Historia niczego nie uczy
Decyzja Wołodomyra Zełeńskiego o nadaniu jednemu z oddziałów ukraińskiej armii imienia Bohaterów UPA wzburzyła całą Polskę. Nie po raz pierwszy okazało się, że między naszymi krajami nie tylko istnieją bieżące różnice interesów gospodarczych, ale przede wszystkim dzieli nas ocena pełnej przemocy i zbrodni przeszłości. Dla Ukraińców Ukraińska Armia Powstańcza to bohaterowie walczący z sowieckimi okupantami. Dla Polaków, mordercy naszych rodaków na terenie Wołynia, Ukrainy Zachodniej i Chełmszczyzny. Oba poglądy są oczywiście prawdziwe, ale każda ze stron nie chce zaakceptować punktu widzenia drugiej. Gdyby nie wspólne zagrożenie ze strony imperialnej Rosji, wzajemne stosunki Polski i Ukrainy byłyby stałym elementem zapalnym we wschodniej Europie. „Na szczęście” jest Putin.
Nie ulega wątpliwości, że działalność Ukraińskiej Armii Powstańczej w latach 1943-1945 na Wołyniu, Zachodniej Ukrainie i Chełmszczyźnie była zbrodnicza i nie usprawiedliwia jej ani antyukraińska polityka władz II Rzeczpospolitej, ani brutalizacja życia w okresie niemieckiej okupacji. Zainicjowana przez Dmytro Klaczkiwskiego (ps. Kłym Sawur), dowódcę UPA na Ukrainie, akcja napadów i masowych mordów ludności polskiej, została po pewnych wahaniach zaakceptowana i rozszerzona na inne tereny decyzją III Zjazdu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w sierpniu 1943 roku. Jej przywódcą był wówczas Roman Szuchewycz (ps. Taras Czuprynka), który zastępował aresztowanego w 1941 roku i osadzonego w Sachsenhausen Stefana Banderę. Chociaż nie ma dowodów na jego formalną akceptację podjętej decyzji (sprawa możliwości kontaktów uwięzionego lidera OUN z pozostałymi członkami organizacji nie jest w pełni wyjaśniona), to była ona zgodna z jego totalitarnymi poglądami, które narzucił kierowanej przez siebie organizacji. Jednak czy „rzeź wołyńska” była ludobójstwem jest już kwestią sporną i zależy od definicji tego pojęcia.
Zgodnie z art. II Konwencji ONZ w sprawie Zapobiegania i Karania Zbrodni Ludobójstwa podpisanej 9 grudnia 1948 roku, ludobójstwo to: „dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich:
a) zabójstwo członków grupy
b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy
c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego
d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy
e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy”
Oczywiście najbardziej kontrowersyjną kwestią jest sformułowanie „całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego”. Pierwsze określenie zawęża w praktyce problem do holokaustu – w żadnym innym przypadku zbrodniarze nie dążyli do unicestwienia całego narodu. Drugie, rozszerza je na ogromną ilość zbrodni dokonywanych w trakcie różnych wojen toczonych przez zwaśnione narody. Tylko w przypadku Polaków w grę wchodziłyby nie tylko mordy Ukraińskiej Armii Powstańczej, ale oczywiście także III Rzeszy oraz stalinowskiej Rosji. W przypadku tej ostatniej chodzi nie tylko o okres II wojny światowej, ale także Akcję Polską realizowaną przez NKWD w latach 1937-1938, gdy wymordowanych zostało ponad 100 tys. naszych rodaków – obywateli ZSRR. Jest to liczba porównywalną z ilością ofiar UPA.
Dodatkowym problemem jest fakt, że prawdopodobnym celem inicjatorów tej zbrodni nie było wymordowanie wszystkich Polaków na terenach, które uważali za ukraińskie (na kresach mieszkało kilka milionów naszych rodaków, w tym 340 tys. na Wołyniu), ale wzbudzenie ich przerażenia i skłonienie do ucieczki na ziemie etnicznie polskie, co oczywiście wymagało brutalnego wymordowania części z nich dla osiągnięcia określonego efektu. Wynikało to z całkowicie absurdalnego założenia przyjętego przez ukraińskich nacjonalistów, że powtórzy się sytuacja z okresu końca I wojny światowej, gdy w wyniku klęski Rosji, Niemiec i Austro-Węgier wytworzyła się chwilowa pustka organizacyjna na obszarach Europu środkowo-wschodniej. Kluczową sprawą okazała się wówczas obecność polskiej mniejszości (na niektórych obszarach większości), co stanowiło podstawę roszczeń terytorialnych nowo powstałej II RP i ułatwiało późniejsze działania wojsk polskich. Tyle, że w trakcie II wojny światowej sytuacja była kompletnie odmienna niż ćwierć wieku wcześniej. Paradoks polega na tym, że to co chcieli osiągnąć Ukraińcy, zrobił ich największy wróg – Józef Stalin. Repatriacja Polaków za Bug po zakończeniu działań wojennych doprowadziła do całkowitego wyczyszczenia etnicznego Zachodniej Ukrainy i Wołynia. W podobny zresztą sposób sowiecki przywódca doprowadził do powstanie prawie całkowicie monoetnicznej Polski tworząc kraj będący niedoścignionym marzeniem przedwojennych polskich nacjonalistów.
