Równia pochyła
W swoim prezydenckim orędziu Karol Nawrocki ogłaszając podpisanie ustawy o opodatkowaniu koncernów paliwowych, którą przez wiele miesięcy uważał za niezgodną z Konstytucją (zresztą dalej tak uważa), sporo czasu poświęcił opisowi sytuacji finansowej polskiego państwa.
„Polska dochodzi dziś do finansowej ściany. Ostatnio agencja Moody’s obniżyła Polsce rating, czyli ocenę naszej wiarygodności, na którą pracowaliśmy przez 35 lat. Efekty tej decyzji będą bolesne, bo oznaczają droższe pożyczanie pieniędzy przez państwo i niebezpieczeństwo dla wielu inwestycji. Polski cud gospodarczy zaczyna być podważany i w obliczu decyzji obecnego rządu staje się poważnie zagrożony.
W ciągu ostatnich trzech lat zbliżyliśmy się do wszystkich progów ostrożnościowych, a niektóre już wprost przekraczamy. Ostrzega przed tym nawet powołana przez większość rządową Rada Fiskalna. Dochody z podatków są niższe od zakładanych, a dziura budżetowa po sierpniu to ponad 150 miliardów złotych.
Po dobrym czasie, gdy były środki na inwestycje samorządowe, na ochronę zdrowia, na wsparcie dla rodzin i seniorów, zbliżamy się do momentu, kiedy zaczyna brakować na wszystko. Dziś nie ma środków na reakcję na rynku paliw i dla szpitali, a jutro może zabraknąć na zbrojenia i wypłaty emerytur.
To efekt błędnej polityki, która wymaga wyciągnięcia odpowiedzialności. Ten rząd w ciągu czterech lat zwiększa nasze zadłużenie o ponad bilion złotych. To ponad 26 tysięcy złotych długu na każdego Polaka: na pracownika, emeryta, rolnika i przedsiębiorcę. Także na dziecko, które urodziło się dzisiaj w polskiej rodzinie i jeszcze nie zdążyło wypowiedzieć słowa „mama”, a obecny rząd już dopisał mu dług na 26 tysięcy.”
Trudno się z diagnozą przestawioną przez Prezydenta nie zgodzić, chociaż niektóre dane są przedstawiane w sposób dość wybiórczy i tendencyjny. Wspomniany deficyt budżetowy po ośmiu miesiącach rzeczywiście przekracza 150 mld zł, ale gwoli prawdy trzeba przyznać, że jest on niższy od ubiegłorocznego w porównywalnym okresie – w sierpniu 2025 roku dziura budżetowa wynosiła 172 mld zł. Jednocześnie jednak tegoroczny dług budżetu państwa po ośmiu miesiącach zbliżył się do poziomu 300 mld zł, a w sumie to już prawie 2,17 bln zł. Co więcej, to tylko część naszego zadłużenia, ponieważ coraz większą kwotę stanowią długi zaciągane przez fundusze pozabudżetowe. Tylko w pierwszym półroczu było to dodatkowe 40 mld zł, a łączne zadłużenie instytucji rządowych i samorządowych (EDP) wyniosło w połowie roku już prawie 2,6 bln zł, co oznaczało wzrost o 263,2 mld zł. od początku roku. Znacznie szybszy wzrost zadłużenia w porównaniu z mniejszym deficytem budżetowym wynika z gromadzenia wolnych środków na rachunkach budżetowych – w ciągu ośmiu miesięcy bieżącego roku ich poziom zwiększył się o ponad 100 mld zł. Trudno ocenić czy jest to próba zabezpieczenia się przed ewentualnymi problemami w znalezieniu chętnych na polskie obligacje w związku z niepewną sytuacją na świecie (na razie taka sytuacja nie wystąpiła – popyt jest znacznie większy od podaży, chociaż przy znacząco większym oprocentowaniu), czy też jest to przygotowywanie do przyszłorocznej kampanii wyborczej, w której radyklany wzrost zadłużenia mógłby stanowić dla rządzących poważny kłopot marketingowy.
