Grecja, Włochy, Polska?
W cieniu wydarzeń na Bliskim Wschodzi przemknęła wiadomość o przewidywanej zmianie lidera niechlubnego rankingu najbardziej zadłużonych krajów Unii Europejskiej. Grecja, która przez wiele lat zajmowała pierwsze miejsce z dużą przewagą nad pozostałymi, będzie musiała pod koniec obecnego roku uznać „wyższość” Włoch. W ten sposób przynoszą efekty zakończonego w 2018 roku temu programu pomocowego Unii Europejskiej, który został uruchomiony blisko dziesięć lat wcześniej, gdy w okresie światowego kryzysu finansowego kraj ten znalazł się na krawędzi bankructwa. Była to oczywiście konsekwencja wieloletniej nieodpowiedzialnej polityki kolejnych greckich rządów, które kupowały sobie poparcie wyborców transferami społecznymi, utrzymując jednocześnie patologie w systemach podatkowym i ubezpieczeń społecznych. Jednocześnie okłamywano instytucje europejskie, co umożliwiło Grecji (z dwuletnim opóźnieniem) przystąpienie do strefy euro. Oczywiście znaczną część winy ponosiła Bruksela, która przymykała oczy na te ewidentne fałszerstwa i manipulacje zdając sobie sprawę, że w przypadku Niemiec czy Francji kryteria umożliwiające przystąpienie do unii walutowej też nie były w pełni spełnione.
Krytyczny moment w procesie naprawy finansów publicznych w Grecji nastąpił w 2015, gdy do władzy doszła skrajnie lewicowa Syriza z premierem Aleksem Tsiprasem, który wygrał wybory obiecując odrzucenie drastycznych reform finansowych zaaplikowanych przez Komisję Europejską Doprowadziły one początkowo do radykalnego spadku PKB, wzrostu bezrobocia i generalnego obniżenia poziomu życia milionów Greków. Próba spełnienia tych obietnic doprowadziła do kryzysu w stosunkach Aten z Brukselą i zagroziła załamaniem całej strefy euro. Ostatecznie Aleksis Tsipras ustąpił pod naciskiem UE i zaczął ponownie realizować narzucony program, który przynosił już wymierne efekty, a wkrótce doprowadził do ustabilizowania sytuacji finansowej Grecji. Polityczną cenę zapłaciła za to Syriza, która szybko zaczęła tracić społeczne poparcie, a władzę odzyskała konserwatywna Nowa Demokracja. To właśnie to ugrupowanie wraz z lewicową partią PASOK, która również odzyskała dawne wpływy, były współodpowiedzialne za doprowadzenia Grecji na skraj bankructwa. Polityka nie jest sprawiedliwa.
Inflacja, która ogarnęła świat po wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej, paradoksalnie poprawiła sytuację najbardziej zadłużonych państw europejskich. Inflacyjna waloryzacja PKB przy pozostawieniu nominalnych wartości długów, po krótkotrwałym wzroście rentowności obligacji, a tym samym kosztów ich obsługi, doprowadziła do zmniejszenia wskaźników zadłużenia. Skorzystała na tym Grecja, ale spektakularny spadek wartości jej zobowiązań finansowych jest przede wszystkim spowodowany wysokim wzrostem gospodarczym i utrzymującą się od lat nadwyżką dochodów nad wydatkami. Nie oznacza to oczywiście, że jej sytuacja finansowa jest już dobra – zadłużenie w stosunku do PKB będzie wynosić na koniec roku 137%. W porównaniu jednak z ponad 200% sprzed kilku lat, trudno to nie uznać za spory sukces.
W tym samym czasie, w którym Grecja redukowała wysokość swojego zadłużenia, Polska szła w dokładnie przeciwnym kierunku. Pozornie sytuacja naszego kraju jest oczywiście zdecydowanie lepsza, ponieważ dług sektora instytucji rządowych i samorządowych (EDP) zgodnie z najnowszymi wyliczeniami Głównego Urzędu Statystycznego, osiągnął na koniec poprzedniego roku „jedynie” poziom 59,7% naszego PKB. Tylko dzięki lepszym od oczekiwań wyników naszej gospodarki w ostatnim kwartale 2025 roku, udało się nie przekroczyć poziomu granicznego zadłużenia określonego przez naszą Konstytucję. Oczywiście dzięki manipulacjom dokonywanym przez kolejne rządy poczynając od pierwszego rządu Donalda Tuska polegającym na przerzucaniu zadłużenia na fundusze pozabudżetowe (pierwszym był Fundusz Drogowy), jest on oficjalnie o wiele niższy. Dzięki temu zgodnie z danymi Ministerstwa Finansów na koniec 2025 roku zadłużenie sektora finansów publicznych (PDP) zaledwie przekroczyło poziom 49%.
Na tle sytuacji innych krajów Unii Europejskiej dług publiczny Polski nie wygląda najgorzej. Pomijając nawet rekordzistów, których zadłużenie przekracza 100% ich PKB (Włochy, Grecja, Francja, Belgia i Hiszpania), średnia całej UE jest o ponad 20 punktów procentowych wyższa niż w przypadku naszego kraju. Oczywiście są też państwa, w których jest ono znacznie niższe – w Estonii, Luksemburgu, Danii i Bułgarii dług jest niższy niż 30% PKB. Wydawałoby się więc, że wszystko jest pod kontrolą i żadnego zagrożenia nie ma. Nic bardziej błędnego. Wielkość zadłużenia to jeszcze nie wszystko. Czasami ważniejsza jest dynamika zmian. O ile w 2023 roku zadłużenie sektora instytucji rządowych i samorządowych wynosił 49,6% w stosunku do ówczesnego PKB, to w roku ubiegłym było ono o prawie dziesięć punktów procentowych większe, a zgodnie ze strategią zarządzania długiem publicznym przedstawionym przez Ministerstwo Finansów kilka miesięcy temu, w roku 2029 ma przekroczyć 75% PKB.