Dlaczego więc Wołodymyr Zełeński zdecydował się na podjęcie tak kontrowersyjnej decyzji? Polityk pochodzący z Dnipro, a więc wschodniej części Ukrainy, mający żydowskie korzenie, jeszcze kilka lat temu z trudem posługujący się ojczystym językiem, który najmniejsze poparcie w wyborach w 2019 roku uzyskał na terenie Ukrainy Zachodniej i Wołynia, wydawał się ostatnim, który uderzy w nacjonalistyczne tony. Gdy jednak bliżej przyjrzeć się sytuacji w Ukrainie, przestaje to już tak bardzo dziwić. Wojna zawsze pobudza nacjonalistyczne demony i nie inaczej jest w przypadku rosyjsko-ukraińskiego konfliktu – oczywiście po obu stronach frontu. Na dodatek, Zełeński rozczarował do siebie znaczną część swojego pierwotnego elektoratu i musi szukać nowego, a potężna afera korupcyjna, w którą zamieszani są jego najbliżsi współpracownicy, zatacza coraz szersze kręgi. Ciekawe zresztą, że śledztwo prowadzi agencja antykorupcyjna (NABU) w praktyce kontrolowana przez Stany Zjednoczone. W tej arcytrudnej sytuacji, ukraiński Prezydent próbuje wykorzystać nacjonalistyczne sympatie części społeczeństwa, a przede wszystkim wojskowych. Dokładnie tą sama drogą szli poprzedni prozachodni kandydaci – Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko. I nie przyniosło im to powodzenia.
Dokładnie z tych samych powodów, dla których Wołodymyr Zełeński zaczął kokietować nacjonalistów, Prezydent Karol Nawrocki entuzjastycznie poparł inicjatywę przewodniczącego klubu poselskiego Konfederacji Grzegorza Płaczka odebrania Prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego nadanego mu przez Andrzeja Dudę. Oczywiście w przeciwieństwie do swojego ukraińskiego odpowiednika, nasz Prezydent jest nacjonalistą z krwi i kości, ale w tym przypadku postanowił połączyć przyjemne z politycznie pożytecznym. Podnosząc kwestię odebrania Zełeńskiemu najważniejszego polskiego odznaczenia państwowego, idealnie wpisuje się w dominujące w polskim społeczeństwie nastroje, a jednocześnie stawia pod ścianą Donalda Tuska, który decyzję o odebraniu Orderu Orła Białego musi kontrasygnować. Jeżeli to zrobi, narazi się liberalno-demokratycznej części elektoratu Koalicji Obywatelskiej. Jeżeli odmówi, stanie w opozycji do większości społeczeństwa.
Do tej pory Order Orła Białego odebrano tylko jeden raz – stało się to w 1932 roku, gdy walcząca z opozycją sanacja skazała lidera ludowców w tzw. „procesie brzeskim” na półtora roku więzienia (w 1939 odznaczenie zostało mu przywrócone). To dość dziwne biorąc pod uwagę osoby, które go otrzymały. A byli wśród nie tylko targowiczanie: Franciszek Ksawery Branicki, Seweryn Rzewuski, Stanisław Szczęsny Potocki czy Szymon Marcin Kossakowski i biskup Józef Kazimierz Kossakowski (ci ostatni zostali powieszeni za zdradę w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej), ale także sama caryca Katarzyna II wraz szerokim gronem rosyjskich ambasadorów i wojskowych z rzeźnikiem Pragi, marszałkiem Aleksandrem Suworowem, na czele. Dlaczego do tej pory nikt nie pomyślał o odebraniu im pośmiertnie tego odznaczenia? Zapewne dlatego, że spośród tysięcy uhonorowanych Orderem Orła Białego jest ogromna ilość kontrowersyjnych postaci, co do których historyczna ocena ich działalności nie jest jednoznaczna. Sporządzenie listy osób, które powinny zostać pozbawione odznaczenia wywołałoby tym samym niekończące się spory. Dlatego zapewne postanowiono nie tworzyć niebezpiecznego precedensu. Tyle, że utrzymywanie wśród uhonorowanych na przykład władczyni Rosji, która zlikwidowała I Rzeczpospolitą deprecjonuje order, który przecież jest najstarszym i najważniejszym polskim odznaczeniem państwowym.
