Rakieta
Powinniśmy być wdzięczni Władymirowi Putinowi. I to już po raz drugi w ciągu ostatniego roku. Rosyjskie ataki na Polskę – najpierw poprzez wysłanie ponad dwudziestu dronów we wrześniu ubiegłego roku, a obecnie uzbrojonej rakiety – pokazały kompletne nieprzygotowanie Polski do takich prowokacji ze strony Kremla. I to zarówno w sferze militarnej, jak i politycznej. Dzięki temu dostaliśmy szansę na choć częściowe naprawienie błędów i absurdalnych procedur, które kompletnie nie przystają do obecnej sytuacji. Czy tak się stanie? Niestety, to mało prawdopodobne. Przecież ogólny ton komentarzy ze strony polskiej armii i polityków rządzącej koalicji jest hurra optymistyczny. Wszystko było pod kontrolą, a procedury zadziałały. Być może i zadziałały. Ale to świadczy jedynie o ich niedostosowaniu do obecnej sytuacji.
Rosyjska rakieta nie wleciała do Polski przypadkowo czy na skutek uszkodzenia jej systemu naprowadzania na cel. Tak jak rok temu rosyjskie drony miały wlecieć do Polski i wleciały, tak teraz rosyjska rakieta miała eksplodować w terenie niezabudowanym i eksplodowała. Gdyby Rosja chciała, wybuch nastąpiłby w innym miejscu powodując straty materialne i ofiary śmiertelne. Ale nie chciała. Jeszcze nie chciała. Strategia eskalacyjna polega na stopniowym podnoszeniu progu zagrożenia dla drugiej strony i testowaniu jej reakcji. A ta w przypadku Polski i naszych sojuszników z NATO, a w zasadzie jej brak, z pewnością wywołały na Kremlu ogromną satysfakcję. Dlatego za jakiś czas powinniśmy się spodziewać kolejnej prowokacji. Oczywiście na wyższym poziomie eskalacyjnym.
Rosyjska rakieta, nie niepokojona przez polskie i sojusznicze systemy obrony przeciwrakietowej przeleciała w ciągu sześciu minut dziewięćdziesiąt kilometrów, po czym eksplodowała w szczerym polu niedaleko miejscowości Tarnawa-kolonia. To mniej więcej odległość jaka dzieli Lublin od granicy z Ukrainą. Znacznie bliżej leżą np. Zamość, Przemyśl czy Chełm. W przypadku granicy z Białorusią w zasięgu tej rakiety znalazłyby się Suwałki, Ełk, a przede wszystkim Białystok. Gdyby atak nastąpił z północy, to zagrożony byłby ponownie Ełk, ale też Elbląg, Olsztyn i całe Trójmiasto. Dlaczego przez tak długi okres czasu polski F-16 nie był w stanie nie tylko zestrzelić, ale nawet namierzyć i zidentyfikować cel? Przecież zagrożenie wykryto prawie dwie godziny wcześniej i w powietrzu od dawna znajdowały się nasze i sojusznicze (niemieckie) myśliwce. Tłumaczenie, że obserwowano jej lot i wiedziano, że nie wyrządzi szkody jest absurdalne. Rakieta była pociskiem manewrującym (bliźniacza podleciała pod polską granicę i zawróciła) i w każdej chwili mogła zmienić kierunek lotu. A wtedy mogło już być za późno na skuteczną reakcję.
Przy okazji okazało się, że przed zestrzeleniem wrogiego obiektu pilot musi się upewnić, że potencjalny cel to obiekt militarny, a nie cywilny. W normalnych warunkach to oczywista sprawa. Ale rakieta nadleciała od strony walczącej ponad cztery lata z Rosją Ukrainy i dobrze wiedziano z jakim obiektem mamy do czynienia. Od tego są przecież systemy radarowe i wymiana informacji ze stroną ukraińską. Nieudaną próbę strącenia rakiety podjął wcześniej myśliwiec ukraiński, który musiał zawrócić z obawy przed przypadkowym zestrzeleniem przez nasze lotnictwo. Jak widać niepotrzebnie, ponieważ nikt w Polsce nie zamierzał strzelać do wrogiej, uzbrojonej rakiety.
Stałym tłumaczeniem w takiej sytuacji jest niebezpieczeństwo niekontrolowanego upadku szczątków rakiety (albo pocisku, który miał ją strącić), co może spowodować znacznie większe szkody niż jej wybuch w szczerym polu. Zagrożenie oczywiście jest o czym świadczy tragedia w Przewodowie kilka lat temu, gdy ukraińska rakieta przeciwlotnicza, która nie trafiła w cel, nie uległa samozniszczeniu i zabiła dwóch obywateli naszego kraju. Na szczęście nie spowodował równie tragicznych skutków pocisk wystrzelony z holenderskiego samolotu w ubiegłym roku, który uderzył (nie eksplodując) w dach domu mieszkalnego. Ale gdyby na poważnie traktować takie tłumaczenia, to może w ogóle powinniśmy dać sobie spokój z obroną przeciwrakietową, skoro możliwe skutki jej użycia są tak groźne. Oczywiście to byłby to kompletnie absurdalny wniosek.