O ile zmiana EDP nie niesie za sobą bezpośrednich konsekwencji dla Polaków, to już wzrost PDP ponad pewien poziom ma bezpośrednie przełożenie na konkretne decyzje, które są przewidziane przez ustawę o finansach publicznych. O ile państwowy dług publiczny w 2023 roku wynosił zaledwie 38,9% PKB, to w roku 2027 roku ma przekroczyć pierwszą granicę (55%) przewidzianą we wspomnianej ustawie, co powinno wymusić podjęcie działań oszczędnościowych. Oczywiście można się spodziewać, że jeżeli władzę po wyborach parlamentarnych przejmie prawica, to te zapisy zostaną po prostu wykreślone z ustawy przy pełnym poparciu Karola Nawrockiego („stłucz Pan termometr, a nie będziesz Pan miał temperatury” – jak mawiał klasyk), ale już 60-procentowy limit zadłużenia zapisany jest w Konstytucji i zmienić go nie jest tak prosto. A zgodnie ze wspomnianą strategią zbliżymy się do niego już w roku 2029. I na to jest jednak prosta recepta – wystarczy przerzucić część długu do funduszy pozabudżetowych czyli zamieść je pod dywan. Co prawda, zgodnie z założeniami strategii i tak ich zadłużenie ma wzrosnąć z 400 mld zł w roku 2024 do ponad 770 mld zł. pięć lat później, ale przecież dołożenie kolejnych dziesiątek czy nawet setek miliardów nie będzie stanowiło większego problemu dla Andrzeja Domańskiego czy któregoś z jego następców.
Tak znaczące wzrosty zadłużenia są oczywiście wynikiem największym od lat deficytów finansów publicznych. W roku 2025 osiągnął on poziom 7,2 PKB, co jest drugim w historii III RP wynikiem. Gorszy był tylko w roku 2009 w okresie światowego kryzysu finansowego, gdy podobne załamania finansów publicznych notowały praktycznie wszystkie kraje na świecie. Teraz, w okresie dobrej sytuacji gospodarczej i niskiego bezrobocia, Polska znalazła się na drugim miejscu, zaraz za Rumunią, której deficyt był bliski 8% PKB. W tym roku będziemy już jednak samodzielnym liderem. To oczywiście efekt reform oszczędnościowych podjętych przez obecny rumuński rząd, który już daje finansowe efekty. Tyle, że jednocześnie spowodowały one radykalne spowolnienie wzrostu gospodarczego i szybki wzrost notować prawicowo-populistycznej opozycji kosztem partii rządzących – liberałów i socjalistów. A koalicja ta właśnie się rozpadła, ponieważ Partia Socjaldemokratyczna wycofała swoje poparcie dla rządu Ilie Bolojana z powodu kosztów wprowadzanych przez niego reform.
Wydarzenia w Rumunii zmniejszają i tak już minimalne nadzieje, że jakikolwiek polski rząd podejmie działania zmierzające do radykalnego ograniczenia deficytu budżetowego i tym samym przynajmniej zmniejszenia tempa zadłużania państwa. Jak na razie rządzący twierdzą, że wszystko jest pod kontrolą, a opozycja i Prezydent piętnują rosnące zadłużenie żądając jednocześnie … wzrostu wydatków budżetowych i ograniczenia wysokości danin publicznych. Można się założyć o każdą sumę, że w razie zmiany władzy partie po prostu zamienią się rolami przerzucając się oczywiście odpowiedzialnością za istniejący stan rzeczy. Strach przed niezadowoleniem wyborców powstrzyma je przed jakimikolwiek poważniejszymi działaniami oszczędnościowymi. Dokładnie tak samo było w Grecji i innych krajach, które popadły w poważne kłopoty finansowe.
W roku 2025 całkowite zadłużenie naszego państwa zwiększyło się o 322 mld zł. czyli o 16% w porównaniu z rokiem poprzednim. W pierwszym kwartale rząd dołożył do tego kolejne prawie 100 mld zł. Nic więc nie wskazuje na to, że w najbliższym czasie tempo wzrostu zadłużenia ulegnie spowolnieniu. Biorąc pod uwagę przyszłoroczne wybory parlamentarne, stopniowe zakończenie napływu środków w ramach Krajowego Programu Odbudowy i długofalowe konsekwencje trwającego na Bliskim Wschodzie konfliktu oraz narastające potrzeby polskiej armii i Narodowego Funduszu Zdrowia, można wręcz oczekiwać pogorszenia stanu finansów publicznych. Początkowo będzie to skutkowało wzrastającymi kosztami odsetek, które corocznie musimy przekazywać wierzycielom państwa polskiego (w tym roku będzie to już ponad 100 mld zł). Prawdziwy dramat zacznie się jednak wówczas, gdy dojdzie do światowego tąpnięcia gospodarczego. I co paradoksalne, im później ono nastąpi, tym większe koszty poniesiemy, żeby wyjść na prostą. Grecy mogliby sporo o tym powiedzieć.
Karol Winiarski