Kilka dni temu Ministerstwo Finansów opublikowało corocznie aktualizowaną Strategię Zarządzania Długiem Publicznym. Zakłada ona przekroczenie pierwszego progu ostrożnościowego (55% zadłużenia w stosunku do PKB) w roku 2028, co w świetle obecnych danych wydaje się bardzo optymistycznym założeniem. Skoro w tym roku wzrost kwoty, która stanowi podstawę do wyliczania poziomu zadłużenia (PDP pomniejszone o wolne środki) ma wzrosnąć z poziomu 45,6% w stosunku do PKB do poziomu 51,9% (czyli o 6,3 punkty procentowe), to nie za bardzo wiadomo dlaczego w przyszłym roku przyrost miałby wynieść jedynie 2,8 punkty procentowe (wzrost zadłużenia do 54,7% PKB). Tym bardziej, że deficyt ma być nawet większy niż w tym roku.
Mniej dziwi założony spadek poziomu zadłużenia w stosunku do PKB w 2030 roku. Wynika to po prostu z obowiązujących przepisów. Przekroczenie progu ostrożnościowego w 2028 zostanie ostatecznie potwierdzone do 31 maja roku następnego. Zobowiąże to rząd do przedstawienia projektu budżetu, w którym oprócz zamrożenia płac dla sfery budżetowej i ograniczeniu waloryzacji rent i emerytur wyłącznie do poziomu inflacji, musi nastąpić spadek poziomu zadłużenia w stosunku do roku, w którym przekroczenie nastąpiło. Dlatego w roku 2030 ma ono wynieść „tylko” 57,3% PKB – 0,1% mniej niż w roku 2028. Jeżeli ktoś ufa ministrowi Domańskiemu, powinien porównać dane, które wykazał w pierwszej swojej strategii zarządzania długiem publicznym w roku 2024 z tymi, które zaprezentował rok później. Ponieważ dwa lata temu ważyły się losy nałożenia na Polskę procedury nadmiernego deficytu przez Komisję Europejską, nowy minister finansów postanowił iść śladem swoich greckich odpowiedników sprzed kilkunastu lat i bezczelnie okłamać Brukselę, za co zresztą ani jego, ani Polskę nie spotkały żadne konsekwencje. Dlatego kwota, która jest określona w ustawie o finansach publicznych miała być mniejsza niż 48% PKB, a poziom całkowitego zadłużenia instytucji rządowych i samorządowych miał tylko nieznacznie przekroczyć 60% PKB. Rok później oszustwa już nie były potrzebne i nagle okazało się, że w 2028 roku przekroczymy pierwszy próg oszczędnościowy, a całkowite zadłużenie w tym roku ma wynieść już ponad 73% PKB. W przeliczeniu na złotówki to około pół biliona więcej. Teraz oszustwa znowu są potrzebne i stąd kreatywna księgowość ministra Domańskiego rozkwita.
Wszystkie te wyliczenia byłyby może choć trochę zbliżone do rzeczywistości w przypadku spełnienia, i to raczej w sposób łączny, dwóch kluczowych warunków. Pierwszym jest wysoki wzrost gospodarczy, który pozwoliłby znacząco podnieść zarówno wpływy budżetowe, jak i samą wysokość PKB, od której oblicza się procentową wartość zadłużenia. Drugim, przynosząca podobny skutek, duża inflacja, czego efekty mogliśmy obserwować kilka lat temu w trakcie drugiej kadencji rządów Prawa i Sprawiedliwości. Obecnie większość ekonomistów, a nawet sam rząd, przewiduje raczej osłabienie wzrostu gospodarczego w kolejnych latach, a obecny wzrost inflacji, nie dość że wielokrotnie mniejszy niż w latach 2022 i 2023, będzie zapewne krótkotrwały. Trudno więc oczekiwać jakiegoś spektakularnego wzrostu poziomu dochodów budżetowych, które w chwili obecnej pokrywają zaledwie około 70% planowanych wydatków (oczywiście bez uwzględnienia funduszy pozabudżetowych, które poza nielicznymi przypadkami w zasadzie żadnych dochodów własnych nie generują). Pozostaje więc wzrost podatków, które oczywiście zwykle osłabiają tempro wzrostu gospodarczego, a prawie zawsze skutkują społecznym niezadowoleniem. Jeszcze gorszym pomysłem z politycznego punktu widzenia byłoby ograniczenie wydatków. Dlatego żadne z tych rozwiązań nie zostanie zastosowane w sposób, który mógłby znacząco wpłynąć na stan naszych finansów publicznych i to niezależnie od tego, kto będzie sprawował władzę po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.