Wołodymyr Zełeński nie jest jedynym ukraińskim Prezydentem odznaczonych Orderem Orła Białego. Dostali go również Wiktor Juszczenko, Piotr Poroszenko, a nawet Leonid Kuczma. Zwyczaj nadawania odznaczenia głowom państw, a w przypadku monarchów także ich małżonkom, powoduje, że uhonorowane nim zostały osoby, które żadnych szczególnych zasług dla Polski nie mają. Akurat w przypadku obecnego Prezydenta Ukrainy sytuacja wygląda inaczej. To w dużym stopniu dzięki jego determinacji, rosyjska próba blitzkriegu zakończyła się fiaskiem. Oczywiście Ukraińcy nie bronią swojego kraju, żeby ratować Polskę. Ale też polskie władze nie wspomagały (obecna pomoc, poza logistyczną, jest już marginalna) militarnie naszego wschodniego sąsiada z altruistycznych przesłanek. Rosja stanowi wspólne zagrożenie i z tego powodu mamy wspólny interes w przeciwstawianiu się jej agresywnej polityce, a ukraińscy żołnierze przelewając krew w obronie swojej Ojczyzny, przy okazji odsuwają od Polski agresywnego sąsiada.
Czy Donald Tusk kontrasygnuje prawdopodobną decyzję Karola Nawrockiego o odebraniu Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełeńskiemu? Na razie trwają intensywne zabiegi, żeby ukraiński Prezydent wycofał się ze swojej decyzji, co jest niestety bardzo mało prawdopodobne. Wbrew bowiem temu, co nasi politycy tak bardzo lubią podkreślać, Polska nie odgrywa na arenie międzynarodowej większej roli i z punktu widzenia Ukrainy nie jest istotnym partnerem. Oczywiście możemy podjąć bardziej stanowcze działania blokując na przykład pomoc dla Kijowa (Polska jest głównym korytarzem transportowym dla sprzętu wojskowego), ale przecież byłby to krok samobójczy i Ukraińcy dobrze wiedzą, że tego nie zrobimy – we własnym dobrze pojętym interesie. Dlatego wewnętrzne potrzeby ukraińskiego Prezydenta okazały się ważniejsze niż niezadowolenie sąsiada. Podobnie sprawa wygląda z punktu widzenia naszego Prezydenta. Chociaż opinia Kapituły Orderu Orła Białego została utajniona, trudno oczekiwać, że Karol Nawrocki wycofa się ze swoich planów. Zamiast politycznych korzyści, okazałby się w oczach swoich zwolenników człowiekiem słabym i niezdecydowanym.
Coraz więcej też wskazuje, że na drodze do odebrania odznaczenia stanie Donald Tusk. Nastroje antyukraińskie są w Polsce dominujące, a premier, jako klasyczny populista dążący za wszelką cenę, do utrzymania władzy po przyszłorocznych wyborach, musi je brać pod uwagę. Przecież kilka miesięcy temu przygotowana przez jego rząd, uchwalona przez parlament i podpisana przez Karola Nawrockiego ustawa, pozbawiła wielu Ukraińców opieki zdrowotnej. Dotyczy to także tych, którzy byli w trakcie terapii ratujących życie. W praktyce więc najwyższe władze Rzeczpospolitej skazały tych ludzi na śmierć. Ale przecież oni w Polsce nie głosują, więc z politycznego punktu widzenia są kompletnie nieprzydatni. Liczą się wyłącznie wyborcy.
Największym beneficjentem całej sytuacji jest oczywiście Władymir Putin. Decyzja Zełeńskiego jest wodą na młyn rosyjskiej propagandy, która od wielu lat stara się wszystkich przekonać, że w Kijowie rządzą naziści. Odebranie Orderu Orła Białego ukraińskiemu Prezydentowi jeszcze bardziej uwiarygodniłoby te oskarżenia. Kreml nie musi wysyłać szpiegów i sabotażystów czy używać internetowych trolli, żeby skłócić Polaków i Ukraińców. Jeżeli ktoś choć trochę zna historię obydwu narodów wie, że co najmniej od XVII wieku Rosja zawsze wykorzystywała wewnętrzną rywalizację polityczną o władzę. I mimo tylu tragicznych doświadczeń, ani Polacy, ani Ukraińcy niczego się nie nauczyli. I pewnie nie nauczą.
Karol Winiarski
