Prezydencki poker
Minął rok od zaskakującej porażki Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich. Zaskakującej, ponieważ przez wiele miesięcy kandydat Platformy Obywatelskiej był niekwestionowanym liderem wszelkich sondaży. Dopiero z perspektywy późniejszych wydarzeń widać jak bardzo ryzykowaną decyzją było wystawienie w wyborcze szranki uważanego za lewicowego liberała Prezydenta Warszawy będącego jednocześnie wiceprzewodniczącym partii rządzącej, zwłaszcza w sytuacji, gdy jego głównym przeciwnikiem nie był aktywny polityk Prawa i Sprawiedliwości, którego można byłoby obciążyć odpowiedzialnością za wszelkie negatywne konsekwencje rządów tego ugrupowania. Gdyby jednak wybory wygrał Rafał Trzaskowski (a przecież różnica była bardzo niewielka), to wszyscy późniejsi krytycy decyzji Donalda Tuska wychwalaliby polityczny geniusz byłego przewodniczącego Rady Europejskiej.
Druga tura wyborów prezydenckich była niestety, przynajmniej z punktu widzenia centrowych wyborców, wyborem między dżumą a cholerą. Gdyby Prezydentem został Rafał Trzaskowski, rządząca koalicja uzyskałaby pełnię władzy. W trakcie kampanii wyborczej, Prezydent Warszawy nawet nie próbował odciąć się od działań swojego szefa w jakiejkolwiek sprawie, a w jednym z niedawnych wywiadów przyznał, że nie zawetowałby żadnej z uchwalanych ostatnio ustaw. Byłby więc klasycznym długopisem (jak nie do końca słusznie nazywano Andrzeja Dudę), czy też żyrandolem (jak kiedyś urząd Prezydenta RP nazwał Donald Tusk), nie odgrywającym żadnej politycznej roli – przynajmniej w okresie rządów obecnej koalicji. Wybór Karola Nawrockiego był natomiast zapowiedzią ostrej walki politycznej z rządem i maksymalnego wykorzystywania uprawnień, które daje Konstytucja RP – nawet jeżeli jego poprzednicy, także ci prawicowi, przyjmowali bardziej zawężającą interpretację zapisów naszej ustawy zasadniczej. Przyszłość w pełni potwierdziła te obawy, a konflikt polityczny i kryzys systemu ustrojowego uległy dalszemu pogłębieniu.
Zwycięstwo Karola Nawrockiego miało być początkiem triumfalnego powrotu do władzy Prawa i Sprawiedliwości. Wyborcza katastrofa Trzaskowskiego, narastające rozczarowanie brakiem realizacji większości przedwyborczych obietnic Donalda Tuska i coraz bardziej widoczne rozdźwięki w koalicji, zdawały się uwiarygodniać te nadzieje. Dlatego Jarosław Kaczyński chcąc wykorzystać sukces swojego wybrańca, od razu przeszedł do ofensywy zapowiadając zdobycie poparcia ponad 40% wyborców i … zaatakował Sławomira Mentzena. Była to próba wyeliminowania wszelkiej konkurencji na prawo od Prawa i Sprawiedliwości, przejęcia elektoratu Konfederacji i stworzenia pola do samodzielnych rządów po wyborów. Następne miesiące pokazały jak bardzo chybione były to oczekiwania i podważyły dość powszechne przekonanie (potwierdzone sukcesem Karola Nawrockiego) o nieomylności Jarosława Kaczyńskiego.
Zamiast wzrostu notowań Prawa i Sprawiedliwości, nastąpiło największe w okresie ostatnich dwudziestu lat załamanie sondażowego poparcia tego ugrupowania. Zamiast ponad 40% średnia sondażowa oscyluje wokół 24 %, a w niektórych badaniach poparcie jest nawet niższe niż 20%. Na dodatek im gorsze notowania, tym bardziej zaostrza się spór między umiarkowanym skrzydłem Mateusza Morawieckiego, a radykałami Przemysława Czarnka. Beneficjentem kłótni na prawicy nie okazała się jednak Konfederacja Mentzena i Bosaka. Niespodziewanym sukcesorem głosów traconych przez Prawo i Sprawiedliwość stał się Grzegorz Braun, czyli polityk jeszcze bardziej skrajny niż Konfederaci. Na dodatek jest on jeszcze bardziej niechętnie nastawiony do Żydów i USA oraz pozytywnie do Rosji niż jego niedawni partyjni towarzysze. A to z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego ogromny kłopot. Nie dlatego, że takie poglądy są sprzeczne z jego wartościami. Może i są, ale niejednokrotnie interes polityczny pozwalał mu nie przejmować się takimi „szczegółami”. Tym razem jednak sprawa jest poważniejsza. Antysemityzm Grzegorza Brauna jest nie do zaakceptowania przez Wielkiego Brata zza oceanu. A tego sprzeciwu Jarosław Kaczyński nie jest w stanie ominąć. Przecież wasal (klient) nie może się sprzeciwiać seniorowi (patronowi).