Wyjątkową zdolność zastawiania autopułapek ma za to Prezydent Karol Nawrocki. We wspomnianym orędziu po w miarę trafnej analizie sytuacji, pozwolił sobie na strzelenie przyszłościowego samobója:
„Niestety to nie wszystko. Spodziewam się, że w najbliższym czasie na moje biurko trafią kolejne propozycje podwyższenia nawet kilkunastu podatków. To niebezpieczna seria. Obywatel nie może być zakładnikiem i bankomatem rządzących, a ja nie pozwolę na zasypywanie katastrofy finansowej rządu środkami wprost z kieszeni obywateli.”
Niestety, Karol Nawrocki nie wyjaśnił w jaki inny sposób zamierza zasypać dziurę budżetową. Oczywiście, jeżeli za rok obecna koalicja utrzyma władzę, nie będzie to jego zmartwienie. Ale jeżeli władza przejdzie w ręce partii prawicowych, a on będzie głównym kreatorem rządu, o czym wydaje się marzyć, to będzie musiał wziąć odpowiedzialność za pogłębiający się kryzys finansów publicznych. A to może zakończyć jego prezydencką karierę. Zdolność do przewidywania bardziej długofalowych skutków własnych decyzji nigdy nie była mocną stroną polskich polityków. Karol Nawrocki nie należy do wyjątków.
Obecne zadłużenie naszego kraju nie należy do najwyższych w Europie. Poziom 100% PKB przekroczyły już dawno Grecja, Włochy, Francja, Hiszpania czy Belgia. Dość bezpieczna jest także struktura naszego zadłużenia – około 80% to zadłużenie krajowe. Problemem jest jednak jego gwałtowny przyrost, co jest efektem rekordowych deficytów budżetowych – w przyszłym roku będziemy już liderem wśród krajów UE. Rosną też bardzo szybko koszty jego obsługi, co z kolei jest wynikiem wzrostu rentowności naszych obligacji – obecnie znacząco już przekraczają 6% i są mniejsze tylko od rumuńskich. W konsekwencji co roku oddajemy wierzycielom ponad 100 mld zł, a w 2030 roku nawet według ministra Domańskiego ma to być 3,6% PKB czyli prawie 200 mld zł (około ¼ dochodów budżetu państwa). Na dodatek to wszystko uzależnione jest od utrzymania obecnego stanu polskiej gospodarki i braku światowego kryzysu podobnego do tego sprzed dwudziestu lat, kolejnej pandemii czy wojny. Do tej pory mieliśmy rezerwy, które w nadzwyczajnych sytuacjach mogliśmy użyć. Teraz pozostałaby jedynie prywatyzacja majątku narodowego, co w czasach kryzysu nie jest optymalnym rozwiązaniem, a w dobie obecnego populizmu po prostu niemożliwe z politycznych powodów. Znaleźliśmy się więc na równi pochyłej. Zejścia z tej drogi nie widać. Podobnie jak jej końca. Wiadomo jednak, że gdzieś za horyzontem czai się przepaść, do której zmierzamy raźnym krokiem.
Karol Winiarski
