Gadamy, nie robimy
Często zdarza się, że pozornie drobne wydarzenie pociąga za sobą lawinę trudnych do przewidzenia konsekwencji. Artykuł redaktora Patryka Słowika o niebotycznych zarobkach Dawida Kacprzyka, młodego lekarza bez specjalizacji i jednocześnie radnego Koalicji Obywatelskiej, doprowadził do najważniejszego w tej kadencji kryzysu Koalicji Obywatelskiej. Przy okazji rozgorzała dyskusja o koniecznej radykalnej reformie upadającego systemu opieki zdrowotnej. W tym przypadku będzie miało jednak zastosowanie odwrócone hasło propagandowe Koalicji Obywatelskiej – „Gadamy, nie robimy”.
Gdyby Dawid Kacprzyk nie był radnym i nie miał obowiązku składania corocznych oświadczeń majątkowych, a przede wszystkim gdyby nie był politykiem Koalicji Obywatelskiej, nikt by się nie dowiedział o patologiach w Szpitalu Południowym w Warszawie, a już na pewno nie spowodowałoby to większego poruszenia. Ogromne dochody antybohatera całej afery (ponad 1,5 mln zł. rocznie) w kontekście postępującej zapaści systemu ochrony zdrowia wywołały reakcję, której nikt się nie spodziewał. Informacje o niebotycznych zarobkach niektórych lekarzy (i to nie zawsze wybitnych specjalistów) pojawiały się od czasu do czasu w mediach i nie wzbudzały szczególnej ekscytacji. Patologie w działalności szpitalnego prosektorium też nie są zapewne jakąś wyjątkową sytuacją. Podobnie jak obsadzanie organów spółek publicznych przez partyjnych nominatów. Zwłaszcza ta ostatnia sprawa jest czymś powszechnie znanym i nigdy nie stanowiła głównego tematu w plemiennych nawalankach wybrańców narodu. Dlaczego? Ponieważ wszyscy na tym korzystali albo przynajmniej mieli nadzieję skorzystać w przyszłości.
Tym razem jednak opozycja poczuła krew. Ewidentne polityczne umocowanie Dawida Kacprzyka i jego działalność w mieście, w którym od lat niepodzielnie rządzi Platforma/Koalicja Obywatelska spowodowały, że Prawo i Sprawiedliwość nie mogło przepuścić takiej okazji. Co ciekawe, do ataku przyłączyła się także lewica wszelkiej maści. To, że władze Warszawy zostały poddane krytyce przez Adriana Zandberga dziwić nie może. Ale już wypowiedzi Anny Marii Żukowskiej na Radzie Warszawy były zaskoczeniem. Nowa Lewica nie współrządzi stolicą, a sprawa miała początkowo charakter głównie lokalny, ale atakowanym był czołowy działacz Koalicji Obywatelskiej (wiceprzewodniczący partii), a patologie, które miały miejsce w Szpitalu Południowym są także efektem istniejącego systemu opieki zdrowotnej. A za jego stan odpowiada już rządząca od 2,5 lat koalicja, której częścią są też politycy Nowej Lewicy. Widocznie kierownictwo partii uznało, że jest szansa na przejęcie choć części głosów dotychczasowego elektoratu Koalicji Obywatelskiej, który jest coraz bardziej rozczarowany, a nawet zniesmaczony, polityką tej partii.
