej mu na nałożenie sankcji na kraje kupujące od Rosji surowce energetyczne. Miesiąc później zamiast restrykcji na importerów mamy zakup rosyjskiego oleju napędowego dokonywany przez państwo, które nakładając zabójcze cła miało dobić rosyjską gospodarkę. Dzisiaj Donald Trump musiałby nałożyć sankcje na własny kraj.
Szokujące dla wielu posunięcie Trumpa zbiegło się w czasie z informacjami o spotkaniu jakie w marcu odbył z amerykańskim Prezydentem Władysław Kosiniak-Kamysz. Treść tej tajemniczej rozmowy pozostaje ciągle niejasna, a wypowiedzi polskich polityków na ten temat są wzajemnie sprzeczne. Z oświadczenia Donalda Tuska można jednak wnioskować, że Władysław Kosiniak-Kamysz był namawiany do przejścia na „jasną stronę mocy” czyli zerwanie dotychczasowej koalicji w zamian za stanowisko premiera. Nie wiadomo ile jest w tym prawdy, ale najbardziej zadziwiające jest oburzenie, które ogarnęło część polskich polityków i dziennikarzy. Wsparcie zagranicznych przywódców dla konkretnych polityków nie jest przecież niczym szczególnym. Europejscy liderzy angażowali się w wybory w innych krajach naszego regionu, a sam Donald Trump udzielał jednoznacznego poparcia kandydatom odpowiadającym jego ideologicznym poglądom – w tym także Karolowi Nawrockiego. Każde państwo, a zwłaszcza wielkie mocarstwa, starają się wzmocnić siły im przychylne w innych krajach. To jeden z podstawowych celów ich polityki zagranicznej, chociaż może w ostatnich latach był on realizowany w bardziej dyskretny sposób. Ale Donald Trump nie respektuje dawnych zwyczajów i konwenansów.
Próba namówienia przywódcy Polskiego Stronnictwa Ludowego na zmianę koalicjanta miała być poparta obietnicami dotyczącymi większego gospodarczego i militarnego zaangażowania Amerykanów w Polsce. Politycy koalicji rządowej wyrażają jawne oburzenie tym szantażem. Jednocześnie jednak całkowicie bezrefleksyjne powtarzają, że stała baza wojsk amerykańskich w Polsce jest naszym być albo nie być i powinniśmy zrobić wszystko, aby Amerykanie zgodzili się ją zlokalizować w naszym kraju. Jeżeli rzeczywiście uważają, że to kwestia zachowania naszej niepodległości, to czyż nie warto oddać władzę Karolowi Nawrockiemu, skoro ma to być warunek podjęcia przez Donalda Trumpa tej kluczowej dla nas decyzji? Czyż nie byłby to dowód patriotyzmu polityków Koalicji Obywatelskiej i jej sojuszników? Poświęcenia osobistych interesów i ambicji dla dobra ukochanej Ojczyzny?
Oczywiście stała baza wojsk amerykańskich w Polsce nie zapewni nam żadnego bezpieczeństwa. Brednie wypowiadane przez polskich polityków (np. wiceministra obrony narodowej Pawła Zalewskiego), o tym, że atak Rosji na Polskę będzie automatycznie uderzeniem na Stany Zjednoczone, pokazują miernotę intelektualną polskich elit. Rosjanie zaatakowali już Polskę dronami w roku ubiegłym i rakietą niespełna trzy miesiące temu. Mimo, że w Polsce stacjonuje kilka tysięcy żołnierzy amerykańskich, żadnej reakcji Stanów Zjednoczonych nie było. Podobnie jak w przypadku Rumunii, która również stała się celem rosyjskich prowokacji, a w której również stacjonują Amerykanie. Co miałaby zmienić stała baza? Dlaczego obecność rodzin amerykańskich żołnierzy miałaby ich skłonić do zaangażowania się w działania zbrojne, w których mogliby ucierpieć cywilni obywatele Stanów Zjednoczonych? Dlaczego mieliby ryzykować pełnoskalową wojnę z nuklearnym mocarstwem żądającym „tylko” przywrócenia swojej dawnej strefy wpływów w sytuacji, gdy Europa przestała już być dla nich kluczowym obszarem realizacji ich żywotnych interesów narodowych?
Bardzo ciekawa w tym kontekście jest również odpowiedź nowej politycznej gwiazdy Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej na pytanie o miejsce lokalizacji przyszłej amerykańskiej bazy. Wyjaśniając dlaczego będzie się ona znajdowała na zachodzie, a nie na wschodzie Polski, odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: „ponieważ tam jest bezpieczniej”. Oczywiście, że pod Wrocławiem będą bezpieczne, ponieważ jeżeli dojdzie do bezpośredniej agresji, to działania wojenne będą się toczyć pięćset kilometrów dalej, a rosyjskie drony i rakiety będą omijały miejsca stacjonowania obcych wojsk. Marszałek Ferdynand Foch zapytany przed wybuchem I wojny światowej jaka jest najmniejsza liczba żołnierzy, jaką Wielka Brytania powinna wysłać na pomoc Francji, odpowiedział: „Jeden brytyjski żołnierz – a my dopilnujemy, żeby zginął jako pierwszy”. Zrozumienie tej prostej zależności wykracza jak widać poza możliwości intelektualne obecnego kierownictwa politycznego naszego kraju. A po ewentualnej zmianie władzy będzie z tym jeszcze gorzej.