Po klęsce Rafała Trzaskowskiego sytuacja Platformy Obywatelskiej była katastrofalna. Wielka rekonstrukcja rządu okazała się ograniczonym zabiegiem kosmetycznym – część ministrów, którzy stracili stanowiska przeniosła się do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, a wielokrotnie zapowiadana radykalna redukcja funkcji wiceministerialnych nigdy nie doszła do skutku z powodu oporu koalicjantów. I kiedy wydawało się, że lada chwila dojdzie do załamania notowań Platformy Obywatelskiej, a być może nawet do upadku rządu, nastąpiło niespodziewane odwrócenie trendu. Wszystkie sondaże pokazywały stopniowy wzrost notowań najważniejsze partii rządzącej (w międzyczasie rebrandingowanej na Koalicję Obywatelską), co pozwoliło jej osiągnąć znacząco przewagę nad najważniejszym rywalem sięgającą nawet dziesięciu punktów procentowych. Nikt tego nie przewidział.
Oczywiście po fakcie można wymienić szereg przyczyn takiego rozwoju sytuacji. Nie jest nim wewnętrzny kryzys w Prawie i Sprawiedliwości, ponieważ żadnego przepływu elektoratu między dwoma głównymi politycznymi plemionami nie ma od dawna. W dalszym ciągu jednak odbywa się on wewnątrz obydwu głównych obozów politycznych, nawet jeżeli liderzy mniejszych ugrupowań uważają, że do nich nie należą. Dlatego przynajmniej część elektoratu upadającej Polski 2050 zasiliła szeregi wyborców Koalicji Obywatelskiej, a niektórzy wyborcy Prawa i Sprawiedliwości przeszli do Konfederacji Korony Polskiej. Spore znaczenie miała polityczna ofensywa Karola Nawrockiego, która jeszcze bardziej spolaryzowała polską scenę polityczną. Paradoksalnie pozwoliło to Donaldowi Tuskowi złapać polityczny oddech, ponieważ najlepiej się on czuje w politycznym zwarciu. W podobny sposób, chociaż z innych powodów, zadziałał efekt pojawienia się partii Grzegorza Brauna, którego ugrupowanie jest zresztą wielką wyborczą nadzieją dla obecnej koalicji – strach przed ewentualnym udziałem we władzy tak skrajnej organizacji może zmobilizować część zniechęconych wyborców partii rządzących, którzy w przeciwnym razie zostaliby w domu. Być może jednak najważniejszą rolę odegrał szybki spadek inflacji w drugiej połowie roku, co stworzyło wrażenie poprawy sytuacji gospodarczej. Tym bardziej, że siła rozpędu podwyżki wynagrodzeń w dalszym ciągu były znaczące. I znacznie wyższe niż wzrost cen.
Przewidywanie jest zawsze trudne. Zwłaszcza, jeżeli dotyczy przyszłości. Nikt nie wie w jakich zewnętrznych i wewnętrznych okolicznością będzie się odbywała kampania wyborcza w przyszłym roku. Nie potrafimy przewidzieć czy wojna w Ukrainie będzie dalej trwała, a jeśli tak, to jaki będzie jej przebieg. Równie nie wiadoma jest sytuacja na Bliskim Wschodzie, chociaż akurat tam wznowienie działań wojennych jest mało prawdopodobne – nie chce tego zwłaszcza Donald Trump, który rażąco przeliczył się w swoich oczekiwaniach atakując Iran trzy miesiące temu. Odblokowanie cieśniny Ormuz pozwoli na stopniowe wychodzenie z naftowego kryzysu, chociaż gospodarcze skutki tej wojny jeszcze długo będą miały wpływ na światową gospodarkę.
Wszystkie obecne sondaże poparcia dla partii politycznych z oczywistych względów biorą pod uwagę obecnie istniejące ugrupowania. Nie wiemy jednak czy taki skład wyborczej rywalizacji będzie również za rok. Konflikt wewnętrzny w Prawie i Sprawiedliwości między maślarzami Przemysława Czarnka a harcerzami Mateusza Morawieckiego ma sinusoidalny przebieg, ale jego eskalacja może, nawet wbrew woli byłego premiera, doprowadzić do ostatecznego rozłamu. Po drugiej stronie takiego konfliktu oczywiście nie ma – Koalicja Obywatelska to prywatny folwark Donalda Tuska, w której nie ma nawet śladu nie tylko opozycji, ale nawet przejawów samodzielnego myślenia. Nie ma jednak pewności czy narastające rozczarowanie wśród lewicowo-liberalnego elektoratu, nie doprowadzi do powstania jakiegoś nowego ugrupowania i to mimo fatalnych doświadczeń z tego typu inicjatywami. Nawet gdyby nie odniosło ono spektakularnego sukcesu, to może pozbawić części głosów Koalicję Obywatelską, a także mniejsze partie obecnej koalicji rządzącej. Szczególnie narażona byłaby Nowa Lewica, która na razie ma zazwyczaj notowania powyżej progu wyborczego, ale nie musi to być stan trwały, zwłaszcza gdy nie dojdzie do połączenia sił z Partią Razem. Nie wiemy również czy Polskie Stronnictwo Ludowe znajdzie jakiegoś koalicjanta, który po raz kolejny pozwoliłby mu wejść do parlamentu, na co obecne notowania zdają się raczej nie wskazywać. Nie ma za to raczej większych nadziei na odrodzenie Polski 2050 mimo desperackich prób medialnego zaistnienia jej nowej liderki.