Kompletnym blamażem okazało się uruchomienie systemu alarmowego. Syreny zawyły kilka minut po eksplozji rakiety, a odpowiednia informacja drogą sms-ową w ogóle nie została wysłana. Przez długi czas nie było także żadnej oficjalnej informacji ze strony rządu i wojskowego dowództwa o tym, co się stało. Oczywiście ostatnim, który ma moralne prawo to wytykać obecnym władzom jest Mariusz Błaszczak, za którego czasów w ogóle nie potrafiono ustalić miejsca upadku nieuzbrojonej rosyjskiej rakiety (znalazła ją przypadkowo miłośniczka jazdy konnej), i który zrzucił całą odpowiedzialność na wojskowych. Ale to nie znaczy, że to co się wydarzyło, można uznać za profesjonalne działanie. Nawet, jeżeli było zgodne z procedurami.
Można się było spodziewać, że tak drastyczne naruszenie naszego bezpieczeństwa przez Rosję wywoła stanowczą reakcję strony polskiej i NATO. Tymczasem nasze władze ograniczyły się do wręczenia noty protestacyjnej rosyjskiemu ambasadorowi, który oczywiście wyparł się odpowiedzialności swojego kraju za cały incydent. Może to zresztą i dobrze. Gorzej, gdyby Rosja przyznała się do celowego działania rzucając nam otwarte wyzwanie na zasadzie „nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobi”. A my nie zrobilibyśmy nic.
Jeszcze mniej adekwatne do sytuacji były reakcje naszych sojuszników. W przypadku USA głos zabrał jedynie Tom Rose, ambasador amerykański w Warszawie, bajdurząc o stałym kontakcie swoich władz z polskim rządem. Równie standardowe oświadczenie wydał Mark Rutte, Sekretarz Generalny NATO. Co więcej, potępił w nim w zasadzie głównie wojnę w Ukrainie, uznając chyba, że incydent z rakietą nie miał ze strony Rosji intencjonalnego charakteru. No bo gdyby miał, to Pakt Północnoatlantycki powinien zadziałać – byłoby to przecież naruszenie art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego, na który tak bardzo lubią się powoływać polscy politycy. A przecież żadnej reakcji militarnej by nie było, co z kolei ostatecznie pokazałoby, że NATO jest bezzębnym tygrysem, który nie jest w stanie przestraszyć rosyjskiego niedźwiedzia. Dlatego lepiej udawać, że to przypadkowa sytuacja i tak naprawdę nic się nie stało. W podobnym duchu wypowiedziała się Ursula von den Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej. Przy okazji dodała, że „naród polski jest nieustraszony”, co można uznać za szczyt żenady i taniego wazeliniarstwa.
Wnioski z wydarzenia, które miało miejsce są dość oczywiste. Po pierwsze, Rosja urządza prowokujące eskalacje wobec krajów wspierających Ukrainę – Słowacja czy Węgry nigdy nie były celem takich działań. Cel jest oczywisty – jeżeli nie przestaniecie pomagać Ukrainie, to może was również czekać kara. Po drugie, jesteśmy kompletnie nieprzygotowani do odparcia nawet niewielkiego ataku ze wschodu. Co więcej, nie jesteśmy też w stanie w pełni zabezpieczyć bezpieczeństwa naszych obywateli, a polskie władze nie chcą się do tego przyznać zaklinając rzeczywistość. Po trzecie, na żadną realną pomoc ze strony naszych „sojuszników” nie mamy co liczyć. W większości przypadków nie mają oni interesu interweniować nie czując się zagrożonymi albo uważając, że to jedynie grozi eskalacją konfliktu. A jeżeli nawet by chcieli nam pomóc, to nie mają za bardzo czym. I ta uwagą w ciągu ostatnich miesięcy zaczęła również dotyczyć Stanów Zjednoczonych, które w bezsensownej wojnie z Iranem znacząco uszczupliły swój potencjał militarny. Skoro generał Alexus Grynkewich, szef Dowództwa Europejskiego USA (EUCOM), przestrzegł ostatnio publicznie, że Amerykanie mogą nie mieć odpowiednich zasobów, żeby bronić Izraela, to tym bardziej nie będą się angażowali w obronę naszego kraju. I naprawdę trzeba być całkowicie oderwanym od rzeczywistości, żeby tej oczywistej prawdy nie dostrzegać.
Karol Winiarski