Z dużym opóźnieniem zarządzanie kryzysem rozpoczął Rafał Trzaskowski, który sprawia wrażenie człowieka nie mającego pojęcia o tym, co dzieje się w zarządzanym przez niego od prawie ośmiu lat miastem. Kiedy okazało się, że wymiana członków Rady Nadzorczej i Zarządu Szpitala Południowego to za mało żeby wyciszyć aferę, postanowił zrzucić z pokładu swoje zastępczynie. Renata Kaznowska nadzorowała podlegające miastu placówki służby zdrowia, ale akurat nie Szpital Południowy, który jest spółką prawa handlowego. A te wraz z innymi podlegają innemu wiceprezydentowi. Dlaczego Szpital Południowy jest spółką? Dlatego, że zmniejsza to bezpośrednią kontrolę Rady Warszawy, a na dodatek generuje dodatkowe miejsca przy samorządowym korycie, dzięki którym mogą się pożywić „znajomi królika”. Zresztą w Radzie Nadzorczej zasiadała przed wybuchem afery druga z odwołanych wiceprezydentek – Aldona Machnowska-Góra. Dlaczego posadę utrzymał Tomasz Mencina, zastępca Rafała Trzaskowskiego odpowiedzialny za ład korporacyjny, a więc za działalność organów warszawskich spółek komunalnych? Tego Prezydent Warszawy, kolega swojego zastępcy jeszcze z czasów szkolnych, nie wyjaśnił.
Rozwój afery zmusił Rafała Trzaskowskiego do radykalizacji działań w kwestii składów osobowych rad nadzorczych warszawskich spółek. O ile początkowo zapowiadał jedynie odpolitycznienie korporacyjnych organów kontrolnych szpitali, to ostatnio postawił ultimatum partyjnym nominatom w pozostałych spółkach – do końca miesiąca muszą oni wybrać między działalnością partyjną, a członkostwem w radach. Wbrew zapowiedziom nie jest to żadne odpolitycznienie tych organów. Większość (poza oczywiście urzędnikami ratusza jedynie dorabiającymi w spółkach) zapewne pozostanie przy korycie. A przecież dostęp do niego uzyskali dzięki politycznym powiązaniom. Ultimatum Trzaskowskiego może jednak mieć daleko idące konsekwencje. Skoro takie decyzje można podjąć w Warszawie, to dlaczego nie w innych miastach rządzonych przez Koalicję Obywatelską. Wydawałoby się, że to idealny prezent dla polityków opozycji. Tyle, że tam gdzie samorządy są pod kontrolą Prawa i Sprawiedliwości, ma miejsce dokładnie taki sam proceder zaspokajania ogromnych apetytów partyjnych działaczy posadami w spółkach komunalnych. Czyli mówiąc wprost grabieniu publicznych pieniędzy zgodnie z obowiązującym prawem. Jedynie nacisk mediów i obawa przed spadkiem notowań mógłby zmusić polityków do większej wstrzemięźliwości w rozkradaniu państwa. Ale czy w sytuacji totalnego politycznego zabetonowania sceny politycznej i elektoratów dwóch politycznych plemion, jest to w ogóle możliwe?
Ograniczone działania mające na celu wyeliminowanie wykorzystywania znajomości do omijania kolejek zapowiedział także Donald Tusk pośrednio przyznając, że praktyki występujące w Szpitalu Południowym nie są odosobnionym zjawiskiem. Będzie to jednak trudne do osiągnięcia, ponieważ trudno w sposób transparentny i sprawiedliwy sklasyfikować przypadki pilne oraz sytuacje, gdy ktoś wchodzi na miejsce zwolnione przez inną osobę. Jeszcze mniej prawdopodobne jest ograniczenie czasu pracy i wysokości zarobków lekarzy uzyskiwanych w placówkach publicznych. I nie chodzi nawet o sprzeciw Naczelnej Izby Lekarskiej czy ewentualne weto Karola Nawrockiego (raczej nie odważy się zablokować wejścia w życie przepisów popieranych przez zdecydowaną większość społeczeństwa), ale o praktyczne skutki takich rozwiązań. Jeżeli limity nie będą duże, politycznych efektów to nie przyniesie. Poważne ograniczenia spowodują odpływ najlepszych specjalistów do prywatnych placówek, gdzie żadne limity obowiązywać nie będą. A to ograniczyłoby dostęp do usług medycznych i z pewnością w dłuższej perspektywie nie poprawiłoby notowań rządzących. Jedynie możliwość sprawdzania czasu pracy poszczególnych medyków, co przewiduje uchwalona już ustawa, może ograniczyć przypadki „przebywania” tych samych lekarzy w kilku miejscach jednocześnie. Ale likwidacja fikcyjnego zatrudnienia może doprowadzić do konieczności zamknięcia wielu oddziałów szpitalnych z powodu braku wymaganego przez NFZ personelu.