Równie trudny do przewidzenia jest kierunek rozwoju sytuacji gospodarczej. Z jednej strony rok 2026 to apogeum napływu środków unijnych, co musi przełożyć się na wielkość inwestycji i ogólny wzrost PKB. Z drugiej strony dane statystyczne słabo wpływają na nastroje społeczne. Znacznie większe znaczenie niż poziom PKB czy lawinowo narastające zadłużenie finansów publicznych, ma wielkość inflacji, a ta z powodu wojny na Bliskim Wschodzie powoli rośnie, chociaż daleko jej do poziomów notowanych po ataku Rosji na Ukrainę. Bardziej problematyczna jest kwestia sytuacji w służbie zdrowia. Wydaje się, że Donald Tusk lekceważy narastający problem w tej sferze życia społecznego, ponieważ traktuje ją wyłącznie w kategoriach szans i zagrożeń politycznych, a nie zagrożenia dla życia i zdrowia jego rodaków. Ponieważ do tej pory temat ten nie odgrywał większej roli w wyborach, chociaż zawsze w badaniach opinii publicznej plasował się w ścisłej czołówce hierarchii najważniejszych tematów, lider Koalicji Obywatelskiej uznał, że tak będzie i tym razem. Może się jednak okazać, że popełnia katastrofalny błąd, a szybkość załamywania się systemu opieki zdrowotnej okaże się czynnikiem decydującym w przyszłorocznych wyborach. Na największe jednak zagrożenie w chwili obecnej wygląda system ETS2, który ma wejść w życie w styczniu 2028 roku. Mimo, że udało się ten termin przesunąć o rok w stosunku do pierwotnych planów (a więc podwyżki nastąpią już po wyborach), to zagrożenia wzrostem cen paliw i ogrzewania mogą stać się głównym tematem kampanii wyborczej.
Jeżeli w ciągu najbliższego roku nie pojawi się czarny łabędź, czyli niemożliwe do przewidzenia wydarzenie, które zmieni obecny układ poparcia dla partii politycznych, to najbardziej prawdopodobne są dwa alternatywne scenariusze. W pierwszym, władzę utrzymuje Koalicja Obywatelska w układzie koalicyjnym z Nową Lewicą i być może Polskim Stronnictwem Ludowym, o ile partia Władysława Kosiniaka-Kamysza w ogóle wejdzie do Sejmu. Wówczas oczywiście nic się nie zmieni, a Karol Nawrocki walczący z coraz bardziej niepopularnym rządem (druga kadencja zawsze jest trudniejsza niż pierwsza) będzie miał większe szanse na reelekcję niż gdyby musiał odpowiadać za działalność popieranego przez niego prawicowego rządu. W drugim, większość w parlamencie zdobywają partie prawicowe, ale nie są w stanie utworzyć większościowego rządu. Wówczas ogromnie wzrośnie rola Karola Nawrockiego, do którego będzie należała inicjatywa powołania nowego premiera. Nawet jeżeli nie uzyska on w Sejmie wotum zaufania, to i tak będzie pełnił obowiązki przez kolejne tygodnie, ponieważ w drugiej próbie izba niższa nie będzie w stanie wyłonić większościowego układu rządowego, co pozbawiłoby Karola Nawrockiego wpływu na jego skład. A ponieważ w trzecim kroku zgodnie z zapisami naszej Konstytucji inicjatywa ponownie należy do Prezydenta, to ponownie polityczna rola naszej głowy państwa niepomiernie wzrośnie. I to nawet, gdy po raz kolejny wykreowany przez niego rząd nie będzie w stanie uzyskać wotum zaufania, ponieważ po rozwiązaniu parlamentu będzie on dalej sprawował władzę. A po kolejnych wyborach sytuacja może się powtórzyć.
Ten wzrost znaczenia Karola Nawrockiego może jednak okazać się dla niego problemem. W chwili obecnej odgrywa rolę recenzenta obecnego rządu, który może bezpardonowo krytykować i blokować wszelkie jego poczynania. Jeżeli premier będzie jego nominatem, siłą rzeczy Prezydent będzie ponosił współodpowiedzialność za stan państwa. A skoro rząd nie będzie miał stałego poparcia parlamentarnej większości, to trudno mu będzie w pełni realizować swój program działania. Wiele zaś wskazuje, że kolejne lata przyniosą narastające problemy finansowe i wymuszone przez ustawę o finansach publicznych (o ile nie zostanie ona zmieniona) oszczędności budżetowe. W tej sytuacji może się okazać, że władza jest gorącym ziemniakiem, której raczej należy się pozbyć niż o nią walczyć. A wówczas wyzwania stojące przed Prezydentem, mogą przerosnąć Karola Nawrockiego i zakończyć jego prezydencką karierę już w 2030 roku. Polityka jest bardziej skomplikowaną grą niż stadionowe ustawki.
Karol Winiarski