Pozostaje oczywiście pytanie dlaczego Amerykanie w ogóle rozważają budowę stałej bazy w naszym kraju, w sytuacji gdy jednocześnie planują radykalne ograniczenie swojej militarnej obecności w Europie. Dla Donalda Trumpa oprócz prezentu dla jego polskiego przyjaciela w Pałacu Prezydenckim, to oczywiście kwestia pieniędzy. Stany Zjednoczone ponoszą znaczną część kosztów stacjonowania swoich wojsk we Włoszech, Hiszpanii czy Niemczech (tam planowane są redukcje). W Polsce to my sfinansowalibyśmy nie tylko budowę nowej bazy, ale i większość kosztów utrzymania znajdujących się tam wojsk. Drugi powód jest jednak istotniejszy. Część amerykańskich polityków liczy, że będzie to sygnał skierowany do Moskwy, który powstrzyma ją przed działaniami skierowanymi przeciw naszemu krajowi. Dlatego też podjęto decyzję o wysłaniu niewielkiego kontyngentu wojsk na Litwę po ich wycofaniu kilku miesięcy temu – co ciekawe nie ma mowy o podobnych działaniach w Estonii czy Łotwie, co mogłoby oznaczać, że te kraje zostały oddane Rosji. Nagłe wstrzymanie wizyty Władysława Kosiniaka-Kamysza w Stanach Zjednoczonych świadczy jednak, że w kierownictwie amerykańskim pojawiły się wątpliwości co do skuteczności takiego kroku. Co bowiem zrobiliby Amerykanie w razie zignorowania tego faktu przez Kreml? Brak reakcji skutkowałbym utratą prestiżu i nadwyrężeniem zaufania do Stanów Zjednoczonych ze strony innych jego sojuszników. A przecież nikt w Waszyngtonie nawet nie myśli o jakiejś militarnej konfrontacji z Rosją.
Gdy w marcu 1939 roku brytyjski premier Neville Chamberlain ogłaszał w Izbie Gmin udzielenie Polsce gwarancji bezpieczeństwa liczył, że to powstrzyma Hitlera. Skoro zawiodła dotychczasowa polityka appeasementu, to stanowcze stanowisko światowego mocarstwa miało otrzeźwić „austriackiego kaprala” w Berlinie. Nie otrzeźwiło i 3 września Wielka Brytania musiała wypowiedzieć III Rzeszy wojnę. Tyle, że to była pełnoskalowa agresja na nasz kraj, a kolejny sukces Hitlera groził zdobyciem przez niego pełnej dominacji w Europie kontynentalnej. To z kolei zagroziłoby bezpieczeństwu Wielkiej Brytanii. Dlatego zgodnie z realizowaną od ponad dwustu lat polityką równowagi sił Londyn musiał zareagować. Waszyngton nie musi. Agresja, o ile nastąpi, nie będzie zapewne pełnoskalowa, Europa Środkowa nie jest obszarem żywotnych interesów USA, a Rosja nie jest już potężnym mocarstwem wspieranym przez niebezpieczną i konkurencyjną ideologię jak to było w czasach ZSRR. Ma za to potężny arsenał nuklearny i możnego protektora – Chińską Republikę Ludową. I na dodatek można z Rosjanami robić lukratywne interesy. A to Donald Trump lubi najbardziej.
Paradoksem jest, że starając się uniknąć zależności od Rosji, uzależniliśmy się gospodarczo i militarnie od Stanów Zjednoczonych. Przez lata nie odczuwaliśmy tego, ponieważ Amerykanie starali się swojej dominacji nie okazywać w zbyt oczywisty sposób. Stąd utrwaliło się przekonanie, że amerykańska opieka nic nas nie kosztuje. Nigdy tak nie było i tym bardziej tak nie będzie. Nigdy też nie mogliśmy sprawdzić na ile ta amerykańska polisa ubezpieczeniowa jest wiarygodna. Teraz sytuacja uległa zmianie. Donald Trump nie ukrywa, że cena za obietnicę ochrony nie jest mała, a jej realność w świetle działań amerykańskiego Prezydenta wątpliwa. Tyle, że nasi politycy nie są w stanie mentalnie tego zaakceptować, a ponieważ nigdy nie mieli planu B, to zadziałał normalny w takich sytuacjach syndrom wyparcia. Dlatego tak jak generałowie przygotowujący się do wojen, które miały miejsce w przeszłości, tak przywódcy naszego państwa żyją w świecie, którego już nie ma. I długo nie będzie.
Karol Winiarski