Z pewnością natomiast żadnych kompleksowych reform polskiego systemu opieki zdrowotnej nie będzie. Takich nie robi się w ostatnich miesiącach kadencji parlamentu. Nie zrobiła też tego w ciągu ostatniego ćwierćwiecza żadna ekipa rządząca, a drobne reformy skutkowały często jeszcze większym chaosem lub niejednoznacznymi konsekwencjami. Tak się stało w przypadku wprowadzenia minimalnych poziomów wynagrodzeń lekarzy i pielęgniarek oraz ich corocznej waloryzacji. Z jednej strony zakończyło to nieustające protesty płacowe tych grup zawodowych i zatrzymało ich masową emigrację, ale jednocześnie pogłębiło deficyt NFZ i zdemolowało budżety większości szpitali, które muszą przeznaczać przygniatającą większość swoich przychodów na płace. Również zniesienie limitów na wiele świadczeń wydrenowało budżet NFZ i doprowadziło do opóźnień w ich refundowaniu, chociaż równocześnie zwiększyło ich dostępność (operacje zaćmy są tego najlepszym przykładem). Zresztą, gdyby nawet pojawiła się polityczna wola sanacji polskiej służby zdrowia, to w chwili obecnej nie ma chyba nawet dopracowanych pomysłów na jej naprawę. Oczywiście jest sporo krajów, w których funkcjonuje ona znacznie lepiej niż w Polsce. Jest jednak jeden warunek wdrożenia stosowanych tam rozwiązań. Potrzeba znacznie więcej pieniędzy w systemie. A to wymagałoby albo podwyższenia składek, co byłoby politycznym samobójstwem (większość Polaków uważa, że należy im się wszystko bez ponoszenia dodatkowych kosztów), albo zwiększenia dotacji z budżetu, co z powodu katastrofalnie wysokiego deficytu finansów publicznych i ogromnych wydatków zbrojeniowych jest mało prawdopodobne. Dlatego Polacy będą coraz częściej umierać nie z powodu działań rosyjskich wojsk, ale w wyniku niedostatecznej lub spóźnionej pomocy zdrowotnej.
Panuje powszechne przekonanie potwierdzane w kolejnych wyborach, że służba zdrowia nie ma większego wpływu na ich wyniki. Dlatego Donald Tusk, dla którego pierwszoplanowym celem jest utrzymanie się przy władzy po kolejnych wyborach, nigdy specjalnie się tą sferą działalności państwa się nie interesował i nie zamierzał przeprowadzać radykalnych zmian. Tyle, że to, że tak było zawsze, nie znaczy, że będzie i tym razem. Nigdy do tej pory sytuacja w służbie zdrowia nie pogarszała się w tak szybkim tempie. Nawet jeżeli po wakacjach inne sprawy przykryją aferę w Szpitalu Południowym, to i tak wydłużające się kolejki, zamykanie kolejnych oddziałów i narastające błyskawicznie zadłużenie szpitali będące skutkiem ogromnego deficytu NFZ i opóźnieniami w zapłacie za wykonane procedury medyczne, mogą tym razem przesądzić o wyniku przyszłorocznych wyborów. Tyle, że zmiana władzy nic nie da, ponieważ dopóki system się całkowicie nie zawali, nikt nie zdecyduje się na przeprowadzenie niepopularnych społecznie reform. Tylko wówczas będzie szansa na społeczną akceptację koniecznych zmian. Ale nie wszyscy pacjenci tego doczekają.
Karol Winiarski
